Recenzja filmu Szczęśliwy Lazzaro (2018)
Alice Rohrwacher

Jeszcze młodszy papież

W poetyckiej, burleskowej formie Alice Rohrwacher rozpoznaje wciąż aktualne problemy, z dużym poczuciem humoru pokazując konieczność ciągłego cwaniakowania, kombinowania oraz niewiarę we wsparcie ...
Filmweb sp. z o.o.
Ten film uświadamia, jak bardzo współczesne kino odzwyczaiło nas od alegorii, od metafory. Jak nisko latamy na co dzień i jak niewiele trzeba, żeby poszybować nad rzeczywistością i pokusić się o szersze spojrzenie. A wręcz o diagnozę polityczno-społeczną, jaką ostatnio serwował nam bodaj Pier Paolo Pasolini. Bo czy to nie my, współcześni obywatele, wierzymy, że dług naszych państw wciąż rośnie - mimo że pracujemy od rana do nocy? Czy to nie my, pracownicy wolnego rynku, bierzemy udział w swoistym przetargu, kto z nas zrobi jeszcze więcej za jeszcze mniejsze pieniądze? Czy to przypadkiem nie my wolimy od życia na wsi przeprowadzkę do miasta, gdzie jesteśmy dokładnie tak samo biedni i jeszcze bardziej bezdomni? W poetyckiej, burleskowej formie Alice Rohrwacher rozpoznaje wciąż aktualne problemy, z dużym poczuciem humoru pokazując konieczność ciągłego cwaniakowania, kombinowania oraz niewiarę we wsparcie socjalne. Mieszają się w tym filmie: włoski neorealizm, realizm magiczny, idylla, hagiografia, komedia. Lecz zwroty akcji nie mają w sobie nic z tych, do jakich przyzwyczaiły nas seriale, a kto przewidzi zakończenie, powinien dostać specjalną Złotą Palmę dla najuważniejszego widza.

W kilkudziesięcioosobowej wiosce Inviolata, jak mówiło się dawniej wiosce służebnej dworu Markizy Alfonsiny de Luny, życie toczy się jak przed wiekami. Poborca gani pracujących w polu, zbierających liście tytoniu i suszących je na powale. Robotnikom co miesiąc rośnie dług, bo więcej rzekomo przejadają niż zarabiają. I nikt się nie sprzeciwia. Nikt nie umie pisać, ni czytać, nie chodzi do szkoły i nie opuszcza majątku, oddzielonego od świata tylko rzeką z zerwanym mostem. Gdy trzeba będzie wreszcie ją przekroczyć, nikt z mieszkańców nie odważy się zamoczyć nogi. Oto i kolejne symboliczne ograniczenie horyzontów myślowych. Społeczność wsi żyje spokojnie, nie podważając zasad funkcjonowania systemu aż do momentu, gdy papierosowa królowa zostaje zdemaskowana przez policję. A staje się to przypadkiem za sprawą zniknięcia jej zbuntowanego syna Tancrediego (Luca Chikovani) - czyli tak zwanej "pięknej duszy" zaczerpniętej z z dzieł Jana Jakuba Rousseau i "Jerozolimy wyzwolonej" Torquata Tassa. Melancholijny i niezdolny do działania Tancredi wzywa tytułowego bohatera do ślubów braterstwa, które w ich kontekście wydaje się śmieszne i wydumane. Tancredi pasuje Lazzara na swojego rycerza, ofiarowując mu zepsutą procę, którą zamierzał wyrzucić i nakazuje mu zachować tę broń aż do śmierci (proca Czechowa?). Smętny markiz przypominający postać Jakuba Gierszała z "Sali samobójców" wymusza na wieśniaku kłamstwo, jakoby porwał go dla okupu. Skłania go też do przypieczętowania listu kroplą krwi.

Fakt, że to tytułowy bohater rani własny palec, wydaje się kluczowy. To szczęśliwy głupek, boski człowiek, a może ktoś święty. Podobnie jak w "Młodym papieżu" motor narracji stanowi tu pytanie, czy tajemnicą świętego jest prawdziwa mądrość, pustota czy szwindel. I podobnie jak tam, do końca filmu nie wyjaśnia się tożsamość "Lazzaro felice" czyli szczęśliwego Lazzara, zagranego mistrzowsko przez debiutującego na ekranie Adriano Tardiolo, który z wyglądu przypomina Ninetto Davoliego, aktora Pasoliniego (tyle że w bardziej anielskiej wersji). Milcząca, dziecięca twarz o cielęcym spojrzeniu, szczery wyraz, skrajna łatwowierność, gotowość do pomocy każdemu w każdej chwili i w każdej sprawie – udaje mu się osiągnąć te cechy na ekranie, ani przez chwilę nie będąc sztywnym ani nudnym. Nosi w sobie tajemnicę i nikogo nie dziwi, że czyni cuda. Nie ma rodziców i nigdy nie zastanawia go, co się z nimi stało. Pracuje najciężej ze wszystkich i nigdy nie narzeka. Nie je, nie pije, nie jest zmęczony, czasem tylko zawiesza się, wlepiając wzrok w pustkę na długie godziny. O takich ludziach nauczyciele zen mówią, że żyją oświeceni, choć nawet nie wiedzą, że istnieje oświecenie. A ponieważ wszystkie imiona w tym filmie są obciążone znaczeniem, a zarazem odrobinę obśmiane, Lazarro też stanowi luźną wariację na temat swojego patrona.

O biblijnym Łazarzu wiadomo tyle, że cieszył się wielką zażyłością z Chrystusem, który cztery dni po śmierci przywrócił go do życia, w uznaniu nadzwyczajnej pokory i zaufania, jakim święty darzył cały świat ziemski. Został patronem trędowatych i od jego imienia pochodzi nazwa leprozorium, przytułku dla umierających oraz szpitala polowego. Jednak filmowy Łazarz jest bardziej przyziemny niż legenda. Popychadło całej wsi, wyręcza innych w ich obowiązkach, biegając pomiędzy polem tytoniu, taczką a sparaliżowaną babcią, którą przenosi wraz z krzesłem. Rówieśnicy podśmiewują się z niego, gdy oferuje im kawę i biegnie na szczyt góry, aby ją zaparzyć. Gdy wraca spocony z tacą, nikt nań nie czeka. Jedynie Tancredi dostrzega jego urok: odkąd rzuca żartobliwie, że na kaszel pomagają mu papierosy, Lazzaro będzie podawał mu je za każdym razem. Dzięki Tancrediemu dostrzeże nową stronę rzeczywistości: zamiast po rozpadlinie w ziemi będą łazić po srebrnym globie, zamiast bać się wilków, które rzekomo zjadają ludzi, będą odpowiadać wyciem.

Na mocy metafory wilk staje się wreszcie alter ego głównego bohatera. Od momentu spotkania z nim Lazzaro zaczyna żyć poza czasem. Jego upływ jest tu kluczowy i został subtelnie, nierealistycznie pokazany. Początek akcji toczy się jakby na początku XX wieku, pojedyncze rekwizyty (maszyna do liczenia, motorower) przesuwają go trochę dalej, mimochodem przemija on jeszcze dalej, gdy na planie widzimy walkmana i słychać disco hit "Dreams" zespołu 2 Brothers on the 4th Floor z 1994 roku. Potem wskazówki zegara przyspieszają, gdy bohaterowie używają rozkładanych komórek z wysuwanymi antenami, a wreszcie docierają do współczesności, gdy po szosach jeżdżą dzisiejsze auta a ludzie rozmawiają przez smartfony.

Reżyserka Alice Rohrwacher znakomicie napisała scenariusz, w którym liczy się każdy szczegół: ukryty w ścianie dworu komplet srebrnych sztućców, na który Lazzaro zwróci uwagę złodziejom; kanapowy piesek Ercole, który doprowadzi go do przyjaciela. Narracja jej filmu nie jest tak meandryczna jak w "Cudach" (2014) , tylko skupiona na losach głównego bohatera. Zdarzenia są zarazem melancholijne i rozbrajająco zabawne. Pomysły na sceny świeże i zmysłowe, jak choćby ta, gdy grupa biedaków wydaje wszystkie pieniądze na praliny, eklery i tartoletki, chodząc po mieście z niepotrzebną, jak się okazuje, tacą.

Rohrwacher stworzyła również film oszałamiająco piękny. Dzięki temu, że autorką jasnych, bardzo precyzyjnych zdjęć do filmu jest jej wcześniejsza współpracowniczka Hélène Louvart ("Pina", "Plaże Agnes", "Cuda"), udało im się osiągnąć wyrazisty styl, nie tracąc licznych nawiązań do włoskiego kina. Ziarno taśmy 16 mm, na której nakręciła film z typowo zaokrąglonymi rogami kadru, sprawia, że obraz staje się bardziej organiczny, naturalny. Choć czasem traci ostrość i doskonałość, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni w dzisiejszym kinie, daje też poczucie bycia z bohaterami tu i teraz, niemal dotykania ich świata. Efekt przybliżenia, osiągnięty dzięki taśmie 16mm sprawia, że widz mógłby niemal wyciągnąć rękę pomóc Lazzarowi.

Wspaniały jest także dźwięk, którego warstwy jednocześnie budują realistyczną atmosferę konkretnego miejsca, a zarazem wrzucają doń fantastyczny wymiar. Jak w scenach, gdy chłopi straszą nielubianego Markiz, gwiżdżąc jak wicher, gdy ten tylko się odwróci. Albo gdy Lazzaro gra na dudach dla mieszkających na torach biedaków.

Seans pozostawia pytania o kryzys kapitalizmu, wyzysk klasowy, a zwłaszcza o brak wyobraźni, jaki dotyczy przyszłości społeczeństw. Nieprzypadkowo najbardziej poszukiwanym towarem w tym świecie jest wciąż żarówka – rozjaśniająca wnętrza, w jakich skrywają się wystraszeni światem ludzie. Lazzaro nie czyni cudów, nie daje nikomu ani tych starych, ani ekologicznych żarówek. Lecz sam może stać się jedną z nich, jeśli pomyśleć o nim jako wyzwolicielu duchowej anarchii. W tym sensie, jest jeszcze młodszym papieżem niż ten z serialu Sorrentino. Lazzaro Felice wzywa do refleksji: jeśli nie zaczniemy zadawać sobie pytań o wizje rozwoju świata, wszystko, co teraz mamy, zginie on jak chaty wieśniaków, jak majątek Markizy. Przeminie niezauważalnie niczym czas w filmie Rohrwacher. Jak dymek z papierosa.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Adriana Prodeus
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny