Recenzja filmu Moja żyrafa (2017)
Barbara Bredero

Dozwolone do lat sześciu

"Moja żyrafa" to jeden z tych filmów, do których trudno pałać szczerym entuzjazmem, a zarazem żal je krytykować Ma przecież serce po właściwej stronie: propaguje pozytywne wartości, nie brakuje ...
Filmweb sp. z o.o.
Za sprawą takich dystrybutorów jak Vivarto czy Stowarzyszenie Nowe Horyzonty przez polskie kina przemknęło w ostatnich miesiącach sporo filmów familijnych nakręconych w krajach Unii Europejskiej. Na ekranach raz za razem kursował m.in. "Traktorek Florek", galopował "Wicher", kolejne przygody przeżywali "Kacper i Emma". Wymienione tytuły łączy podobna prawidłowość: trudno pałać do nich szczerym entuzjazmem, a zarazem żal je krytykować Wszystkie mają przecież serce po właściwej stronie: propagują pozytywne wartości, nie brakuje im edukacyjnych walorów. Ponadto przypominają, iż kino dla najmłodszych nie musi kończyć się na wytworach z hollywoodzkiej taśmy produkcyjnej. Sęk w tym, że ich realizacja jak i aspekt rozrywkowy pozostawiają sporo do życzenia. Niestety, "Moja żyrafa" potwierdza tę regułę.


Bohaterami tej belgijsko-holendersko-niemieckiej koprodukcji są 4-letni Rafał oraz jego najlepsza przyjaciółka, tytułowa Rafa. Oboje przyszli na świat tego samego dnia i od tej pory spędzali ze sobą większość czasu. Relacja zostaje wystawiona próbę, gdy Rafał zaczyna chodzić do przedszkola, zaś Rafa - która zdaniem dorosłych wie już o życiu wystarczająco dużo - musi zostać w zoo. Początkowo chłopiec nie potrafi się zaklimatyzować w nowym miejscu. Z czasem udaje się mu się jednak przezwyciężyć nieśmiałość i znaleźć wspólny język z kolegą z grupy. Osamotniona żyrafa zaczyna niesłusznie podejrzewać, że otoczony wianuszkiem nowych kompanów maluch zapomniał o niej. Czy nierozłącznym dotąd towarzyszom uda się wyjaśnić nieporozumienia, by znów móc bawić się ramię w łapę?


Wielu młodych widzów dostrzeże w Rafale swojego rzecznika. Problemy z adaptacją w przedszkolu, tęsknota za zostawionymi w domu bliskimi, konieczność pogodzenia znajomości ze szkoły i podwórka - to przecież zmartwienia, z którymi muszą mierzyć się kilkulatkowie żyjący pod różnymi szerokościami geograficznymi. Milusińskim z pewnością spodoba się także  stworzona z pomocą speców od animatroniki tytułowa bohaterka, która na przełomie lat 80. i 90. z kopytkiem w nosie dostałaby angaż w każdej amerykańskiej produkcji familijno-przygodowej. Tym większa szkoda, że twórcy "Mojej żyrafy" nie zainwestowali w scenariusz równie dużo czasu i energii co w praktyczne efekty specjalne. Skutek? Pretekstowa fabuła wlecze się niemiłosiernie, a bohaterowie (z wyjątkiem zakochanego w przedszkolance dziadka Rafała) są bezpłciowi i przeźroczyści. Rozumiem, iż reżyserce Barbarze Bredero zależało na tym, by dzieciaki nie były atakowane z ekranu milionem bodźców. By filmowy świat był przyjazny, uroczy i bezpieczny. Z głaskaniem trzeba jednak uważać. Można bowiem przedobrzyć, wywołując efekt odwrotny do zamierzonego. W tym przypadku: nudę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni