Recenzja filmu Kiedy się pojawiłaś (2018)
Peter Hutchings

Dobrem jest i śmierć

"Kiedy się pojawiłaś" jest najlepsze w momentach wyciszenia. Okazuje się wtedy, że reżyser potrafi z zaskakującym wyczuciem pokazać chwile zwątpienia, strachu, desperackiego pragnienia bliskości. ...
Filmweb sp. z o.o.
Skye (Maisie Williams) jest nastolatką, która nigdy nie dożyje 18 urodzin. Ma raka. W jej przypadku śmierć nie jest już kwestią "jeśli", a "kiedy". Dziewczyna zdaje sobie z tego sprawę i robi dobrą minę do złej gry. Ma listę zwariowanych wyczynów, które chce dokonać przed śmiercią. I jest zdeterminowana, by skreślić wszystkie wpisane na niej pozycje.  

photo.title

Jednak Skye nie jest główną bohaterką filmu Petera Hutchingsa "Kiedy się pojawiłaś", choć odgrywać będzie w nim kluczową rolę. Na pierwszym planie jest jej rówieśnik, Calvin (Asa Butterfield). To chłopak naznaczony tragedią, zamknięty w sobie, cierpiący na paniczny strach przed śmiercią, który objawia się jego przekonaniem, że cierpi na nieuleczalną chorobę. Spotykają się na grupie wsparcia dla osób cierpiących na nowotwory. Skye wciąga go do swojego przedsięwzięcia, w ten sposób dając chłopakowi dokładnie to, czego potrzebował - nowy punkt widzenia, dystans, sposób na wyzwolenie się ze skorupy, która kiedyś chroniła go przed cierpieniem, a teraz stała się jego więzieniem.

photo.title

"Kiedy się pojawiłaś" nie jest bowiem filmem o umieraniu. Hutchings i scenarzysta Fergal Rock, jak wielu filmowców przed nimi, podążają drogą wyznaczoną przez Lwa Tołstoja, który pisał: "Jeśli życie jest Dobrem, to Dobrem jest i śmierć, bez której nie ma życia". Umieranie jednych jest okrutnym ale jednak darem - dla innych. Co oczywiście prowadzi do uproszczenia i łagodzenia wizerunku śmierci. Cierpienie Skye jest jedynie dyskretnie zaznaczone. Scen, kiedy trzyma się za brzuch, gdy wymiotuje w łazience, gdy mdleje, jest niewiele i służą jedynie przypomnieniu, że nie oglądamy przygód zwyczajnej niesfornej nastolatki. Dobroczynny wpływ jej śmiertelności na Calvina nie jest równoważony przez krótkie przebitki na matkę chłopaka, która nie pozbierała się po rodzinnej tragedii, czy też na rodziców Skye. Ci ostatni pojawiają w scenach rodem z folderów reklamowych prywatnych hospicjów: uśmiechnięci przez łzy otaczając ciepłem i wsparciem swoją umierającą córkę.

Takie traktowanie niewyobrażalnego (i, dla dotkniętych nim, niesprawiedliwego) cierpienia może niektórych widzów odstręczać. Tym bardziej, że podobnych obrazów powstało na pęczki, więc łatwo jest o przesyt i frustrację. Jednak "Kiedy się pojawiłaś" może wiele osób pozytywnie zaskoczyć. Choćby tym, jak zaprezentowano relację wiążącą Skye i Calvina. Odbiega ona od narracyjnej normy. Dwójka bohaterów jest też na tyle ciekawie skrojona, że pomimo całej schematyczności filmu łatwo nawiązuje się między nimi a widzami nić porozumienia. Reżyser całkiem sprawnie łączy wzruszenia, humor, rozterki typowych nastolatków i wyjątkowe problemy pary bohaterów. Choć ma skłonność do korzystania z muzyki, która "podpowiada", jakie emocje mają widzowie odczuwać, lub też z kadrów, które są kopią z podobnych filmów nakręconych wcześniej.


"Kiedy się pojawiłaś" jest najlepsze w momentach wyciszenia. Okazuje się wtedy, że reżyser potrafi z zaskakującym wyczuciem pokazać chwile zwątpienia, strachu, desperackiego pragnienia bliskości. Czasem wystarcza mu jeden gest, spojrzenie, by zaskoczyć mocą autentycznych emocji. Pozostaje jedynie żałować, że takich scen jest niewiele, bo właśnie oglądając je zapomina się o tym, że jest to kolejna hurtowa opowieść o umierających nastolatkach. W tych rzadkich momentach "Kiedy się pojawiłaś" porusza swą prawdziwością do żywego. I za ich sprawą jest to koniec końców film, po który warto sięgnąć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły