Recenzja filmu

Papi i dziewczyny (2003)
Linda Mendoza
D.L. Hughley
Maria Conchita Alonso

Duży ładunek zdrowego optymizmu

Zgrabna, w jakiejś mierze nawet refleksyjna komedia, sprawnie reżyserowana i dobrze zagrana, lecz przecież trudno zrezygnować z oczekiwań i nadziei, jakie budzą i nakreślają inne utwory. Opowieść ...
Zgrabna, w jakiejś mierze nawet refleksyjna komedia, sprawnie reżyserowana i dobrze zagrana, lecz przecież trudno zrezygnować z oczekiwań i nadziei, jakie budzą i nakreślają inne utwory.

Opowieść jest banalna, daje się streścić w paru zdaniach: otóż pewien Thomas Fuentes (długo zastanawiałem się, skąd znam Eduardo Verástegui, i już wiem - z teledysku Jennifer Lopez "Ain't it funny" w roli Cygana) jednocześnie romansuje w trzech miejscach - w poniedziałek w Miami z kelnerką, we wtorek w Chicago z prawniczką i w środę w Nowym Jorku z Patrycją. Wszystko musi mieć swój koniec, więc gdy trzy panie dowiadują się o zdradach, postanawiają odegrać się na swoim "papi chulo", że chłopak aż traci przytomność.

Twórcy filmu stworzyli najpierw nastrój typowo romantyczny, a potem wszystko zaczęło się zmieniać. I tak toczy się światek, a małe dramaty jego mieszkańców pozwalają twórcom filmu na wypowiadanie paru z pewnością nie odkrywczych, ale przecież zawsze ważnych prawd dotyczących form międzyludzkiego współżycia, potrzeby tolerancji, czystej zależności osądów moralnych od osobistych interesów osądzających czy wreszcie rozmaitych porównań między życiem.

Reżyserka Linda Mendoza lubi swoich bohaterów i stara się, aby nie spotkała ich jakaś większa, bardziej dotkliwa krzywda. Umiejętne mieszanie plebejskiej rubaszności ze swoistym liryzmem wprowadza do twórczości niepowtarzalną, poetycką aurę. Choć wydaje się, że tym razem zawiodła nieco literatura. I chociaż utwór filmowy ogląda się z przyjemnością i uśmiechem, trudno powstrzymać się od uwagi, że nie dostarczy on aż takiej satysfakcji.

Film ma jednak duży ładunek zdrowego optymizmu, ożywia go sama fabuła, co jakiś czas pojawia się piosenka. Nie jest wolny od błędów i pomyłek. Ale nie to jest w nim aż tak bardzo ważne.

Zgodnie z regułami gatunku postacie nie utracą swej niewinności, poznają tylko smak innego życia i nauczą się patrzeć na nie bez strachu, ale i z większym dystansem. Także dlatego, że w tym analogicznym, lecz prawdziwym świecie, którego dotąd nie dostrzegał, odnajdzie swoje szczęście. Reżyserka nie miała ambicji krytycznych. Jej celem było 81 minut dobrej zabawy w atrakcyjnej oprawie. Powstała zręczna komedia, czerpiąca w równej mierze z dokonań "nowego" Hollywoodu, jak i półwiecznej tradycji screwball comedy. To połączenie udało się znakomicie, co nie znaczy, że każdego musi bawić oferowany tu rodzaj humoru. Nie jest to zresztą film dla każdego.

Jest to w gruncie rzeczy jeszcze jedną wersją historii o związkach opatrzony banalnym morałem, iż spełnienie marzeń nie przynosi szczęścia. Miałkość tej tezy utopiona zostaje w gadulstwie pełnym pretensjonalnych aforyzmów. Obronną ręką wychodzi Roselyn Sanchez w roli fałszywej, przypadkowo dostrzeżonej przez dyrektora konkursu wyborów Najpiękniejszej w hotelu Miss Puerto Rico.

Nieudolna czasami reżyseria przejawiająca się w braku rytmu i przemyślanej dramaturgii, w rozwlekaniu ponad miarę scen czyni z filmu jednak nietrudną do wytrzymania osobliwość. Ale mimo wszystko jakoś leci i choć ludzie nie są zbyt dobrzy i mają sporo zmartwień, zwycięża pogodne widzenie świata. Zakończenie filmu przywraca wiarę w wyższość uczuć.
1 10
Moja ocena:
10
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
75% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Udostępnij: