Recenzja filmu 7 krasnoludków i Królewna Śnieżka - Nowe przygody (2015)
Ben Zhao
Dariusz Błażejewski

Chińskie bajki

Zasiadając w fotelu kinowym możemy porzucić wszelkie estetyczne oczekiwania, wyśrubowane przez amerykańskich liderów komputerowej animacji. Zapomnijcie o pomysłowej inscenizacji, o porywającym ...
Filmweb sp. z o.o.
Kto nie kojarzy etykietki "Made in China"? Kto potrafi powstrzymać rozbudzony przez te trzy krótkie słowa ciąg skojarzeń? Charakterystyczna zbitka, brzmiąca w swojskim polglish jako "madeinhina", niczym Proustowska magdalenka automatycznie odsyła przecież do lat 90., do przestrzeni straganów z tanizną dumnie prezentujących najnowsze "abidasy" czy inne "majki". Czasy się jednak zmieniły i dziś na stronach - dajmy na to - magazynu Forbes znajdziemy artykuł tłumaczący, jakim cudem marka "Made in China" stała się wreszcie "cool". W świecie kina również wszystko stanęło na głowie. Z niszy kina kopanego i poetyckich snujów Chiny stały się rynkiem, przed którym kłaniają się największe hollywoodzkie studia. Państwo Środka jest jednak na tyle duże, że wciąż znajdzie w swoich zakamarkach miejsce dla starych dobrych "madeinhinów". Film "7 krasnoludków i Królewna Śnieżka - Nowe przygody" gładko wpisuje się w stereotyp o chińskiej podróbce: skrzętnie ukrywa swoje wschodnie pochodzenie i skutecznie straszy zgrzebną realizacją.


Jak na baśń przystało, twórcy zabierają nas do krainy pełnej zamków, rycerzy i królewien, zwyczajowo leżącej gdzieś za siedmioma górami, dawno, dawno temu. Ale nie tylko dlatego "7 Krasnoludków i Królewna Śnieżka" działa jak filmowa machina do podróży w czasie. Komputerowa animacja wysmażona przez chińskich grafików wygląda bowiem jak produkt pecetów z końca ubiegłego wieku. Projekty postaci są niby porządne - ale wiemy to tylko dzięki temu, że w jednej ze scen pojawiają się rysunkowe podobizny bohaterów. Po przemieleniu przez przedpotopowe procesory gubi się gdzieś pierwotny urok tych grafik. Boli to zwłaszcza w przypadku tytułowych krasnali obdarzonych woskowymi, niekształtnymi, antypatycznymi facjatami. Zasiadając w fotelu kinowym możemy porzucić wszelkie estetyczne oczekiwania, wyśrubowane przez amerykańskich liderów komputerowej animacji. Zapomnijcie o pomysłowej inscenizacji, o porywającym połączeniu fotorealizmu z wykwitami nieskrępowanej twórczej wyobraźni. Tu jest problem nawet z podstawami: atrakcyjnym dizajnem czy (o zgrozo!) płynnością ruchu.

A kto liczy na film o - w końcu: tytułowych bohaterach! - krasnoludkach i Śnieżce, też może się ciut rozczarować. Królewna i jej pocieszni towarzysze są tu w zasadzie postaciami drugoplanowymi. Krasnale dostarczają komicznego przerywnika, Śnieżka pełni zaś rolę kogoś na kształt zastępczego rodzica, przewodniczki, trenerki osobistej (!). Faktyczną protagonistką jest zaś mała Zosia, która w towarzystwie psa Fartka wyrusza na poszukiwania zaginionego ojca. Po drodze dziewczynka spotyka Królewnę, która oferują jej swoją pomoc. Od tego momentu akcja toczy się według ustalonego schematu: perypetia - budująca przemowa Śnieżki - kolejna perypetia - kolejna budująca przemowa Śnieżki. Kopiuj, wklej, wklej, wklej. Baśnie niby rządzą się swoimi prawami, nieraz polegają właśnie na powtarzaniu w nieskończoność jednej figury: i wtedy spotkała tego, i wtedy spotkała tamtego… Każda z tych konfrontacji musi jednak coś wnosić: być kolejnym etapem na drodze rozwoju bohaterki - albo przynajmniej ekscytować. A tu figa.


No ale co ma tu ekscytować? Robiące za bohaterów, poruszające się sztywno brzydkie "woskowe" figurki? Kolejni przeciwnicy, którzy znikają tak jak i się pojawiają, bez ładu i składu: zły wilk, zły orzeł, zła królowa? Nieśmiałe próby puszczania oka do dorosłych widzów: żarty o krasnalach i ich stających czapkach albo lukach w edukacji seksualnej? Graniczące z plagiatem zapożyczenia: na przykład scena z niebieskimi ognikami, które prowadzą do chatki czarownicy - rodem z pixarowskiej "Meridy Walecznej"? Nie powiem, jest w filmie kilka momentów (siermiężnego, ale jednak) slapsticku, które wywołały salwy śmiechu wśród małoletnich widzów na sali kinowej. Twórcy "7 krasnoludków i Królewny Śnieżki" od pokazywania wolą jednak mówienie. Drugiego tak przegadanego filmu dla dzieci ze świecą by szukać. Ten potok męczących dialogów i monologów (przechwałki psa Fartka) męczy tak bardzo również dlatego, że płynie z topornie zanimowanych cyfrowych ust.

Na dokładkę dostajemy jeszcze dwie nieszczególnej urody piosenki, zilustrowane montażowymi sklejkami, w których wracają sceny ze wspólnych przygód bohaterów. W udanym filmie byłyby to podniosłe momenty, przekuwające wszystko, co wydarzyło się wcześniej, w destylat czystego kinowego wzruszenia. Nie tutaj. Oto najlepszy znak złego kina: moment, kiedy potrafisz sobie wyobrazić zamierzony przez twórców efekt, kiedy wiesz dokładnie, w jaką emocję celowali w danym momencie autorzy - ale za nic nie jesteś w stanie poczuć tego, co miałeś poczuć. "7 krasnoludków i Królewna Śnieżka - Nowe przygody" to wiązanka właśnie takich momentów. Morału nie będzie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (41 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie