Reżyser "Synonimów" opowiada o filmie

  • Informacja nadesłana
  • Filmy
Komediodramat "Synonimy" zdobył m.in. statuetkę Złotego Niedźwiedzia oraz nagrodę FIPRESCI na ostatnim festiwalu w Berlinie. Film powstał w oparciu o własne doświadczenia reżysera Nadava Lapida. Bohaterem filmu jest młody Izraelczyk, który chcąc się odciąć od swoich korzeni wyjeżdża do Francji, gdzie planuje rozpocząć nowe życie. Początki w nowym mieście są jednak dalekie od jego wyobrażeń. Tak zaczyna się angażująca, z każdą sceną coraz bardziej oryginalna tragikomiczna łamigłówka. Reżyser opowiedział nam o tym, jak powstawał film oraz jakie reakcje wzbudza on wśród widzów na świecie. Premiera kinowa 11 października.

824229_1.1.jpg

Piotr Czerkawski: Tom Mercier, odtwórca głównej roli w "Synonimach" skarżył się, że – gdy raz został rozpoznany w knajpie – omal nie przypłacił występu w twoim filmie pobiciem. Czy tobie zdarzyło się coś podobnego?

Nadav Lapid: Na pewno doświadczyłem pełnego spektrum reakcji na "Synonimy" – od zachwytu po nienawiść. Znajomi powiedzieli mi, że gdy – podczas ceremonii rozdania nagród – przewodnicząca jury, Juliette Binoche, ogłosiła, że Złoty Niedźwiedź wędruje do "Synonimów", trzy największe stacje telewizyjne przerwały swoje programy, by nadać specjalne wiadomości z Berlina.

Brzmi to lekko absurdalnie.

I takie było! Podobne komunikaty zwiastują zwykle wybuch wojny, a nie zakończenie festiwalu filmowego. Żeby było śmiesznej, informacje o naszym zwycięstwie ilustrowano na paskach telewizyjnych tytułami "Chwała dla Izraela" albo "Izraelski bohater".

Chyba ci nie wierzę...

Poczekaj, to jeszcze nie wszystko. Gdy następnego dnia wracałem samolotem z Berlina do Tel Awiwu i wchodziłem na pokład, mniej więcej 2/3 pasażerów zaczęło klaskać. Na lotnisku czekało na mnie chyba z siedemdziesięciu dziennikarzy i paparazzi, ostatecznie musieliśmy zorganizować dla nich improwizowaną konferencję prasową. Wszystko to brało się chyba stąd, że w Izraelu głód osiągania zwyczajnych sukcesów, które nie wiążą się z wojną i zabijaniem, zyskał naprawdę niewyobrażalne rozmiary.

Gdy euforia opadła, atmosfera wokół "Synonimów" zrobiła się bardziej ambiwalentna?

Po kilku dniach izraelska telewizja zaczęła emitować fragmenty filmu. Jak się pewnie domyślasz, wybrano sceny, które wydały się najbardziej prowokacyjne, zwłaszcza pod względem politycznym. Wtedy ludzie poczuli się zdezorientowani i nie wiedzieli, czy powinni czuć dumę, czy wstyd, czy wciąż jestem bohaterem, czy może jednak zdrajcą.

824228_1.1.jpg

Jak zareagowały na to wszystko izraelskie władze?

Minister kultury, która, delikatnie mówiąc, nie jest największą miłośniczką artystycznej swobody, zamieściła specjalny wpis na Twitterze. Napisała coś w stylu: Gratuluję Nadavowi Lapidowi jego sukcesu, ale nie widziałam jeszcze filmu, więc nie wiem, czy nie łamie izraelskiego prawa....

Ostatecznie pani minister obejrzała "Synonimy"?

Na pewno nie było jej na premierze, bo wysłała tam jednego ze swoich zastępców. Facet znalazł mnie przed pokazem, przywitał się i powiedział, że przyszedł sprawdzić, czy mój film jest pro – czy antyizraelski. Odparłem, żeby powiedział mi po seansie, bo sam nie jestem pewien. Oczywiście, nigdy więcej nie zamieniliśmy już słowa...

Jak przyjęli film zwykli widzowie?

Część z nich pisała w Internecie, że spalą mój dom i zabiją moją rodzinę. Nie przesadzam. Niektórzy dziennikarze nie byli zresztą dużo bardziej wyrafinowani. W jednym z dzienników ukazał się artykuł, którego autor dowodził, że Juliette Binoche zawsze była krwiożerczą antysemitką, a nagroda dla "Synonimów" jest logiczną konsekwencją takiej postawy.

Wspomniałeś jednak, że reakcje na twój film bywały również entuzjastyczne.


Tak, pojawiło się sporo bardzo dobrych recenzji. Najbardziej jednak ujęli mnie nieznajomi ludzie, którzy mówili albo pisali, że identyfikują się z "Synonimami" i wysyłali do kina rodzinę oraz znajomych, mówiąc Jeśli obejrzycie ten film, lepiej zrozumiecie, co myślę o życiu i byciu Izraelczykiem. Co ciekawe, podobne komentarze wygłaszali zwykle ludzie, którzy są ode mnie młodsi... W ogóle, odniosłem wrażenie, że reakcje na "Synonimy" - nieważne, czy pozytywne, czy negatywne – często były bardzo intymne i odnosiły się do głęboko drzemiących w widzach lęków, kompleksów, pragnień.

Do tak osobistych reakcji zapewne ośmiela widzów poczucie, że "Synonimy" to bardzo osobisty film także dla ciebie.

To prawda, ale chciałbym podkreślić przy tej okazji jedną rzecz. Niedawno wróciłem z festiwalu w Toronto i miałem wrażenie, że ludzie rozumieją tam "Synonimy" bardzo podobnie jak w mojej ojczyźnie. Było to dla mnie bardzo krzepiące, bo dowodziło, że udało mi się zrobić film o czymś więcej niż o emigrancie z Izraela, który nie potrafi odnaleźć się we francuskiej rzeczywistości. Koniec końców, kogo w Kanadzie czy gdzieś indziej miałyby obchodzić dylematy Izraelczyka we Francji? Głęboko wierzę, że "Synonimy" to film, który stawia pytania uniwersalne: w jakim stopniu jesteśmy więźniami własnej tożsamości? Czy naprawdę musimy kochać swój kraj? Jak właściwie zdefiniować taką miłość?

No właśnie – jak?

Główny bohater, Yoav, myśli o byciu Izraelczykiem jako o chorobie, z której może się wyleczyć. Fajnie to brzmi, ale stanowi rażące uproszczenie. Jeśli bowiem uda ci się uwolnić od swojej ojczyzny, do pewnego stopnia przestajesz być sobą, stajesz się uboższy o coś istotnego. Osobiście zawsze miałem tę świadomość i dlatego właśnie uważam, że nawet jeśli "Synonimy" są chwilami ekstremalnie krytyczne wobec izraelskiej mentalności, nikt nie może zaprzeczyć, że zostały zrealizowane przez człowieka, który czuje więź z Izraelem i uważa narodowość za istotny składnik swojej tożsamości.

Domyślam się jednak, że emigracja, której sam doświadczyłeś, również wywarła istotny wpływ na twoje postrzeganie świata?

Mieszkanie w innym kraju pozwoliło mi spojrzeć na własne życie z większym dystansem, dało odwagę, żeby kwestionować rzeczy, które wcześniej uznawałem za oczywiste. Nie bez znaczenia był także fakt, że wyjechałem akurat do Francji. W "Synonimach" trochę ten kraj krytykuję – pokazuję na przykład, że tamtejsza przemoc ekonomiczna i klasowa bywa równie dotkliwa jak praktykowana w Izraelu przemoc fizyczna. Z drugiej jednak strony pewne elementy francuskiej rzeczywistości zafascynowały mnie, otworzyły mi oczy. Jest w "Synonimach" scena, w której nauczycielka ze szkoły dla imigrantów wypowiada zdanie: "Żadna religia nie ma sensu, bo Bóg przecież nie istnieje". Pochodząc z tak konserwatywnego kraju jak Izrael i słysząc, że ludzie we Francji bez lęku powtarzają podobne rzeczy w oficjalnych sytuacjach, poczułem się wyzwolony.

W trakcie naszej rozmowy powiedziałeś, że twój film podoba się przede wszystkim młodym ludziom. Jak myślisz, dlaczego?

Może dlatego, że mój film opowiada w pewnym sensie właśnie o byciu młodym. Sam mam już 44 lata, więc nie należę do tej grupy, ale ona wciąż bardzo mnie interesuje. Moi główni bohaterowie – Izraelczyk i dwoje Francuzów mają po 23 lata, tyle samo, ile w trakcie zdjęć mieli wcielający się w nich aktorzy. Oczywiście, każdy człowiek jest inny, ale młodość, niezależnie od wszystkiego, ma swój niepodrabialny smak i zapach, jak w "Smell Like Teen Spirit" Nirvany. W tym wieku masz w sobie świeżość, niewinność, odwagę, żeby zadawać pytania i kwestionować to, co większości ludzi wydaje się oczywiste.

Co właściwie kwestionuje Yoav z "Synonimów"?

Stagnację, w której tkwi większość z nas. Nawet jeśli czujemy się nieszczęśliwi, zwykle przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Tylko czasem niektórzy z nas podejmą jakieś kroki – na przykład wyprowadzają się do innego kraju. Dla mojego bohatera to jednak wciąż za mało. Yoav przenosi się z Izraela do Francji i stawia sobie za cel, żeby w pewnym sensie narodzić się na nowo.

Rozterki głównego bohatera znajdują swoje odbicie w filmowej formie, która wydaje się w "Synonimach" świadomie kapryśna, impresyjna, nieuporządkowana.

Oryginalność formy była dla mnie bardzo ważna i muszę powiedzieć, że nie rozumiem filmowców, zwłaszcza tych z kręgu kina autorskiego, którzy nie przywiązują do niej wagi i zadowalają się powielaniem schematów. 95% powstających dziś filmów nie da się od siebie odróżnić. Tu plan amerykański, za chwilę zbliżenie, powrót do amerykańskiego. Zero kreatywności! Nie mogę zrozumieć, jak można opowiadać osobiste w zamierzeniach historie w tak bezosobowy sposób. To trochę tak, jakby ktoś chciał napisać list miłosny i robił to na podstawie instrukcji, którą znalazł w Google.

Skoro mowa o wyznawaniu miłości, "Synonimy" opisuje się czasem jako hołd dla kina Francuskiej Nowej Fali. Zgadzasz się z takimi interpretacjami?

Jeśli to faktycznie hołd, to dość przewrotny. Chciałem, żeby "Synonimy" były jednocześnie wyrazem szacunku wobec mistrzów Nowej Fali, ale i prowokacją, zaproszeniem ich do pojedynku. To deklaracja w stylu "Ok, pokazaliście, co potraficie. Teraz moja kolej". Podobna ambiwalencja w moim filmie dotyczy zresztą nie tylko Nowej Fali ale Francji i Paryża w ogóle. Zauważ, że pokazuję na ekranie wszystkie ikoniczne miejsca w rodzaju Notre Dame, Sekwany, Saint – Germain i Saint – Michel, ale staram się, żeby wyglądały zupełnie inaczej niż w turystycznych folderach.

824231_1.1.jpg

Być może to nietypowe spojrzenie na Francję wynika z faktu, że oglądamy świat oczyma bohatera, który, będąc Izraelczykiem, czuje się w zachodniej Europie odrzucony i niezrozumiany.

Jak najbardziej. Spójrzmy na relację Yoava z parą francuskich sąsiadów, z którą wikła się w uczuciowy trójkąt. Choć wszyscy oni są w podobnym wieku, słuchają tej samej muzyki, a nawet pożądają siebie nawzajem, mimo wszystko boleśnie odczuwają bariery kulturowe. Niemożność porozumienia, która występuje w tej relacji, występuje zresztą nie tylko na tle narodowościowym. Na tej samej zasadzie, bogaci nigdy nie zrozumieją się z biednymi. Choć często będą używać tych samych słów, dla każdej z tych grup będą one znaczyć zupełnie co innego.

A zatem znowu wracamy do języka. To chyba dla ciebie ważny temat, bo odgrywa istotną rolę nie tylko w "Synonimach", lecz także w "Przedszkolance", która doczekała się niedawno amerykańskiego remake'u z Maggie Gyllenhaal. Podobał ci się ten film?

Na pewno był zupełnie inny od oryginału, co może wydać się zaskakujące, bo przecież wersja amerykańska opowiadała tę samą historię i była oparta na tym samym scenariuszu, zgadzały się nawet dialogi. A jednak podejście Sary Colangelo do reżyserii jest na tyle inne od mojego, że udało jej się uniknąć wtórności. Na pewno pomogła jej też obsada – Maggie Gyllenhaal w głównej roli była niesamowita.

Naszą rozmowę prowadziliśmy po angielsku. Czy masz w tym języku swoje ulubione słowo?

Trudno mi zdecydować się na jedno i to często się zmienia, ale ostatnio podoba mi się słowo "fascination". Gdy powtarzasz je kilka razy, zaczyna brzmieć jak mantra. Fascination, fascination, fascination...

zobacz też:

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię