Recenzja filmu Strażnicy Galaktyki (2014)
James Gunn
Waldemar Modestowicz

Był sobie kosmos

Widowisko Jamesa Gunna to dobra ekranizacja komiksu, ale przede wszystkim piękny hołd dla Kina Nowej Przygody. Space opera idzie tu pod rękę z wyborną komedią, ironia żeruje na patosie, a ...
Filmweb sp. z o.o.
Galaktyka może spać spokojnie, fani ekranowego uniwersum Marvela również. Widowisko Jamesa Gunna to dobra ekranizacja komiksu, ale przede wszystkim piękny hołd złożony Kinu Nowej Przygody. Space opera idzie tu pod rękę z wyborną komedią, ironia żeruje na patosie, a przedstawienie kradnie wyszczekany futrzak z rakietnicą. Taki film mógłby wyprodukować dawno temu Steven Spielberg pod banderą Amblin Entertainment.

photo.title

"Powrót do przyszłości", "Gremliny" oraz "Goonies" z pewnością należały do celuloidowego jadłospisu nastoletniego Petera Quilla, nim w 1988 roku został on uprowadzony przez kosmitów. Spotkany po latach bohater (Chris Pratt) to krzyżówka Hana Solo z Martym McFly'em – awanturnik i wieczny dzieciak, nieudacznik, któremu nie brakuje dowcipu  i pary w pięściach. Wymarzony materiał na herosa. Musi tylko wydorośleć i nauczyć się brać odpowiedzialność za podobnych mu poobijanych przez los wyrzutków: seksowną zabójczynię Gamorę, mściwego, lecz mało lotnego Draksa, zmutowanego szopa-kryminalistę Rocketa oraz humanoidalne drzewo o imieniu Groot.   Przyspieszony kurs dojrzałości zafunduje całej piątce niejaki Ronan Oskarżyciel – błękitnoskóry psychopata, któremu marzy się unicestwienie paru planet.


Morały o odwadze, poświęceniu i lojalności brzmią tu równie czysto co katowane przez Quilla na oldskulowym walkmanie piosenki The Runaways, Blue Swede czy Davida Bowiego. Złote przeboje nie tylko zgrabnie komentują akcję, ale odsyłają też do epoki, w której kształtowała się popkulturowa wrażliwość Jamesa Gunna. Reżyser wyraźnie tęskni za atmosferą filmów science-fiction z lat 80.: praktycznymi efektami specjalnymi, gumową charakteryzacją, szpanerskim designem, specyficznym połączeniem kiczu i ekstrawagancji. Wszystko to udało mu się po trosze zmieścić w "Strażnikach galaktyki", nie łamiąc przy okazji zasad rządzących współczesnym kinem rozrywkowym. Komiksowa historia bez zarzutu sprawdza się jako festiwal eksplozji, pościgów i strzelanin, ale ma też nieodparty staroświecki wdzięk. Chyba żadna inna marvelowska produkcja (ewentualnie poza "Iron Manem 3") nie może pochwalić się tak wyraźnym autorskim stemplem.

Gunn nie bał się przy okazji zaryzykować podczas kompletowania obsady. Dość wspomnieć, że największe gwiazdy, Bradley Cooper i Vin Diesel, pojawiają się na ekranie pod postacią wyczarowanych przez komputer kosmitów. W dodatku ten drugi (obsadzony w roli drzewa – czyżby jakaś sugestia odnośnie jego umiejętności aktorskich?) przez cały seans powtarza to samo zdanie. Występujący do tej pory w komediach Chris Pratt sprawdza się jednak jako główny protagonista – z czteropakiem na brzuchu i łotrzykowskim błyskiem w oku łatwo zdobywa sympatię.  Na drugim planie świetny epizod zalicza Benicio Del Toro w roli Kolekcjonera  gustującego w fantazyjnym przyodziewku i śmiercionośnych artefaktach. Najsłabiej z tego kosmicznego towarzystwa wypada, niestety, przeźroczysty czarny charakter (Lee Pace) – szkaradny brutal, zły bez powodu na wszystko i wszystkich.  

Po tym, jak niedawny "Kapitan Ameryka" zaproponował nieco doroślejsze podejście do ekranizacji komiksu, "Strażnicy galaktyki" wracają do formuły niezobowiązującej rozrywki dla widza w każdym wieku. Nawet jeśli jedyna refleksja po seansie będzie dotyczyć zakupu szopa w charakterze domowego zwierzątka, nikt nie powinien być zawiedziony.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (641 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (9)

zobacz wszystkie