Recenzja filmu

Lux Æterna (2019)
Gaspar Noé
Béatrice Dalle
Charlotte Gainsbourg

Kociołek czarownicy

"Lux Æterna" krzyczy do nas, że minimalizm jest dla słabych: wprawienie odbiorców w kinowy trans możliwe jest tylko wtedy, kiedy potrafimy zaatakować wszystkie ich zmysły, bez ogródek i ...
Kociołek czarownicy
Gaspar Noé wciąż goni króliczka. "Lux Æterna" to filmowy żart stojący w pół drogi między rozbudowaną etiudą a lakonicznym pełnym metrażem. W nadaktywnych rękach twórcy reklama dla domu mody Saint Laurent zaczęła dryfować w stronę luźnego eseju o znęcających się nad aktorkami reżyserach, słodkim, ale też irytującym chaosie panującym na planach filmowych oraz tajemniczych połączeniach między epilepsją, mistyką i bombardującym widzów światłem stroboskopowym. Choć "Lux Æterna" to smakowity prezent dla fanów reżysera, wyczekujących premiery ambitnego "Vortexu" z Dariem Argento w roli głównej, w szaleństwie Noé niekoniecznie jest tym razem jakaś metoda. Dostajemy za to sporo hucpy, humoru, pociesznej improwizacji i wizualnego przegięcia.


To chyba odwieczny problem sezonowanych prowokatorów: czy jeśli twój nowy film widzowie i widzki przyjmą ze wzruszeniem ramion, to twoja praca ma jeszcze w ogóle jakiś sens? Przecież musisz ich zadziwić, wbić w fotel, przeczołgać lub przynajmniej oślepić i wymęczyć błyskającymi kolorami. Letnia reakcja na film twórcy "Nieodwracalnego" (2002) i "Wkraczając w pustkę" (2009) byłaby więc równoznaczna z przekonaniem, że Noé się wypalił i już nie dostarcza. Ot, starzejący się mistrz francuskiej ekstremy, który musi ciągle udowadniać, że jego filmowy pazur się nie stępił. Testuje więc nowe pomysły: dzieli ekran na pół albo na trzy części przedstawiające ukrzyżowane aktorki (tworzy się z tego bluźnierczy, pseudo-średniowieczny ołtarz męki kobiecej, z green screenem w tle). Zastanawia się też, jak wprawić w ruch motto Fiodora Dostojewskiego, w którym pobrzmiewa zazdrość względem epileptyków, odczuwających ponoć bezgraniczne szczęście na chwilę przed atakiem. "Lux Æterna" krzyczy do nas, że minimalizm jest dla słabych: wprawienie odbiorców w kinowy trans możliwe jest tylko wtedy, kiedy potrafimy zaatakować wszystkie ich zmysły, bez ogródek i piętrowych uzasadnień.

Zaczyna się powoli i mocno politycznie: zestawienie fragmentów niemych "Czarownic" (1922) Benjamina Christensena i ascetycznego "Dnia gniewu" (1943) C. T. Dreyera sugeruje, że obsesja mężczyzn na punkcie urojonych wiedźm idzie ręka w rękę z eksploatacją kobiet i upodobaniem reżyserów do palenia ich na zainscenizowanych stosach. Następująca potem spontaniczna rozmowa dwóch aktorek-czarodziejek – Béatrice Dalle (pamiętna "Betty" z filmu Beineixa) i Charlotte Gainsbourg grają po trosze same siebie – to satyryczny przegląd pieprznych i żałosnych anegdotek, jakie każda weteranka kinowego półświatka ma w zanadrzu. Noé zbliża się tu na chwilę do postawy zaangażowanego rewizjonisty, który pierze brudy z przeszłości i obnaża bezlitosne podejście klasyków do tzw. sztuki filmowej. Jeśli jednak ktoś myśli, że reżyser łyknął pigułkę #metoo i w następnej scenie rozpocznie się tyrada na panujący w branży seksizm, to jest w błędzie. Frywolny "Lux Æterna" to raczej pulsująca, kakofoniczna wersja "Nocy amerykańskiej" (1973) Truffauta: odurzająca afirmacja procesu kręcenia filmu, który jest podniecający może właśnie dlatego, że ma tak niekontrolowany i popaprany charakter.

   

Trudno bowiem uznać 51-minutowy szkic za jednostronną krytykę reżyserów-demiurgów. Dyrygentką tworzonego na naszych oczach filmu w filmie jest przecież, jak się okazuje, nie gość z dużym ego, ale sama Béatrice Dalle, która wcale nie roztacza na planie matczynej, opiekuńczej atmosfery, ale potęguje tylko paraliżujący ekipę rozgardiasz. Punkt ciężkości "Lux Æterny" można dostrzec gdzie indziej. Noé bardziej niż kiedykolwiek wydaje się poszukiwać własnej formuły filmu duchowego lub mistycznego. Stąd prztyczek w nos, ale i ukłon w stronę Dreyera oraz religijna symbolika, która zostaje tu zaprzęgnięta w celu osiągnięcia świeckiego transu.

Kościół  Noé’ego nie jest może wielki, ale pozostaje otwarty na transgresję i zapodają w nim najbardziej obsceniczne msze. Możemy w nim osiągnąć komunię, konfrontując się ze stroboskopowym światłem. Narusza ono naszą cielesną integralność i wdziera się w głąb oczodołów; jest także ekwiwalentem religijnego oświecenia. W tym wypadku fraza "zobaczyć coś na własne oczy" nabiera konkretnego, ściśle fizjologicznego znaczenia. 
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
75% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).