Recenzja filmu Witaj w klubie (2013)
Jean-Marc Vallée

Żyć nie umierać

Aktorskie szarże, dynamiczna narracja, efektowna i szanująca inteligencję widza konwencja, sporo humoru, zarówno na poziomie słowa, jak i formy filmowej, podbudowujące przesłanie i sprawdzony ...
Filmweb sp. z o.o.
Zdarzyło się naprawdę: gdy w połowie lat osiemdziesiątych epidemia AIDS stała się nie tylko poligonem doświadczalnym, ale również rękojmią zarobku dla wielkich koncernów farmaceutycznych, Teksańczyk Ron Woodroof zorganizował półlegalny, płatny system opieki dla zarażonych wirusem HIV. Gdyby w tym momencie postawić kropkę, łase na podobne historie Hollywood i tak przyjęłoby scenariusz bez zbędnych pytań. Ale są jeszcze fakty, obok których producenci nie mogli przejść obojętnie: po pierwsze, Woodroof sam był nosicielem HIV i kilka lat po wyroku śmiał się w twarz lekarzom dającym mu miesiąc życia. Po drugie, był pijakiem, dziwkarzem i homofobem.

photo.title

Przemiana bohatera z impulsywnego i nietolerancyjnego prostaka w nieprzejednanego społecznika podana jest w sposób efektowny, wiedzie od jednego punktu węzłowego do kolejnego. Już w pierwszej scenie widzimy Rona uprawiającego seks z dwiema dziewczynami w zagrodzie na rodeo, by po chwili wkroczyć za nim w świat tanich spelun, placów budowy pełnych nielegalnych imigrantów i przyczep wyładowanych brudnymi redneckami. Gdy powietrze gęstnieje od plotek na temat choroby bohatera, uprzedzona i ciemna społeczność postanawia pozbyć się nosiciela "pedalskiej krwi". Zderzenie z ziomkami nie boli jednak tak mocno jak starcie z lokalną służbą zdrowia – to właśnie w szpitalu rodzi się prawdziwy, zarówno emocjonalny, jak i dramaturgiczny, konflikt. Portretując Woodroofa, twórcy pozwalają sobie na skróty i uproszczenia, ale jest to starannie zaplanowana strategia. Woodroof ma być bohaterem, jakiego Ameryka uwielbia, a kino potrzebuje. Bohaterem, który bierze sprawy w swoje ręce i staje po stronie wykluczonych, a jednocześnie pozostaje tradycjonalistą i nie wysadza w powietrze gmachu konserwatywnych wartości.

Ciekawe, że zmagania mężczyzny obserwujemy przez obiektyw Kanadyjczyka Jean-Marca Vallee ("C.R.A.Z.Y", "Cafe de Flore"), dla którego "Witaj w klubie" jest ledwie drugim filmem zrealizowanym w USA. Twórca rozsmakowuje się w odwzorowywaniu klimatu epoki, bez kompleksów czerpie z dorobku wielkiej amerykańskiej epiki i choć wątek epidemii AIDS spycha na daleki plan (docierają do nas jedynie echa wielkiej, medialnej dyskusji), to świetnie wychodzi mu szkicowanie relacji między Woodroofem a nieprzychylnym światem oraz wewnętrznymi demonami. Związek bohatera z transseksualnym mężczyzną (Jared Leto) jest tu katalizatorem przemiany, ale droga do akceptacji nie będzie wcale tak oczywista, jak nam się wydaje, a przyspieszony kurs tolerancji zostanie – przynajmniej początkowo – ufundowany na przekorze i pysze.

photo.title

Oczywiście, nie byłoby śladu po zawartych w tekście subtelnościach, gdyby nie duet Matthew McConaughey-Jared Leto. Ten pierwszy kończy właśnie detoks po latach gry w drugiej lidze i dokłada kolejną, wspaniałą rolę do kolekcji – jako wychudzony, agresywny Woodroof równoważy dramatyczne i komediowe tony, jest zarówno pochlastanym przez życie facetem, któremu grunt usuwa się spod nóg, jak i plakatowym buntownikiem z wyboru. Ten drugi wyciska maksimum emocji, energii i psychologicznej wiarygodności z jednowymiarowej figury przegiętej pańci. W obydwu przypadkach Oscary będą w pełni zasłużone.

Aktorskie szarże, dynamiczna narracja, efektowna i szanująca inteligencję widza konwencja, sporo humoru, zarówno na poziomie słowa, jak i formy filmowej, podbudowujące przesłanie i sprawdzony motyw choroby jako kuźni charakteru. Okej, "Witaj w klubie" to film skrojony pod Oscary. Tym razem jednak warto wziąć to za komplement.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (358 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie