Recenzja filmu Kamerdyner (2018)
Filip Bajon

Sami nie swoi

Pierwszy kwadrans "Kamerdynera" jest zdumiewający: oto ktoś zdecydował się opowiadać w wysokim kluczu epickim, w którym kształt i kompozycja każdego ujęcia pracują na rzecz niezapomnianego ...
Filmweb sp. z o.o.
Po trącących myszką komediach kostiumowych ("Śluby panieńskie", "Panie Dulskie") Filip Bajon powrócił do tematów, na których zna się najlepiej. Rozpisana na 45 lat saga rodu von Kraussów, opowiadająca o relacjach niemiecko-polsko-kaszubskich, to jeden z naszych najambitniejszych filmów ostatnich lat. "Kamerdyner" pojawił się w momencie, w którym nikt nie spodziewał się po reżyserze dzieła na miarę jego "Magnata" z 1986 roku. Bajon chciał stworzyć własne opus magnum – doprowadził jednak do perfekcji tak wiele elementów, że nie starczyło mu już energii, by zadbać o to, co najważniejsze.


Pierwszy kwadrans "Kamerdynera" jest zdumiewający: oto ktoś zdecydował się opowiadać w wysokim kluczu epickim, w którym kształt i kompozycja każdego ujęcia pracują na rzecz niezapomnianego widowiska. Reżyserska swada i operatorska precyzja w malowaniu obrazem coraz to nowych pejzaży i wnętrz (na czele z pałacem von Kraussów) zostaje utrzymana do samego końca dwuipółgodzinnego filmu. Rozbudza też apetyt na równie intensywną opowieść o zamieszkujących owe przestrzenie postaciach. Te jednak poruszają się po wysmakowanej szachownicy Bajona dosyć niemrawo. 

Osią fabuły jest historia bękarta hrabiego Hermanna (wampiryczny Adam Woronowicz), czyli złotowłosego Mateusza Krolla (Sebastian Fabijański). Znajduje on sobie miejsce na dworze von Kraussów, ale pomimo inteligencji i wrażliwości nie zostaje posłany na studia i doznaje od rodziny serii upokorzeń. Romans z córką hrabiego Maritą (Marianna Zydek) dodatkowo utrudnia jego funkcjonowanie w obcym klasowo środowisku. Ze szkodą dla naszego zaangażowania w całą historię, Bajon bardziej dba o choreografię i oprawę wizualną kolejnych sekwencji aniżeli o szkicowanie osobowości bohaterów i przekonujących konfliktów. Oglądamy więc miejscami oszałamiającą wizję, która jest jednak martwa w środku.

photo.title

Bajon gra poniekąd we własnej lidze. Oprócz mistrzów takich jak Wojciech Jerzy Has i Jerzy Kawalerowicz, nikt w polskim kinie nie potrafił z podobnym z kunsztem tkać wielowątkowych, refleksyjnych filmów-arrasów, w których moglibyśmy się zanurzać niczym w XIX-wiecznych powieściach. Co istotne, styl Bajona pozbawiony jest zmurszałego gigantyzmu spod znaku Jerzego Hoffmana, dla którego nagromadzenie rekordowej liczby statystów jest już wielkim powodem do dumy. Choć nieobce są Bajonowi ekscentryczne zawijasy płynącej przez korytarze kamery czy też rozkoszowanie się mleczną poświatą padającą na wiśniowe meble w pałacu von Kraussów (zdjęcia Łukasza Gutta to ekstraklasa), każdy z tych zabiegów buduje gęstość przywoływanego w "Kamerdynerze" czasu i miejsca. Jako historiozof, próbujący wskrzesić świat przypominający ten z "Buddenbrooków" Thomasa Manna, Bajon zajmuje miejsce osobne i nie ogląda się na doraźne kinowe mody.

photo.title

"Kamerdyner" zresztą nie tyle nawiązuje do Viscontiego, jak chcą niektórzy, ile tworzy kaszubski apokryf do jego "Zmierzchu bogów" z 1969 roku. Podobnie jak w dekadenckim klasyku włoskiego mistrza, jednym z centralnym wydarzeń jest noc długich noży, czyli czystka przeprowadzona w 1934 roku na przeciwnikach Adolfa Hitlera z SA; z Viscontiego przejął też Bajon splot homoseksualizmu i nazizmu (który odnajdujemy w kliszowym niestety portrecie Kurta, syna von Kraussów). Kiedy w jednej ze scen jeziorem płynie łabędź, tak ważny w "Ludwigu" Viscontiego, staje się jasne, że mimo deklaracji scenarzystów, iż "Kamerdyner" jest ściśle oparty na faktach i przedstawia dzieje prawdziwej rodziny, zafascynowany kulturą germańską Bajon dał upust własnej wyobraźni i przywołał obrazy, które są mu szczególnie bliskie.

Jeśli "Kamerdyner" nie tworzy zwartej, bezbłędnej całości godnej talentu "Viscontiego z Koluszek”, by przywołać miejsce akcji jednego z najbardziej znanych filmów Bajona, to przyczyną jest odczłowieczenie tej historii o wyniosłych arystokratach i prostych Kaszubach. Właściwym bohaterem filmu jest ziemia, po której przez pół wieku stąpają bohaterowie – odporna na zmiany granic i zawieruchę historyczną, ale też obojętnie odnosząca się do okropieństw dwóch wojen światowych. Upływający czas odbija się na twarzach wszystkich postaci, ale nie mamy wrażenia, żeby aktorzy rzeczywiście przeżywali tę historię oraz żeby von Kraussowie byli kluczowymi elementami opowieści. Podobnie jak zastawa stołowa i odchodzący w przeszłości wiek XIX, wszyscy pokryci są patyną – urokliwą, ale nie wzbudzającą szczególnych emocji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (132 głosy).
Sebastian Smoliński
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)