Recenzja filmu

Predator: Prey (2022)
Dan Trachtenberg
Amber Midthunder

Strzały znikąd

Tu liczy się wyłącznie spektakl. I bardzo dobrze, bo tym samym "Predator: Prey" zawraca franczyzę o sto osiemdziesiąt stopni, ku korzeniom, oferując jej świeży start. Trachtenberg, tyleż ...
Strzały znikąd
Może w innej rzeczywistości byłby z tego niezły materiał na animację o kolejnej disnejowskiej księżniczce przeciwstawiającej się narzuconym odgórnie rolom społecznym, rozdzielonym autorytarnie zgodnie z tym, co kto akurat nosi pod biodrową przepaską. Młoda Naru (Amber Midthunder), główna bohaterka "Prey", nowego filmu z serii "Predator", jest bowiem równie bitna co jej towarzysze z plemienia. Jestem jednak skłonny uwierzyć, że na początku osiemnastego stulecia Komanczom faktycznie nie śniło się posyłać kobiet na polowania. I dlatego feministyczny aspekt filmu Dana Trachtenberga jest intrygujący w dwójnasób.

Naru, dążąc do samookreślenia i goniąc za ambicjami, musi bowiem przebić się przez skorupę patriarchalnej niechęci, a jednocześnie ani jej się śni obalenie systemu czy przyjęcie roli heroldki nowego porządku. Bynajmniej. Trachtenberg nie jest naiwny i zadbał o historyczny autentyzm - na tyle, na ile się dało w filmie o potyczce z kosmicznym monstrum - co zapewne ucieszy tych psioczących na dyktat politycznej poprawności. Kto zaś będzie psioczył na brak, hmm, treści, musi zrozumieć, że wynika on z prostszej przyczyny: tu liczy się wyłącznie spektakl.



I bardzo dobrze, bo tym samym "Predator: Prey" zawraca franczyzę o sto osiemdziesiąt stopni, ku korzeniom, oferując jej świeży start. Trachtenberg, tyleż ostentacyjnie co brawurowo, odrzuca bowiem na bok lepioną od lat mitologię. Nie interesuje go ani rozbudowa istniejącego uniwersum, ani choćby przelotna refleksja na temat natury łowcy z innej planety czy dramatu rdzennych mieszkańców kontynentu amerykańskiego, będących przecież bohaterami tego filmu. Kusi co prawda, aby doszukać się tutaj metafory: myśliwy z gwiazd przedstawiony jest przecież jako dzika, nieokiełznana, niszczycielska siła. Ale to też chybiony trop, bo są w tym filmie tacy, którzy faktycznie pruli do tubylców z karabinów skałkowych.

Trachtenberg traktuje zresztą przybyszy z Europy jako mięso armatnie. Po prędkiej ekspozycji od razu przechodzi do rzeczy, podsuwając nam uderzający do głowy destylat: bezkompromisowe kino gatunkowe nieobarczone potoczystymi dialogami czy supłaniem fabularnych intryg. I jest to wybór zaskakująco bezpieczny, pozbawiony ryzyka - mimo niekonwencjonalnego jak na tę serię miejsca i czasu akcji. Recykling dobrze już nam znanych sztuczek to jednak rozczarowanie.



Ogołocone ze zbędnych świecidełek miejsce akcji — oglądamy tu prawie wyłącznie zamglone pola i uginające się pod kotarami deszczu lasy — kojarzyć się może z polem bitwy. Jakby Trachtenberg prędko chciał zawrzeć umowę z oglądającymi: przyszliście tu obejrzeć polowanie, to zobaczycie polowanie. Trudno odmówić temu podejściu pewnej uczciwości, mimo że jest to również manifest rezygnacji z ambicji, aby zrobić z franczyzą coś więcej.

Oczywiście rodzi to pytanie, czy w ogóle trzeba robić z nią coś więcej. Sam nie jestem przekonany, jak powinna brzmieć odpowiedź. Wydaje się jednak, że złożono już broń, że nikomu nie chce się kopać z koniem, że postawiono krzyżyk na twórczych poszukiwaniach. Bo osadzenie filmu przed trzystu laty i postawienie Naru i jej plemienia przeciwko Predatorowi to raczej ornamentacyjna ciekawostka niż rewolucja. Aczkolwiek jest to rzecz niezaprzeczalnie istotna dla samej kwestii reprezentacji rdzennych mieszkańców Ameryki na ekranie. Co więcej, daje satysfakcję na poziomie czystej uciechy ze spektaklu, bo wymusza m.in. nowy design arsenału kosmicznego drapieżcy: znacznie prostszy, bardziej prymitywny od tego, jakim posługiwali się jego poprzednicy (a raczej następcy).



Sam łowca wydaje się tu narwanym młodzikiem, który częściej stawia na brutalną siłę niż starannie opracowaną strategię. Zamiast kryć się po kątach, atakuje frontalnie, sadystycznie rozprawiając się ze zwierzyną. Spotkanie z nim staje się dla Naru rytuałem przejścia, istnym pasowaniem na wojowniczkę, próbą ognia i wytrzymałości. Szkoda, że film jest taki krótki — zaledwie półtorej godziny — i ten sprint nie oddaje należycie fizycznego aspektu toczonego boju.

Trachtenberg przebąkiwał już o sequelu (a może prequelu?), co działa na wyobraźnię, bo przecież historię o Predatorze przybywającym na Ziemię można osadzić, gdzie i kiedy się komu zamarzy. Oby tylko wynik pojedynku nie zawsze był tak łatwy do przewidzenia.
1 10
Moja ocena:
6
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
50% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (121 głosów).