Recenzja filmu Avengers: Czas Ultrona (2015)
Joss Whedon
Waldemar Modestowicz

Czas Whedona

Dialogi znowu skrzą się dowcipem, a osobowość każdego z bohaterów wybrzmiewa w punkt – choćby w scenie przyjęcia w siedzibie Avengers. W temacie widowiskowo-akcyjnym jest zaś chyba nawet lepiej ...
Filmweb sp. z o.o.
"Przecież to Avengers", mówi członek złej organizacji Hydra, który miał tego pecha, że znalazł się na celowniku "najpotężniejszych bohaterów Ziemi". Jego wypowiedź nadaje się na podsumowanie całego "Czasu Ultrona". Innymi słowy: Avengers - i wszystko jasne. 


Joss Whedon wchodzi jeszcze raz do tej samej rzeki i nie bierze jeńców. Większość z dotychczasowych filmów ze studia Marvela łapała się jakiejś znajomej konwencji, która miała zmiękczyć widzów nie do końca przekonanych do idei kolorowych przebierańców zbawiających świat. W "Iron Manie 3" taką konwencją był policyjny film kumpelski (zwłaszcza w finale), w "Kapitanie Ameryce: Zimowym Żołnierzu" – kino szpiegowskie, a w "Strażnikach Galaktyki" – tak zwane Kino Nowej Przygody. Tym razem dostajemy jednak komiks pełną gębą. Ze zwiastunów znamy już zresztą jakby żywcem wyjęty z kart zeszytów kadr, w którym Avengers zawisają w powietrzu w gotowych do akcji pozach. A teraz pomnóżcie to przez dwie i pół godziny.

Whedon podobno miał w planach bardziej intymny sequel rozegrany na mniejszą skalę niż pierwsza część. Jeśli faktycznie tak było, to poniósł sromotną klęskę. Złota zasada filmowych kontynuacji obowiązuje i tu: ma być tak samo, tylko bardziej. Poprzednia odsłona funkcjonuje więc jako wzorzec i punkt odniesienia. Whedon raz za razem do niej nawiązuje; błędy stara się naprawić, a atrakcje – przebić. W ramach zadośćuczynienia przede wszystkim rozbudowuje postać Hawkeye’a (Jeremy Renner), który niemal połowę "Avengers" spędził jako bezmyślny osiłek na usługach Lokiego. A przecież – jako "po prostu" facet z łukiem – i tak wydawał się już ciut nie na miejscu u boku superżołnierzy, kosmicznych półbogów i genialnych miliarderów. Tym razem jest na niego pomysł: Hawkeye to zwykły gość w drużynie, równiacha, który swoją przyziemnością trzyma w ryzach zbieraninę większych niż życie indywidualności. Zresztą pozwala sobie nawet na żart z kontroli umysłu, jakiej ofiarą padł ostatnim razem. 


Jeśli zaś chodzi o powielanie i przebijanie atrakcji – dostajemy między innymi powtórkę z dwóch pamiętnych jazd kamery z "Avengers". Mowa oczywiście o mastershocie pokazującym wszystkich bohaterów w akcji oraz o pomnikowym „obrotowym” ujęciu. Obie jazdy ewidentnie mierzono na mokre sny fana komiksów - teraz Whedon proponuje ich "sequele". Pierwszym z nich dostajemy po głowie zaraz na starcie i trudno wyobrazić sobie lepszą introdukcję dla naszych herosów. Drugi bis udał się nieco mniej: w nawale zwolnionego tempa, fikołków, ataków z powietrza, czarów-marów i nacierających zastępów złych robotów gubi się gdzieś elegancja pierwowzoru. Jeśli jest jakiś problem z "Czasem Ultrona", to chyba właśnie taki: film dźwiga na swych barkach ciężar całego kinowego Uniwersum Marvela i… dostarcza aż za dużo szczęścia. Whedon żongluje imponującą ilością fabularnych piłeczek – do pokaźnej liczby oryginalnych bohaterów dochodzi jeszcze szereg nowych postaci i bagaż, jaki ze sobą niosą. A oprócz przeszłych filmów, które trzeba przypomnieć, są też przyszłe, które trzeba zapowiedzieć – takie prawo bycia ogniwem wciąż rozrastającej się serii. Ale chociaż twórca miejscami dostaje zadyszki, to i tak koniec końców cały trik udaje mu się po raz drugi. Dialogi znowu skrzą się dowcipem, a osobowość każdego z bohaterów wybrzmiewa w punkt – choćby w scenie przyjęcia w siedzibie Avengers. W temacie widowiskowo-akcyjnym jest zaś chyba nawet lepiej niż ostatnio. Świetna jest otwierająca "bondowska" sekwencja potyczki z żołnierzami Hydry, równie dobry - pojedynek między Iron Manem a Hulkiem.

Whedon sprytnie spina też nowe postacie z krytyczną meta-refleksją. Kto widzi w Avengers członków amerykańskiego superoddziału bojowego bezkarnie panoszących się na terytorium obcych krajów w imię globalnego – w ich mniemaniu – dobra, ten przyklaśnie debiutującym tu czarnym i nie-do-końca czarnym charakterom. Tytułowy Ultron (głos Jamesa Spadera) stanowi pokłosie eksperymentów Tony’ego Starka (Robert Downey Jr.) z obcą technologią. To produkt rozbuchanego do epickich rozmiarów ego bogacza/geniusza/herosa – sztuczna inteligencja, która wytyka swojemu stwórcy chęć zamknięcia świata w prywatnym więzieniu. Bliźniacy Wanda (Elizabeth Olsen) i Pietro Maximoff (Aaron Taylor-Johnson) są z kolei sierotami z wschodnioeuropejskiego państewka Sokovia; ich rodzice zginęli od bomby wyprodukowanej przez Starka. Dzięki udziałowi w eksperymentach Hydry rodzeństwo dostało narzędzia do wypełnienia zemsty – niebezpieczne supermoce. Nawet jeśli światopoglądy Ultrona i Maximoffów ostatecznie albo się kompromitują, albo ewoluują – i tak punkt dla twórcy, że daje im wybrzmieć. 
 
Dzięki temu "Czas Ultrona" – choć to blockbuster o zbawiających świat superludziach – nieoczekiwanie zaznacza totalitaryzujący margines własnej narracji. Nazwanie dojrzałym filmu, w którym grupa superbohaterów walczy ze złym robotem, może być nadużyciem, ale Whedon przynajmniej jest świadom schematów, na jakich pracuje. O trzeźwości jego podejścia świadczy między innymi wątek odpowiedzialności Avengers. Pomaganie niewinnym i minimalizowanie szkód przez bohaterów to żaden fabularny przecinek, tylko kluczowy punkt finałowej bitwy. Zack Snyder powinien robić notatki. Kliszom wymyka się też wizja sztucznej inteligencji. Ultron niby dochodzi do swoich tradycyjnie pesymistycznych wniosków w drodze tradycyjnie zimnej kalkulacji, ale pełno w nim intrygujących niuansów. Jest nie tylko komicznie niezręczny w naśladowaniu ludzkich zwyczajów, ale i zwyczajnie… humorzasty. A scena "narodzin" czarnego charakteru pokazana jest - w błysku inscenizacyjnego geniuszu - z jego punktu widzenia. Co więcej, potocznie "złemu" AI Whedon przeciwstawia "dobre" - w osobie androida Visiona (Paul Bettany). Tutaj jednak kończy się "dorosłość" filmu, a zaczyna prawdziwy sprawdzian dla komiksowych sceptyków. Jeśli kupujecie tę postać - czerwonoskórego, odzianego w żółtą pelerynę i strzelającego promieniami superbohatera – możecie iść na "Czas Ultrona" w ciemno. A jeśli ten opis budzi wasze obawy… Cóż, jest naprawdę duża szansa, że Whedon i tak was przekona.   
    
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (541 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (12)

zobacz wszystkie