Recenzja filmu To: Rozdział 2 (2019)
Andy Muschietti

Balonik wspomnień

Najbardziej pojechane filmowe sceny – jak ta z potworami wyskakującymi z chińskich ciasteczek szczęścia czy szaloną staruszką terroryzującą dorosłą Bev – są efektem sparowania mroków Derry z ...
Filmweb sp. z o.o.
Ćwierć wieku to konkret. Solidny fundament. Skoro już udało nam się dożyć, może najwyższy czas zrzucić z barków lęki i traumy wieku niewinności? Po 27 latach członkowie nieformalnego "Klubu Frajera" z pierwszej części "Tego" mają przynajmniej kilka powodów, żeby utopić stare miasteczko Derry w strumieniach szampana. Dojrzeli, lepiej lub gorzej poukładali swoje dorosłe życia, porobili kariery, zapomnieli o przeszłości. Wprawdzie dawno temu zdarzyło im się stanąć w szranki z rekinoszczękim klaunem z innego wymiaru, ale wszystkie ważniejsze części ciała zachowali na swoich miejscach. Czas ekranowy rozciągnął się w długi tunel z potrójnym światłem na końcu, natomiast w czasie rzeczywistym wystarczyły zaledwie dwa lata, żeby czerwony balonik napęczniał do 169 minut. Fani Stephena Kinga i horroru – piszą dziennikarki i dziennikarze zza oceanu – od kilku lat tresowani w kompulsywnym binge-watchingu, wreszcie otrzymali skrojoną pod siebie wersję "Avengers: Endgame". Niech się więc nudzą, marzną w kinie i nie zawracają poważnym ludziom głowy. 

photo.title

To rytualne bicie maczugą w metraż filmu Andresa Muschiettiego uważam za cokolwiek niesprawiedliwe. Owszem, "To: Rozdział II" nie jest tak zwarte i lakoniczne jak część pierwsza. Owszem, dorosłe wersje naszych siedmiorga bohaterów czasami za bardzo przypominają monstra Frankensteina, sklecone z najtańszych blockbusterowych stereotypów i odwalające litanię czysto erpegowych questów spod znaku "zabij bossa, znajdź wihajster, ułóż, wrzuć, przywołaj". Poza tym jest to jednak to samo stare dobro: koktajl bezpretensjonalnej nostalgii, ducha Nowej Przygody, baśniowej estetyki i wizualnie dopieszczonej przyjemności, w której zło codzienne i zakorzenione społecznie zderza się ze złem metafizycznym, piekielnym i kompletnie nieodgadnionym. Z istotą jednocześnie groteskowo ludzką i lovecraftowsko powykręcaną na wszystkie strony świata. W pewnym sensie już sam prolog – ze sceną brutalnej napaści na parę gejów – przedstawia nam cały film w jednej krótkiej zwrotce: dawno, dawno temu pewien potwór wpadł do studni, ale przerażenie, które po sobie pozostawił, stało się nieodłącznym cieniem teraźniejszości. 

W drugiej części Derry chwieje się w posadach pod ciężarem własnej posępnej historii, nie oszczędzając zarazem tych, którzy świadomie postanowili zerwać z nim wszelkie linki. Bill (James McAvoy) przeprowadził się do dużego miasta i został autorem poczytnych powieści z kiepskimi zakończeniami (wyraźne mrugnięcie oka do samego Kinga). Molestowana przez ojca Beverly (Jessica Chastain) mieszka w wielkiej rezydencji z mężem – damskim bokserem. Złotousty Richie (Bill Hader) strzela dawnym jadowitym humorem na deskach teatrów, jako stand-uper, Stan (Andy Bean), wiele lat po pamiętnej bar micwie, wciąż robi za ostoję rozsądku i stabilności, a hipochondryk Eddie (James Ransone) to profesjonalny analityk ryzyka inwestycyjnego. Najbardziej spektakularną metamorfozę przeszedł bez wątpienia Ben (Jay Ryan), za dzieciaka ten bardziej przy kości, a obecnie bogaty właściciel biura architektonicznego i człowiek o sylwetce cyrkowego akrobaty. Z całej paczki tylko Mike (Isaiah Mustafa) nadal stacjonuje w zapadłym Derry, gdzie na poddaszu biblioteki urządził sobie biuro śledcze i z fanowskim uporem kolekcjonuje wszelkie ślady obecności Pennywise'a w historii miasteczka. To właśnie Mike, w jedynce raczej na dalszym planie, w "Rozdziale 2" pełni zaszczytną funkcję mistrza gry, który pamięta nawet wtedy, kiedy wszyscy inni już dawno zapomnieli. To on woła zza kadru, że przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę. I że smok naprawdę wylazł z pieczary i zaczyna palić okoliczne wioski. 

photo.title

"Drużynowość", w połączeniu z metrażem, ma oczywiście swoje konsekwencje – "It 2" w wielu miejscach przypomina pełnokrwiste kino przygodowe, a nie typowy horror z jump-scare'ami. Jest tutaj zdecydowanie więcej baśni, niesamowitości, mrocznej estetyki, którą kojarzymy nie tylko z klasykami z lat 80. – przede wszystkim z "Czymś" Carpentera – ale także z twórczością Guillerma del Toro czy Joon-ho Bonga. Klaun Pennywise – w psychopatycznej interpretacji Billa Skarsgårda – pozostają tą samą ambiwalentną, nieklasyfikowalną obecnością, zyskuje jednak rozbudowany i z  ducha lovecraftowski lore (znawcy Kinga mówią, że także zgodny z literą powieści). CGI goni CGI i robi to z zaskakująco dobrym skutkiem. Najbardziej pojechane filmowe sceny – jak ta z potworami wyskakującymi z chińskich ciasteczek szczęścia czy szaloną staruszką terroryzującą dorosłą Bev – są efektem sparowania mroków Derry z koronkową robotą ludzi od animacji komputerowej. Za przygodowością krok w krok podążają pastisz i komedia, ale dawkowane tak, żeby w trzygodzinnym molochu utrzymać balans światła i ciemności. Prym wiedzie szczególnie standupowe zacięcie Billa Hadera w roli Richiego, który potrafi podpalić każdy suchy tekst celną ripostą, a jednocześnie targa nim rodzaj nieukojonej dziecięcej nostalgii. To taki Jeff Goldblum z "Parku Jurajskiego" na miarę naszych czasów – mroczniejszy, bardziej dosadny, pozbawiony złudzeń, ale na pewno nie cyniczny. Raczej typ rozczarowanego idealisty, doskonały w duecie z Pennywise'em, w którym niektórzy już zdążyli doszukać się metafory rządów Donalda Trumpa.

"Rozdział 2" pozostaje przede wszystkim peanem na cześć dwóch fenomenów: dziecięcej przyjaźni oraz uzależnienia od popkultury. Ta druga oczywiście napędza pierwszą i pewnie dlatego u Muschiettiego wszystko to, co przydarzyło nam się w "wieku niewinności", rzutuje na kształt dorosłego życia. To jednak nie Freudowskie kompleksy i popędy, ale magnetowid i kadry komiksów pchają ludzi do porzucania miejsc, w których dzieje im się krzywda. Powrót do Derry jest więc powrotem wypartych lęków i dawno zapomnianych legend. Ale także – powrotem rzeczywistości. Bill znowu zaczyna się jąkać, Ben krwawi ze starej rany na brzuchu, a całą paczkę terroryzują brutalne wspomnienia. Znają to z autopsji wszyscy ci, którym dzieciństwo nie szczędziło razów. Dla widzów powrót do Derry będzie jednak doświadczeniem kontrolowanego przerażenia i bezpiecznej nostalgii. Trochę jak oglądanie psychoanalizy w gabinecie Freuda, tyle że na magnetowidowej taśmie. Jak wizyta u kuzyna z osiedla, który może i nie jest ideałem, ale czeka na nas z kratą browarów i stekiem bzdur o wspólnych znajomych z przeszłości. Dobrze tu być. Dobrze tu być na chwilę. A jeśli ta chwila zacznie się przeciągać do trzech godzin, to cóż, spróbujcie nie patrzeć na trzy jaskrawe światła. Może się wam uda. W każdym razie – życzę szczęścia. I cyrkowych wrażeń w trakcie oglądania.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 69% uznało tę recenzję za pomocną (81 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię