Recenzja filmu

Północ - północny zachód (1959)
Alfred Hitchcock
Cary Grant
Eva Marie Saint

Południe-południowy wschód

Czy został/została kiedykolwiek Pan/Pani wzięty/wzięta za kogoś innego? Nie? Nie szkodzi. Dość łatwo można pokazać jak to może wyglądać. Oto proszę sobie wyobrazić, że są Państwo w trakcie ...
Czy został/została kiedykolwiek Pan/Pani wzięty/wzięta za kogoś innego? Nie? Nie szkodzi. Dość łatwo można pokazać jak to może wyglądać. Oto proszę sobie wyobrazić, że są Państwo w trakcie zwykłych codziennych czynności: szkoła/praca, potem dom i może spacer. Ale oto nagle nie wiadomo skąd pojawiają się jacyś dziwni ludzie i zaczynają się od państwa czegoś domagać. Nie dość tego, nagle wszyscy zaczynają twierdzić, że Państwo to nie Państwo.

A taka właśnie niewiarygodna historia może się przydarzyć każdemu. I Hitchcock w swoim kolejnym filmie właśnie taką pokazuje, bawiąc się jednocześnie i konwencją i "sumieniem" Ameryki. Mamy oto sytuację pozornie nieprawdopodobną. Oto zupełnie przypadkowy człowiek w zupełnie przypadkowy sposób zostaje wzięty za absolutnie nieprzypadkowego amerykańskiego superagenta i co gorsza ─ własny rząd niejako nakazuje mu zabawę w ten absurd. A absurdu tutaj niemało, przygody Thornhilla (Grant) to taki "Cary w Krainie Czarów". Jego zachowania są jeszcze logiczne, ale to co robią jego prześladowcy ─ Vandamme (antypatyczny James Mason) i jego pomagier Leonard (demoniczny Martin Landau) już nie. Oglądanie "Północ-północny zachód" dostarcza takiej przyjemności choćby przez fakt, że jest to niemal żywe potwierdzenie geniuszu praw Murphy'ego ─ "jeśli ktoś może coś zrobić źle, to to zrobi", "jeśli problem ma proste i oczywiste rozwiązanie, to nikt na nie nie wpadnie", "ale jeśli ma zupełnie nonsensowne to odkryją je wszyscy", i tak dalej, i tak dalej... Niejasne, a pomyślcie, co się stanie jeśli zechcecie się spotkać z kimś pośrodku niczego, gdzie jedyny samochód pojawia się raz na rok ─ oczywiście niewiadomym trafem właśnie wtedy wypadnie to raz na rok.

Na szczęście grymas losu to nie jedyne co krzyżuje szyki wielkim spiskowcom świata. Najczęstszym ich błędem jest zapominanie o czymś co Graham Greene nazwał czynnikiem ludzkim. Twierdził on, że nawet jeśli wszystko przygotuje się na cacy, wszystkich się wyszkoli, wszystko wydaje się być picuś-glancuś, to i tak człowiek może zachować się kompletnie nieprzewidywalnie. Niby oczywiste, a jak często sami o tym zapominamy. Tym niemniej nie lubimy pokazanych w filmie politykierów za ich lekceważenie ludzi, a Thornhilla podziwiamy właśnie za jego nieprzewidywalność. Dobrze bowiem wierzyć, że można tak jak on nie dać się bezmyślnie wciągnąć w "wielkie" plany tego świata. A do tego Hitchcock w filmie nie cofnął się przed zabawą wielkimi amerykańskimi symbolami ─ jak spotkanie na pustkowiu to oczywiście w środku słynnego pasa kukurydzy, jak spotkanie zakochanych to oczywiście wśród wielkich sekwoi. A czyż może być lepsze miejsce na spektakularny pościg niż Mount Rushmore? Aż szkoda, że Wielki Kanion jest na drugim końcu Stanów, bo Hitch pewnie i dla niego znalazłby scenkę.

Oglądanie "Północ-północny zachód" to oczywiście przyjemność pod każdym względem, ale powtórzę jeszcze raz, że mi osobiście najważniejsza wydaje się płynąca z filmu nauka, że nie można brnąć w sytuacje, gdzie wszystko już dla nas wymyślono, bo wtedy to dopiero nie wiadomo co będzie.
1 10
Moja ocena:
10
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
62% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (37 głosów).
Udostępnij:
Trudno powiedzieć coś nowego na temat postaci tak zasłużonej dla światowej kinematografii jak Alfred Hitchcock. Mistrz suspensu, rzecz wiadoma, twórca takich dzieł, jak ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 84%