Recenzja filmu Victor Frankenstein (2015)
Paul McGuigan

Przewałkowany

"Victor Frankenstein" stara się być historią typu origin i opowiadać o początkach procesu ożywiania człowieka. Przy okazji robi to z perspektywy Igora, który jak to już w popkulturze dobrze ...
Filmweb sp. z o.o.
We współczesnej popkulturze kroku się nie da zrobić bez potknięcia o jakiegoś Frankensteina. Gdzieś w zbiorowej świadomości wciąż żywy jest jego wizerunek z klasycznych filmów Universalu. Prócz tego, jeśli ktoś chce dobrą, blockbusterową adaptację literackiego pierwowzoru ma wersję Kennetha Branagha. Dalej wyliczając, istnieje cała masa szalonych wariacji na jej temat z campowym "Frankenstein Unbound" Rogera Cormana na czele czy animowanym "Frankenweenie" Burtona. Ale nie trzeba się nawet cofać kilka lat wstecz, wystarczy spojrzeć na zeszły rok. Telewizja po mistrzowsku wykorzystała postać z książki Mary Shelley. Dramat kreatury Frankensteina został na poważnie i w niezwykle angażujący sposób przedstawiony w "Domu grozy", a Sean Bean przeprowadził niezwykle udane i klimatyczne śledztwo we "Frankenstein Chronicles". Nie ma obecnie tematu bardziej wyeksploatowanego niż Victor Frankenstein i jego potwór, a co gorsza w przeciwieństwie do małego ekranu mainstreamowe kino nie ma odwagi, by podejść do niego w kreatywny sposób.

photo.title

Zwłaszcza że za wszystko wzięli się niewłaściwi ludzie. Paul McGuigan ma na swoim koncie takie świetne filmy jak "Gangster numer jeden" oraz "Zabójczy numer", a przy okazji wyreżyserował najlepsze odcinki "Sherlocka". Także talentu nikt mu nie może odmówić, ale ewidentnie najlepiej sprawdza się w swojej niszy brytyjsko kryminalnych klimatów. Czasem jednak McGuigan bierze na warsztat zupełnie z czapy temat, no i oczywiście wychodzi z tego ciężkostrawna kaszana. Tu dodatkowo do pomocy miał Maxa Landisa, któremu udało się dostarczyć w ciągu jednego roku dwa wtórne, nieoryginalne scenariusze.

"Victor Frankenstein" stara się być historią typu origin i opowiadać o początkach procesu ożywiania człowieka. Przy okazji robi to z perspektywy Igora, który jak to już w popkulturze dobrze wiadomo, służy za asystenta szalonego doktora. Nawet bez znajomości zwiastuna czy innych zapowiedzi, osobę ogarniętą choć trochę z motywem Frankensteina film w wielkim stopniu nie zaskoczy. Dwójka naukowców bawi się w Boga i przekracza bariery etyczne w imię przełomu naukowego. Wszystko to nie podoba się konserwatywnemu inspektorowi policji, który z niedopuszczenia do eksperymentu czyni sprawę osobistą. W wielkim skrócie - szaleniec szaleńca szaleńcem pogania. Trójka głównych postaci to dżentelmeni nie do końca zdrowi na umyśle, których ciężko lubić i z którymi trudno się utożsamiać. James McAvoy zagrał naprawdę nieźle. Tryska energią, pełno w nim przebojowości, ale też zero empatii i sporo zapału do manipulowania, szczególnie Igorem. Z kolei ów postać, w którą wciela się Daniel Radcliffe, jest dość nijaka. Po części wynika to z założeń scenariuszowych, ale aktor nie dodaje wiele od siebie, przez co dość istotne zwroty akcji wydają się wymuszone. Ba, nawet Andrew Scott nie bryluje, a raczej irytuje, gdyż jego postać siłą wpycha się do fabuły i jedynie wydłuża film, a nie faktycznie dodaje do niego ciekawy wątek.

photo.title photo.title

"Victor Frankenstein" miota się gdzieś pomiędzy poważnym dramatem ideologicznym i osobistym, a kiczowatą, rozrywkową opowieścią o szalonym naukowcy. Twórcy starają się uderzać w realistyczne tony i łączyć je z absurdalnymi akcjami stanowiącymi czystą fantastykę. Te wszystkie przerysowane sekwencje wyrastają mimo wszystko na największą atrakcję filmu. Genialnie zainscenizowana ucieczka z cyrku i przyspieszony proces leczenia krzywizny dają złudną nadzieję na prawdziwie ekscytującą petardę filmową. Całą radość z oglądania zabija bardzo powolny rozwój wydarzeń, opierający się na postaciach, które trudno do końca brać na poważnie lub sympatyzować z nimi.

photo.title

Szaleństwa brakuje też w warstwie wizualnej. W momencie, kiedy fabuła daje okazję do pokazania najbardziej pokrętnego potwora świata, twórcy serwują jedynie nieco poharataną małpę, przy okazji znów udowadniając o wyższości efektów tradycyjnych nad cyfrowymi. Ta jedna sytuacja dobrze odzwierciedla cały film, w którym zabrakło odwagi oraz dozy szaleństwa do radosnej zabawy i odkrywania pokręconych teorii. Całość nie jest oczywiście aż taką żenadą jak "Ja, Frankenstein", bo trudno stworzyć bardziej niedorzeczną fabułę, a w dodatku w "Victorze" początek i koniec trzymają w napięciu. Może gdyby ze środka wyciąć godzinę materiału, wszystko przerodziłoby się w ekscytujący seans(iczek). Nie zmienia to faktu, że po raz kolejny przewałkowano historię, która adaptowana była już pierdyliard razy, a wprowadzone zmiany nie są na tyle istotne, by dawać nowej wersji Frankensteina szansę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 42% uznało tę recenzję za pomocną (52 głosy).
Roy_v_beck
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)