Recenzja filmu Klakson i spółka (2018)
Yusry Abd Halim
Grzegorz Kwiecień

Twoja karoseria brzmi znajomo

"Klakson i spółka" opiera się na kilku kliszach dość często wykorzystywanych przez twórców familijnych animacji. Wydaje się jednak, że twórcy filmu nie mieli żadnego planu na ich sensowne ...
Filmweb sp. z o.o.
Jak tanim kosztem zaistnieć na trudnym rynku pełnometrażowych animacji kinowych? Malezyjskie Kartun Studios znalazło na to pytanie prostą odpowiedź. Twórcy "Klaksona i spółki" postanowili po prostu bazować na wizualnych skojarzeniach z popularniejszą marką i dosypać do fabuły sporo odniesień do największych przebojów kina (wystarczy wspomnieć, że bohaterowie w jednej ze scen oglądają samochodową wersję "Gwiezdnych wojen"). W zamierzeniu miało to dać - jak sugeruje oryginalny tytuł, "Wheely: Fast & Hilarious" - film szybki i śmieszny. Na szczęście polski dystrybutor zrezygnował z podtytułu, bo też animacja nie może pochwalić się szczególnie dynamiczną fabułą, a i powodów do śmiechu nie ma tu zbyt wiele.


"Klakson i spółka" opiera się na kilku kliszach dość często wykorzystywanych przez twórców familijnych animacji. Wydaje się jednak, że twórcy filmu nie mieli żadnego planu na ich sensowne wykorzystane. Po prostu potrzebowali materiału do stworzenia fabuły, a później bezbolesnego posuwania jej do przodu. W efekcie wyszła im rzecz pusta i chaotyczna. Zaprzepaszczono okazję, by główny bohater przeszedł przemianę wewnętrzną, o którą aż się prosił. Kiedy widzimy go na początku filmu, jest zadufanym w sobie narcyzem podchodzącym do świata z arogancją osoby, która na sukces nie musiała ciężko pracować. Kilka razy jest o krok od przegrania wyścigu, ale kiedy ostatecznie to się dzieje, powodem nie jest jego lekceważący stosunek do konkurentów, ale wypadek spowodowany przez fajtłapowatego dostawcę oleju. Ta pierwsza porażka niczego go jednak nie uczy. Klakson przez cały film pozostanie irytującą mieszanką pozera, narcyza i zasmarkanego mazgaja. Zresztą inne postacie potraktowane są podobnie - nikt tu się nie rozwija, nie dorasta. Albert Einstein miał swego czasu powiedzieć, że szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów. "Klakson i spółka" przekonuje jednak młodych widzów, że jest inaczej - bohater ma włączonego behawioralnego autopilota, w kółko powtarza kilka tych samych postaw, ale efekty są różne, ponieważ zmieniają się realia, w jaki się znajduje.


Twórcy nie potrafili też w ciekawy sposób wykorzystać pomysłu na zabawę cytatami z popkultury. Wygląd samochodów budzi mocne skojarzenia z jedną z bardziej kasowych animacji amerykańskich. Ale zostało to zrobione chyba tylko po to, żeby umieścić tak narysowane postacie na plakatach a skojarzenia z ową marką wywołały u docelowego widza chęć wybrania się do kina. Cytaty umieszczone w środku filmu często również nie funkcjonują. Jest tak, jakby twórcy uznali, że samo zamieszczenie odniesień na przykład do "Szybkich i wściekłych" jest już na tyle fajne i zabawne, że nic więcej w tym temacie nie muszą czynić. I trochę racji mają. Bo kiedy próbują być naprawdę zabawni, ich żarty są tak wymęczone i naciągane, że w ośmiu na dziesięć przypadkach w ogóle nie śmieszą.

W efekcie "Klakson i spółka" sprawdza się wyłącznie na swoim najbardziej podstawowym poziomie. Oferuje kolorowy zawrót głowy i chaotyczną fabułę, która działa impulsowo, wywołując chwilową ekscytację. Dzieciom to może wystarczyć. Dla rodziców będzie to jednak trudne półtorej godziny.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie