Zakończył się 6. Festiwal Filmowy Planete Doc Review. Nagrody zostały już przyznane (o czym przeczytacie
TUTAJ), w niedzielę odbyły się ostatnie pokazy, na których oczywiście była ekipa Filmwebu. Nasz portal był bowiem jednym z patronów medialnych imprezy. Oto nasze wrażenia z niedzielnych projekcji.
Chłodnym okiem? Jest w filmie
"Jak Erich stracił pracę" konwencja, która podoba mi się bardzo, a która nie jest zbyt często spotykana. Oto reżyser przemawia do mnie z ekranu, patrzy mi w oczy, pokazuje swoją kamerę, snuje wspomnienia, komentuje. Jednak jest też w tym filmie coś, co spowodowało, że mam wobec niego nieco rezerwy, mianowicie, dostrzegam w całej opowieści jakiś cień pobłażliwości, jest tu jakaś nuta, która trącana zbyt mocno zmienia czysty dźwięk reportażu w coś brzmiącego może tendencyjnie, może jakoś nieczysto.
A może jestem przeczulona? Może jakoś mi żal obywateli pewnego bratniego niegdyś państwa, które nagle przestało istnieć? Tak czy inaczej, jedna rzecz na pewno w filmie
"Jak Erich stracił pracę" razi, to – zakończenie filmu, które nasuwa skojarzenia z sytuacją, w której reżyserowi nagle skończyła się taśma w kamerze. Film kończy się tak gwałtownie, że napisy, które pojawiają się w ostatnim ujęciu trudno potraktować przez pierwszy moment jako napisy końcowe. I widz tak siedzi, i wpatruje się w te nazwiska, myśląc może, że to część narracji...
Reszta jest mniej dziwna i dosyć ciekawa, szczególnie z uwagi na perspektywę spojrzenia. Materiał zgromadzony w filmie wykonany został bowiem przez zachodnioniemieckiego operatora, który pracował jako korespondent dla telewizji francuskiej, a w gorącym roku 1989 został wysłany do Berlina Wschodniego. Relacje rozpoczynają się od targów w Lipsku, potem urodziny Republiki, Drezno, demonstracje, ostatnie zdjęcia muru, kwatera Stasi w Lipsku a potem już po wszystkim, czyli zjednoczenie Niemiec i krótkie ujęcia na zakończenie. Operator odsłania kulisy swojej pracy, czasem stosuje podstęp, by zmylić nadzorujących jego pracę urzędników NRD, posługuje się mniej rzucającą się w oczy amatorską kamerą, filmuje też z ukrycia. Te ukradkiem zrobione ujęcia, uchwycone w biegu wypowiedzi są najciekawsze i zupełnie unikalne.
(MB)
Piękno islamu Leopold Weiss - ukraiński Żyd, który w latach 20. ubiegłego wieku przeszedł na islam przyjmując nazwisko Muhammad Asad. Przez lata był propagatorem islamu, wspomógł powstanie Pakistanu. Dziś jest pamiętany, ale z daleka. Jego myśl bowiem nie idzie tym samym torem, co główna linia teologiczna. Jego książki w niektórych, co bardziej konserwatywnych krajach są dziś zakazane, a sam Asad zmarł daleko od swoich muzułmańskich współbraci.
Austriacki dokument przybliża widzom życie tego niezwykłego człowieka. Ekipa filmowa odwiedza wszystkie kluczowe miejsca związane z jego życiem i działalnością. Stopniowo odsłaniany jest skomplikowany stosunek muzułmanów do Asada. Mimo swoich zasług jest to postać, która dzieli świat islamu. Jedni szanują go, inni krytykują. Jedni cytują go w naukach islamu, inni zakazują jego książki lub też cenzurują. Powstaje skomplikowany portret, lecz nie jest do końca jasne, po co filmowcy go tworzą.
"Droga do Mekki" zdaje się być w pierwszej kolejności przeznaczona dla osób otwartych i tolerancyjnych, które jednak niewiele wiedzą o islamie. Religia ta jest tutaj pokazana jako najwyższa forma harmonii i mądrości, religia piękna i fascynująca, której myślą przewodnią jest dobro i duchowy rozwój. Z czasem w filmie pojawia się wyraźny rozdział pomiędzy samą religią a muzułmanami, 'którzy nie są warci islamu'. Nie ma w tym jednak tak naprawdę nic nowego i każda choć trochę myśląca osoba podobne wnioski dotyczące każdej religii może wysnuć bez oglądania filmu. Jeśli zatem ktoś zna trochę islam, jego myśl, wtedy
"Droga do Mekki" nie ma mu kompletnie nic do zaoferowania. Niestety w Polsce takich osób pewnie nie ma zbyt wiele.
(MP)
Obywatele świata Przedziwny to film. Niby dokument, a jednak fabuła. Niby z aktorami, ale przecież odgrywają sami siebie.
"Bahrtalo!" zaciera granice między filmowymi formami. To, co otrzymujemy to impresja o życiu dwojga współczesnych nomadów. Niby żyją w Rumunii, lecz w rzeczywistości cały czas krążą w poszukiwaniu dóbr, pieniędzy. Szukają ich nie po to, żeby gromadzić, lecz by wydawać, wymieniać, być w ciągłym ruchu.
Ta impresja nie ma głębszego sensu. I być może nie miała go mieć. Twórcy próbują uchwycić ulotność i zmienność cygańskiego losu, obywateli świata, którzy wszędzie potrafią się odnaleźć, czy to w Austrii czy to w Egipcie. Sam film też jest zwiewny, przeskakując od jednej sceny do następnej. Póki trwa, póty można się bawić. Jednak tak jak bohaterom szybko znikają świeżo zarobione pieniądze, tak i pamięć o tym filmie szybko wyparuje z głów widzów.
(MP)