Recenzja filmu

Minari (2020)
Lee Isaac Chung
Steven Yeun
Ye-ri Han

Spacer farmera

Narracja "Minari" płynie swobodnie, kamera wychwytuje momenty intymne i rozczulająco prozaiczne, ale ze swobodą sunie też w szerokich planach, oślepiając zielenią traw i drzew, rozkoszując się ...
Spacer farmera
50 akrów, trochę główkowania i ciężka praca – tyle zdaniem Jacoba Yi (Steven Yeun) wystarczy, by z powodzeniem uprawiać w Arkansas azjatyckie rośliny. Ojciec rodziny, która przed laty przeniosła się z Korei do USA, jest przekonany, że zapotrzebowanie na świeżynki z jego kraju będzie rosnąć – w latach 80., kiedy dzieje się akcja filmu, do Ameryki przybywało co roku około 30 tysięcy Koreańczyków. Sieje więc ziarno, jeździ traktorem po polu z uśmiechem na ustach i w czerwonej czapeczce z daszkiem – niczym jegomość z folderu reklamującego nowe narzędzia rolnicze. Pośrodku niczego, z dala od Kalifornii, gdzie wcześniej mieszkali, porywa się na biznes, który stawia pod znakiem zapytania siłę rodzinnych więzi.

Narracja "Minari" płynie swobodnie, kamera wychwytuje momenty intymne i rozczulająco prozaiczne, ale ze swobodą sunie też w szerokich planach, oślepiając zielenią traw i drzew, rozkoszując się błękitem nieba i krajobrazami, które wydają się jeszcze nieprzetworzone, dopiero czekające na zasiedlenie i zaoranie. W tej prostej historii, budowanej ze sprawdzonych dramaturgicznych kamyków i scalonej okruchami znajomych mitów, można wyczuć jednak aurę nierealności i podprogową magię. Trochę tak działa siła wspomnień – dla reżysera Lee Isaaca Chunga to pierwszy otwarcie autobiografizujący film – a trochę lekkie przesunięcia, które wprowadzają obyczajową historię w marzycielski dryf. Do czteroosobowej rodziny przyjeżdża pewnego dnia babcia Soon-ja (nagrodzona Oscarem Youn Yuh-jung), jedna z tych zawadiackich staruszek, które slalomem omijają spotkanie z zasadą rzeczywistości. Rozpoznająca po omacku amerykańską przestrzeń i przyklejona do telewizora, Soon-ja godzi się na małe cuda (w tym świecie mdląco słodki napój Mountain Dew funkcjonuje jako woda z górskiego źródełka) i figle, jakie płata jej wnuczek David. Największy dziwak w okolicy, weteran wojny w Korei Paul (Will Patton) chodzi w niedziele po okolicy z wielkim krzyżem na plecach, odprawiając pokutę w swoim jednoosobowym kościele.


Stonowaną bajkowość filmu podkreśla też hipnotyczna muzyka Emile'a Mosseriego, kręcąca się wokół własnej osi i wibrująca jak tęczowy bączek dla dzieci. Podobnie jak w przypadku jego ścieżki do "The Last Black Man in San Francisco" Joe'ego Talbota, Mosseri udowadnia, że ma świetną intuicję i potrafi podążać za ulotną, niedookreśloną wyobraźnią wizualną reżyserów. Drewniana chatka-barak na kołach, w której mieszkają bohaterowie, nie jest w "Minari" znakiem biedy i wykluczenia, ale jakby tymczasowym namiotem, stawianym przez ambitnych pionierów. Rodzina Yi jest wyizolowana i żyje na uboczu, choć lokalni chrześcijanie przyjmują ich z otwartymi ramionami. Nadając "Minari" charakter przypowieści, w której o kryzysie rolniczym epoki Reagana wspomina się na marginesie, a asymilacja mniejszości etnicznej przebiega zdumiewająco gładko, Chung w pozornie apolitycznym geście określa stawkę opowieści: czy na tej ziemi bohaterowie będą mogli osiąść na stałe?

"Minari" porusza się pomiędzy dwoma światami, amerykańskim Południem i Koreą, którą trzeba pozostawić za sobą (o ojczyźnie przypominają jednak obrazy w telewizji, przyprawy, stare banknoty, kuchnia i język, jakim wciąż rozmawiają bohaterowie). Popularność tego nieszczególnie spektakularnego filmu bierze się stąd, że jako dzieło syna imigrantów stanowi on afirmację nowej ziemi, nawet jeśli codzienność filmowej rodziny to orka na ugorze. Chung zanurza nas w żywiołach (woda, ziemia i ogień odgrywają tu kluczową rolę) i pobudza pierwotne tęsknoty (do własnego domu, który buduje się powoli i w bólach). Co więcej, mimo że jako źródła inspiracji wskazuje on między innymi Czechowa, Steinbecka i Rosselliniego, najważniejsze wydaje mi się jego wyznanie, że także filmy Spielberga "rozbierał na części pierwsze". Zamiast przedmieść z "E.T." (1982) mamy co prawda farmę w Arkansas, ale tu też dzieją się dziwy: warzywa rosną jak magiczne fasolki, a z raz zasianego zioła minari wyrasta w lesie zielony dywan. 

   

Dla kilkorga aktorów i reżysera "Minari" chrześcijaństwo, stanowiące furtkę i sieć wsparcia dla Koreańczyków imigrujących do USA, to ważny punkt odniesienia. Uduchowiona atmosfera przenika cały film – skupiony na walce z kapryśną naturą i własnymi słabościami, a także podkreślający potrzebę nowego początku i oczyszczenia. Wszystkie szczegóły i drugoplanowe postacie są niestety ciekawsze niż centralny konflikt małżeński, mimo że Steven Yeun jako Jacob tworzy złożoną kreację, odległą w tonie od złowieszczej postaci, jaką grał w "Płomieniach" Lee Chang-donga. "Minari" to przy tym kolejny w ostatnich latach głośny portret azjatyckiej rodziny, wyraźnie różniący się od łotrzykowskich "Złodziejaszków" (2018) Hirokazu Koreedy i "Parasite" (2019) Bonga Joon-ho. Zamiast kochającej się grupy krętaczy mamy tu rodzinę nuklearną, stojącą na swoim, choć balansującą na granicy bankructwa. Wbrew temu, co sugeruje tegoroczny zdobywca Oscara za najlepszy film, nawet najbardziej zaprawieni w bojach nomadzi szukają miejsca, żeby zapuścić korzenie.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
53% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Udostępnij:
Współczesna metafora pierwszych wydarzeń opisanych w Biblii w cudowny sposób została zaprezentowana na ekranie przez Lee Isaaca Chunga. Było to moje pierwsze spotkanie z ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 50%