Recenzja filmu

Andromina: The Pleasure Planet (1999)
Darren Moloney
Shannan Leigh
Shyra Deland

Andromina. Planeta fatalności

Film otwiera scena striptizu w barze, a raczej w studiu nieudolnie udającym bar. Następnie do striptizerki dołącza mężczyzna i baraszkują na oczach zadowolonych klientów. To jedynie retrospekcja. ...
Film otwiera scena striptizu w barze, a raczej w studiu nieudolnie udającym bar. Następnie do striptizerki dołącza mężczyzna i baraszkują na oczach zadowolonych klientów. To jedynie retrospekcja. Takie "zabawy" odeszły jakiś czas temu do przeszłości. Bar opustoszał, podobnie jak cała planeta Andromina. "Nie ma dziewczyn, nie ma kosmicznych kurtek, nie ma pieniędzy, nie ma Androminy" - tak właścicielka baru objaśnia sytuację trzem pilotom, którzy przybyli tu w poszukiwaniu zabawy. Panowie, Jeeter (Christian Boeving), Omar (Mike Roman) i Cody (Eric Stratton), postanawiają temu zaradzić. Udają się na planetę Euros, zamieszkaną przez same kobiety, by przynajmniej część z nich ściągnąć na Androminę.

Są filmy tak złe, że aż dobre. "Andromina. Planeta przyjemności" (1999), jak na razie jedyny film w dorobku reżyserskim Darrena Moloneya, miała szansę znaleźć się w tym gronie. Nie udało się z kilku powodów. Po pierwsze, fatalna scenografia. Dość powiedzieć, że futurystyczny bar wygląda żałośnie. Po drugie, fatalny montaż. Dość powiedzieć, że to nie zegarek czy kolczyk znika między klatkami, ale większość odzienia. Po trzecie, fatalne dialogi. Dość powiedzieć, że "zabawne teksty" śmieszą jak kawały w "Familiadzie". Po czwarte, fatalne aktorstwo. Dość powiedzieć, że najlepiej wypada tutaj niejaka Flower. Przynajmniej wypowiadając kwestię, stara się okrasić twarz mimiką i nie zerka kątem oka do kamery. Po piąte, nieprzemyślana koncepcja strojów kobiet z planety Euros. Dość powiedzieć, że część wygląda jakby wyrwało się z filmu o epoce kamienia łupanego, inne przypominają statystki z "Gladiatora" plus jakieś niedobitki ze "Star Treka". Zresztą stroje nie są w tym filmie najważniejsze, bo priorytetem (o czym za chwilę) jest tychże strojów zdejmowanie.

"Andromina" pod względem fabuły mogła okazać się solidnym filmem klasy B. Taka bzdurna krzyżówka "Seksmisji" (planeta kobiet) z "Milionem lat przed naszą erą" i podobnymi produkcjami, gdzie chodziło głównie o pokazanie pięknych kobiet w przebraniach stylizowanych na epokę kamienia łupanego. Tymczasem wyszło zwykłe soft-porno ubrane w fabułę, nie tyle bzdurną, co pozbawioną uroku. Z całego filmu w pamięci zostaje tylko zdanie "Strip or die", którego używały waleczne i napalone mieszkanki Euros, oraz żal, że aktorka o urodzie Shyry DeLand błąka się na obrzeżach przemysłu filmowego.
1 10
Moja ocena:
1
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
-100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (0 głosów).