Recenzja filmu

Death Race: Wyścig śmierci (2008)
Paul W.S. Anderson
Jason Statham
Joan Allen

Spotkanie ze śmiercią w efektownym wydaniu

Widząc Rogera Cormana wśród producentów filmu "Death Race: Wyścig śmierci", najzupełniej w świecie myślałem, że będzie to kolejny kiczowaty "remake" znanego filmu. Po przeczytaniu, niewróżącego ...
Widząc Rogera Cormana wśród producentów filmu "Death Race: Wyścig śmierci", najzupełniej w świecie myślałem, że będzie to kolejny kiczowaty "remake" znanego filmu. Po przeczytaniu, niewróżącego nic dobrego, scenariusza zasiadłem wygodnie przygotowany na marne "filmidło" naszpikowane jedynie efektami specjalnymi. Wszystkie znaki na ziemi i niebie na to wskazywały, bo większość hollywoodzkich tworów, które ujrzały światło dzienne w ostatnich miesiącach, można by obić o kant pupy (żeby nie rzucać tu mięsem). Mojego toku myślenia nie zakłóciła nawet obecność Pana Cormana, bo, jak się spodziewałem, wkład w ten film miał zapewne bardzo niewielki.
 
Z góry nastawiony na kolejną filmową porażkę zachodziłem w głowę, jak Paul Anderson (bądź co bądź twórca jedynego w swoim rodzaju filmu "Resident Evil") oraz Jason Statham (bądź co bądź cholernie dobry aktorzyna) zgodzili się na stworzenie czegoś takiego.
 
Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Niesłusznie skazany za morderstwo swojej żony Jensen Aimes (J. Statham), były mistrz wyścigów Nascar, trafia do więzienia pełnego psychopatów. Naczelnik tejże placówki – Panna Hennessey (w tej roli gorąca Joan Allen) organizuje brutalne wyścigi samochodowe, które stają się widowiskiem na skalę światową. Uczestnik wyścigu, który wygra pięć rajdów z rzędu, otrzyma w nagrodę wolność. Na temat dalszego przebiegu akcji nie ma co się rozpisywać, bo jest on oczywisty.

Z utęsknieniem wyczekiwałem więc na pierwszą rzecz, do której mógłbym się przyczepić, poza scenariuszem oczywiście (bo do niego doczepiłem się już przed obejrzeniem filmu). Moje oczekiwania skończyły się na napisach końcowych. Na dobrą sprawę nie było czasu, żeby zastanowić się nad tym, co w tym filmie jest nie tak, jak powinno, akcja posuwała się tak szybko do przodu, że jedyne, o czym myślałem, to kolejna filmowa scena.

Muszę przyznać, że Pan Anderson i spółka wykonali kawał dobrej roboty. Szybka akcja, oryginalne akcenty, piękne ujęcia wyścigów, "wybajerzone" samochody i bardzo przyzwoicie stworzone postacie kierowców walczących na torze (nic nie ujmując oczywiście ich asystentkom) sprawiają, że film został przeze mnie wchłonięty jak ciepła bułeczka. Pozostał jedynie niemiły akcent – dlaczego do cholery już koniec.

Chcę zwrócić uwagę na świetnie przedstawione sceny śmierci uczestników wyścigów (wiem, źle to brzmi), ale właśnie w tym momencie można przejść do elementu, który według mnie był piętą achillesową tego filmu. Zanim zdołałem poznać któregokolwiek z członków śmiertelnego rajdu (oprócz oczywiście dwójki głównych bohaterów), to można było już na nim postawić krzyżyk.

Dobre zdjęcia, dobra muzyka, dobre efekty, dobra oprawa – czyli to, co w dobrym kinie akcji jest wymagane. Anderson pokazał, że jak się chce, to można (chociaż są tacy, co chcą, a nie mogą). Film polecam wszystkim spragnionym wrażeń i mocnego kina. Fanom "Fryzjera Zohana" i przygłupiego robota stanowczo odradzam.Death Race: Wyścig śmierci (2008)
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
77% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
Udostępnij:
Nie liczyłem na wiele - chciałem Forda Mustanga, Forda Mustanga z CKM-em na masce i Forda Mustanga z CKM-em na masce i fajną laską na miejscu pilota. Co dostałem? Tak ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 70%
Jason Statham znany jest z różnorodności odgrywanych ról. W "Ghosts of Mars" grał łysego twardziela z charakterystycznym akcentem, w "The One" grał łysego twardziela z ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 69%