Recenzja filmu Faworyta (2018)
Jorgos Lantimos

Kochanice królowej

"Faworyta" to bez wątpienia najbardziej przystępny utwór w filmografii Lanthimosa. Aktorzy nareszcie nie grają na granicy katatonii, dialogi są soczyste, z kolei inspirowana autentycznymi ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Faworyta (2018)
Yorgos Lanthimos trafił wreszcie do Hollywood i – co wcale nie takie oczywiste – jako artysta wyszedł z tej wizyty bez szwanku. Słynący z nieuczesanej wyobraźni oraz mrocznego poczucia humoru Grek przyjął zaproszenie studia Fox Searchlight, które od blisko ćwierć wieku specjalizuje się w produkcji filmów łączących artystyczne wartości z komercyjnym potencjałem. Po raz pierwszy w karierze twórca "Kła" zdecydował się zrealizować film według scenariusza, którego sam nie napisał. Za fabułę "Faworyty" odpowiadają bowiem debiutantka Deborah Davis oraz pracujący do tej pory głównie w telewizji Tony McNamara. Może się mylę, ale myślę, że gdyby ich tekst wziął na warsztat któryś z etatowych reżyserów kina kostiumowego, takich jak Tom Hooper ("Jak zostać królem") albo Joe Wright ("Czas mroku"), otrzymalibyśmy solidny, dobrze zagrany dramat historyczny. W rękach Lanthimosa XVIII-wieczna opowieść o konflikcie na dworze brytyjskiej królowej Anny zamieniła się tymczasem w oszałamiający koktajl "Barry'ego Lyndona" i… komedii braci Zucker.

O miano tytułowej ulubienicy rywalizują na ekranie księżna Marlborough, Sarah Churchill (Rachel Weisz), oraz jej kuzynka, zubożała arystokratka Abigail Hill (Emma Stone). Pierwsza – uważana przez historyków za jedną z bardziej wpływowych kobiet swojej epoki – była do tej pory najbardziej zaufaną osobą w otoczeniu monarchini (Olivia Colman). Przyjaźń, którą obdarzyła ją zniedołężniała, odklejona od rzeczywistości Anna, pozwalała bohaterce de facto rządzić krajem. Do czasu. Pojawienie się w pałacu Abigail sprawia, że relacja między kobietami zaczyna się psuć. Władczyni spędza coraz więcej czasu w towarzystwie młodej służki, czym doprowadza zazdrosną księżną do szału. Obawiając się utraty uprzywilejowanej pozycji, Sarah próbuje pozbyć się krewnej. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że trafiła na nie lada przeciwniczkę.

Lanthimos fenomenalnie wygrywa napięcia na linii Sarah – królowa – Abigail. Nigdy do końca nie wiadomo, kto tu kim naprawdę manipuluje. Kto jest ofiarą, a kto oprawcą? Komu należy współczuć, a kogo potępić? Bohaterki niczym aktorzy w greckim teatrze co chwila zakładają i zdejmują kolejne maski. Władza przechodzi z rąk do rąk, pożądanie okazuje się równie skutecznym narzędziem kontroli jak przemoc, czułość podszyta jest groźbą. Ów gąszcz dwuznaczności dostarcza odtwórczyniom głównych ról szansę na stworzenie wyrazistych, zapadających w pamięć kreacji. Mówiąca z angielskim akcentem Stone łączy na ekranie swój markowy dziewczęcy wdzięk z amoralnością. Weisz jest cyniczną, bezwzględną graczką, która tylko przed mężem i Anną potrafi na moment odkryć wrażliwszą część natury. Na ekranie najjaśniej błyszczy jednak Colman – na przemian bezradna i wyrachowana, infantylna i buzująca agresją, budząca współczucie i postrach. Jeśli aktorka nie dostanie w przyszłym roku co najmniej nominacji do Oscara, brytyjska rodzina królewska powinna wystosować oficjalną notę protestacyjną.

"Faworyta" to bez wątpienia najbardziej przystępny utwór w filmografii Lanthimosa. Aktorzy nareszcie nie grają na granicy katatonii, dialogi są soczyste, z kolei inspirowana autentycznymi zdarzeniami intryga przedstawiona jest klarownie i bez większych udziwnień. Nie oznacza to bynajmniej, że po przeprowadzce do Fabryki Snów grecki reżyser schował artystyczne obsesje na dnie walizki. W nowym filmie raz jeszcze zaprasza widza do rządzącej się surowymi regułami krainy absurdu. Na królewskim dworze dziecinada kroczy pod rękę z okrucieństwem, a spod sformalizowanych salonowych rytuałów co rusz wypełza perwersja. Premier urządza wyścigi kaczek. Lider opozycji i jego świta ciskają pomarańczami w ucieszonego golasa. Monarchini na przemian przejada się słodkościami i wymiotuje. Dziwaczność tego świata podkreślają ujęcia nakręcone przy pomocy zniekształcającego rzeczywistość "rybiego oka", a także rozpisana m.in. na organy i instrumenty smyczkowe upiorna muzyka Komeila S. Hosseiniego.

Grek tak jak Stanley Kubrick we wspomnianym na początku arcydziele dzieli fabułę na rozdziały, wraz z autorem zdjęć Robbiem Ryanem kręci sceny wyłącznie przy naturalnym świetle bądź świecach (i to tak, że po seansie trzeba szukać opadłej z wrażenia szczęki pod fotelem!), a jednym z przewodnich tematów filmu czyni egzystencjalny klincz bohaterów uwięzionych w zaklętym kręgu konwenansów oraz świętych zasad. "Faworytę" można również czytać jako historię silnych kobiet walczących o prawo do samostanowienia w świecie, w którym niemal wszyscy mężczyźni przypominają rozkapryszone bobasy. To także przestroga przed demoralizującym wpływem władzy oraz uzależniającą, destrukcyjną siłą uczuć. Nawet jeśli na ostatniej prostej tragifarsa Lanthimosa ewidentnie traci impet, a dziki humor rozmywa się w minorowej tonacji, widz czuje się ugoszczony po królewsku.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (256 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)