Recenzja filmu Miłość mojego brata (2019)
Monia Chokri

Cogito ergo (misera) sum

"Miłość mojego brata" kreśli smutny obraz bohaterki, łącząc ze sobą klasyczny dramat obyczajowy z komedią absurdu. Chokri zaludnia film scenkami rodzinnymi, skupiając się na relacji bohaterki z ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Można wątpić w cały świat, we wszystkie doznania zmysłowe, w to, kim jesteśmy, ale mamy absolutną pewność, że istniejemy, ponieważ myślimy. Ten pogląd Kartezjusza dla optymistów będzie niczym szklanka w połowie pełna. Jakaż to ulga mieć świadomość, że istniejemy! Jednak dla bohaterki "Miłości mojego brata" myślenie jest źródłem nieustającego utrapienia. Samoświadomość sprowadza się u niej do  kwestionowania własnej wartości i sprawia, że we wszystkim dostrzega entropię. Życie jest tragifarsą, w której śmiech łączy się z ogromną goryczą. I taki też film oferuje pochodząca z Quebecu reżyserka Monia Chokri.


O tym, z jakim rodzajem kina mamy do czynienia, widzowie zorientują się już w scenie otwierającej. Sophie, główna bohaterka, jest zaledwie niemym świadkiem sceny, która przecież bezpośrednio jej dotyczy. Właśnie broni pracy doktorskiej i liczy na to, że otrzyma posadę na uniwersytecie. Podczas dyskusji czołowych profesorów wydziału zostanie jednak podana w wątpliwość jej wartość jako szanującego się filozofa (padną zarzuty o nadmierną literackość jej tekstu) i stanie się pionkiem w emocjonalnej wojence toczonej ponad jej głową. Sophie patrzy i myśli, myśli i patrzy, pozostając smutną, nieszczęśliwą kobietą w świecie chylącym się ku upadkowi. W swym zapatrzeniu w siebie nie zauważa u innych ani oznak choroby, ani też szczęścia. Ludzie potrzebni są jej wyłącznie po to, by samotnie nie taplała się w egzystencjalnym bagnie nihilizmu.

"Miłość mojego brata" kreśli ten smutny obraz bohaterki, łącząc ze sobą klasyczny dramat obyczajowy z komedią absurdu. Chokri zaludnia film scenkami rodzinnymi, skupiając się na relacji bohaterki z jej bratem. Więź ta przechodzi dramatyczną ewolucję i reżyserka nie oszczędza nam ani scen początkowej bliskości, ani też późniejszych konfliktów i dantejskich awantur. Dopełnieniem całości są sekwencje rodem z ulicznych performance'ów i ekscentrycznych przedstawień kabaretowych.


"Miłość mojego brata" przywodzi na myśl "Czarodziejkę" czy też "Rumbę". O ile jednak Dominique Abel, Fiona Gordon i Brunona Romy nie boją się iść na całość w korzystaniu z absurdu i purnonsensowego komizmu, o tyle Chokri z aptekarską precyzją dawkuje abstrakcję i szaleństwo. W ten sposób jej film jest mniej hermetyczny, a zatem łatwiejszy w odbiorze dla odbiorcy, który mógł trafić na seans przypadkiem. Niestety reżyserka płaci za to wysoką cenę. Jej interesujące i w dużej mierze trafne obserwacje tracą na wydźwięku. Obraz staje się po prostu kolejnym dziełem w niekończącym się pochodzie historii o depresji. Zaś odpowiedzialność za sukces całego przedsięwzięcia spada na barki aktorów. Anne-Élisabeth Bossé jako Sophie sprawdza się na szczęście znakomicie, pozostając niewyczerpanym źródłem energii napędzającej fabułę – świetnie oddaje stan ducha bohaterki zarówno w momentach maniakalnych, jak i w fazach lęku. Patrick Hivon jako Karim, brat Sophie, stanowi idealne dopełnienie i zarazem przeciwwagę dla bohaterki, racząc widzów cynicznym nihilizmem, a później bezmyślnym pragmatyzmem. Dzięki tej parze "Miłość mojego brata" pozostaje ciekawym studium rodzinnych relacji i mechanizmów radzenia sobie ze świadomością nieuniknionego końca wszystkiego.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły