Recenzja filmu Aleksander (2004)
Oliver Stone

Wielki bohater mizernej fabuły

Buszując w internecie, natknęłam się na wywiad z Oliverem Stone'em sprzed 10 lat, w którym reżyser zdradził swoje wielkie marzenie. Było nim nakręcenie filmu o Aleksandrze Wielkim. Od tamtego ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Aleksander (2004)
Buszując w internecie, natknęłam się na wywiad z Oliverem Stone'em sprzed 10 lat, w którym reżyser zdradził swoje wielkie marzenie. Było nim nakręcenie filmu o Aleksandrze Wielkim. Od tamtego czasu w temacie zaległa cisza, a Stone zdawał się interesować raczej realizacją lewicujących antyamerykańskich dokumentów niż antyczną fabułą. Nie oznaczało to jednak, że o swych wielkich planach zapomniał. Z dala od medialnego rozgłosu tworzył scenariusz i namawiał europejskich koproducentów do zainwestowania w projekt. W końcu, ze 150 milionami dolarów w kieszeni można było już angażować najlepszą ekipę i najgorętsze gwiazdy Hollywood oraz zwiedzić pół świata w poszukiwaniu plenerów. Wielka machina ruszyła ale efekt, niestety, okazał się mizerny.

Podstawową przyczyną tej porażki jest... wiejąca z ekranu nuda. Opowieść o jednym z najpotężniejszych władców w historii świata, który już wieku 30 lat podbił większość antycznego świata i który całe swoje krótkie życie spędził na polu walki, rodziła nadzieję na dynamiczny, pełen zapierających scen batalistycznych film. Tymczasem w prawie trzygodzinnym obrazie ujęć bitewnych jest jak na lekarstwo. Dużo się o nich mówi, na ekranie rzadko jednak je widać. Gdy w końcu pojawia się jakieś starcie, szybki jak błyskawica montaż i ogólny chaos ledwie pozwala na rozeznanie się kto z kim walczy i czyja krew leje się z ekranu. Brak akcji mógłby zrekompensować dramatyzm pozostałych scen. Niestety, im dalej od pola bitwy, tym gorzej. Gdy tylko wkraczamy w sferę dialogową, robi się pompatycznie i nudno. Rozmowy bohaterów, wciąż krążące wokół takich tematów jak miłość, los i przeznaczenie nie prowadzą do żadnych konkluzji i z minuty na minutę potęgują zniecierpliwienie widza, który w końcu chciałby zobaczyć czy coś z tego wyniknie.

Otuchy nie znajdziemy w ramionach głównego bohatera, który zamiast charyzmatycznym władcą okazuje się wyfiokowaną beksą. Mężczyzny równie roniącego łzy co Aleksander na dużym ekranie chyba jeszcze nie było. Nieszczęśliwa mina lub zalotne spojrzenia w kierunku innych przedstawicieli tej samej płci to podstawowa gama emocji jaką Colin Farrell prezentuje widzom. Trudno go winić za scenariuszową pustkę, faktem jest jednak, że nie udało mu się tchnąć w swojego bohatera prawdziwe ludzkich cech. Nie dane jest nam więc zaangażować się w przygody Aleksandra i jego losy pozostają nam kompletnie obojętne.

Dystans ten wynika też ze struktury fabuły. Całą historię poznajemy z ust narratora, Ptolemeusza. Skutkuje to tym, że film sprawia wrażenie jednej wielkiej retrospekcji. To, co oglądamy na ekranie to wydarzenia widziane oczyma starzejącego się przyjaciela Aleksandra, w punkcie wyjścia ograniczające nasz subiektywny odbiór przygód wielkiego wodza. Chronologiczna mieszanina faktów jeszcze bardziej mąci nam w głowie a motywy działania głównego bohatera stają się albo niejasne albo w innym momencie wyłuszczane w sposób nadmiernie łopatologiczny. Poszczególne sceny sprawiają wrażenie zupełnie ze sobą nie powiązanych a widz rzucany jest na zmianę raz w polityczno-militarne raz w emocjonalne zawirowania w życiu Aleksandra.

Gdy zawodzi scenariusz i aktorzy Angelina Jolie z akcentem rodem z Transylwanii i aż do znudzenia rzucający tęsknym i nadmiernie podkreślonym czarną kredką do oczu spojrzeniem Jared Leto w filmach takiej rangi i formatu jak "Aleksander" szuka się pociechy w warstwie technicznej. W tym przypadku nie ma się jednak co łudzić. Zdjęcia Rodrigo Prieto , choć zachwycające, miejscami zupełnie nie przystają do natury opowieści. Zastosowanie trików z kolorystyką i dynamicznym montażem, mimo iż interesujące, jeszcze bardziej odrealnia pokazywaną historię, pogłębiając dystans pomiędzy widzem a głównym bohaterem. Gdy dochodzi do tego patetyczna muzyka Vangelisa przed ucieczką z kina powstrzymuje już tylko szacunek dla poprzednich dokonań reżysera.

Mimo usilnych starań nie znalazłam w filmie Stone'a niczego, czym mogłabym zachęcić Was do wycieczki do kina. Jeśli uparliście się, by "Aleksandra" zobaczyć, zróbcie to na własne ryzyko. Ja tymczasem, by zatrzeć niemiłe wspomnienia po projekcji, sięgnę na półkę z DVD po "JFK" lub "Pluton".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (46 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie