Recenzja filmu Sztuka ścigania się w deszczu (2019)
Simon Curtis

W krainie stockowych wzruszeń

"Sztuka ścigania się w deszczu" zdumiewa. Przede wszystkim tym, że nikomu - reżyserowi, gwiazdom, producentom i kierownictwu studia - nie zapaliła się czerwona lampka. Że nikt nie powiedział, ...
Filmweb sp. z o.o.
"Sztuka ścigania się w deszczu" zdumiewa. Przede wszystkim tym, że nikomu - reżyserowi, gwiazdom, producentom i kierownictwu studia - nie zapaliła się czerwona lampka. Że nikt nie powiedział, "ludzie, patrzcie jak to wygląda, odłóżmy ten produkt na półkę zanim stracimy więcej pieniędzy i się skompromitujemy".

photo.title

Nie chodzi przy tym tylko o to, że "Sztuka..." to zły film. Są równie złe, a nawet gorsze – "Historia Roja", "Smoleńsk", trzy czwarte polskich komedii romantycznych, pseudoartystyczna konfekcja spod ręki Giuseppe Tornatore - tym nie mniej zdolne zgromadzić jakąś zadowoloną publiczność, trafić do swojej niszy. Widza, który byłby "Sztuką..." autentycznie usatysfakcjonowany wyobrazić sobie, przyznam szczerze, nie potrafię. To film naprawdę dla nikogo. Jest zbyt infantylny i nieznośnie sentymentalny dla widzów dorosłych, a zarazem traktuje o zbyt poważnych i zbyt dorosłych sprawach, by spodobać się dzieciom.

Narratorem filmu jest Enzo, umierający pies rasy golden retriever. Zbliżając się do śmierci wspomina historie swojej relacji z Dannym, kierowcą rajdowym marzącym o karierze w Formule 1, szczególnie dobrze radzącym sobie w wyścigach w deszczu. Wątek bliskiej, zantropomorfizowanej przyjaźni psa i Danny’ego jest... po prostu przedziwaczny. Wygląda jakby ktoś z bohaterów "Zwierzęcej miłości" Ulricha Seidla dorwał się hollywoodzkiej produkcji i dostał szansę na ekranizację własnych psich fantazji. Nie wiem jak Państwo, ale ja nie chcę tego oglądać.

photo.title

Choć film mówi o kierowcy rajdowym nie ma w nim ani jednej emocjonującej sceny wyścigu. Danny głównie o ściganiu się marzy i mówi, namiętnie ogląda Formułę 1 w telewizji, jednak jego wyścigów na ekranie w zasadzie nie widać. Te, które obserwujemy wyglądają, jakby zabrakło budżetu na wynajęcie fachowców od tego typu sekwencji. Całemu wątkowi kariery Danny'ego brakuje dramatycznego nerwu. Ani razu nie odczuwamy wagi stawek, o jakie walczy, konfliktu między marzeniami, a obowiązkami rodzinnymi itp.

Równie dziwny jest wątek relacji Danny’ego z jego małżonką Eve. Trudno w ogóle uwierzyć w tę postać, jak i w to, że odtwarzająca ją Amanda Seyfried potrafi aż tak źle grać. Eve bez żadnych dylematów wchodzi w relację, gdzie zawsze będzie druga po psie i na pierwszym miejscu stawia zawsze karierę męża, jakby nie miała własnych potrzeb i planów. Gdy w historii tej dwójki pojawia się prawdziwa tragedia i egzystencjalne dramaty film osiąga swoje dno - dostajemy przeckliwiony melodramat, wygrany na absolutnie fałszywych nutach. Tak, że zamiast wzruszenia odczuwamy żenadę.

photo.title

Wizualnie całość wygląda, jakby ktoś wziął serię stockowych obrazków, z gatunku tych, jakie kolorowe pisma z nie najwyższej półki używają do ilustracji tekstów o tym jak osiągnąć rodzinne szczęście, i puścił je w ruch. Odtwarzający Danny’ego Milo Ventimiglia ma zresztą na ekranie manierę kogoś, kto zarabia na życie jako model udzielający się głównie w reklamach produktów dla nastawionych na życie rodzinne mężczyzn wchodzących w wiek średni. 

Kina z tego wszystkiego nie ma i być nie może. Na końcu mamy jeszcze nachalny product placement pewnej luksusowej włoskiej marki samochodów i dotknięcie psuedometafizyki w guście tak złym, że najbardziej pretensjonalne fragmenty późnego Kieślowskiego czy Iñárritu wydają się arcydziełem dobrego smaku i subtelności. Uciekać od tego z daleka, omijać szerokim łukiem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 7% uznało tę recenzję za pomocną (29 głosów).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię