Powrót do przeszłości

Omega Force funkcjonuje na rynku prawie ćwierć wieku. W tym czasie wypluło z siebie dziesiątki gier typu musou. Większość z nich to, delikatnie mówiąc, niewyróżniające się niczym średniaki, ...
"Hyrule Warriors: Age of Calamity" - recenzja
Omega Force funkcjonuje na rynku prawie ćwierć wieku. W tym czasie wypluło z siebie dziesiątki gier typu musou. Większość z nich to, delikatnie mówiąc, niewyróżniające się niczym średniaki, tworzone tylko po to, by zdyskontować popularność trendujących serii anime. Tegoroczny "One Piece Warriors 4" był tak rozczarowujący, że pomstowałam mocno na wszystkich starych i nowych bogów, że postawili tę grę na mojej drodze. Tak się kończą sytuacje, kiedy pozostawia się bez nadzoru twórców, którzy chcą wypluć cokolwiek. Bo gdy czuć nadzór i bat pana nad głową, powstają takie perełki, jak niedostępna w Polsce "Persona 5 Scramble: The Phantom Strikers", urocze "Dragon Quest: Heroes" lub wkraczające właśnie na rynek "Hyrule Warriors: Age of Calamity".



Tytuł ten jest prequelem do wydarzeń rozgrywających się w "The Legend of Zelda: Breath of the Wild". Sto lat przed epicką wyprawą Linka Zelda próbowała powstrzymać siły Calamity Ganona. Z pomocą przychodzi pochodzący z przyszłości mini-Guardian (przywodzący na myśl swoim uroczym zachowaniem droidy BB-8 i BD-1) oraz będący u szczytu swoich możliwości czempioni wywodzący się z czterech regionów Hyrule. Przy okazji nie mogło zabraknąć też Linka oraz młodziutkiej i żywiołowej Impy, która szybko wyrosła na moją ulubienicę. Dużą zasługę w tym miały scenki przerywnikowe, które są w pełni udźwiękowione, dzięki czemu dobrze wprowadzają w fabułę i uwypuklają charaktery protagonistów.



Gra nie ogranicza się tylko do odhaczania kolejnych plansz, na których wyrżniemy w pień setki, a nawet tysiące przeciwników. "Hyrule Warriors" dostarcza graczom praktycznie wszystkiego, co lubią i znają z jrpg-owego pierwowzoru. Pomiędzy misjami głównymi rozegramy mnóstwo sekwencji pobocznych, w trakcie których wcielimy się nie tylko w Linka, ale całą plejadę mniej lub bardziej zaskakujących postaci. Tu i ówdzie poszukamy ukrytych Koroków, zbierzemy składniki do przygotowania przepysznej potrawki, a po uzyskaniu odpowiedniej ilości resztek od-Bokoblinowych, Lizalfosowych i Moblinowych podbijemy statystyki naszych bohaterów. Bo ci, mimo że wbijają kolejne poziomy, nie dorobią się dodatkowych serduszek i combosów bez naszej nieboskiej interwencji. Tym samym przerzedzanie kolejnych zastępów przeciwników ma tu wreszcie jakiś sens. Zebrane barachło odblokuje sklepy i dodatkowe sloty na broń, ucywilizuje regiony Hyrule oraz sprawi, że trudno będzie narzekać na monotonię.



Pomimo tego że każdy bohater dysponuje tymi samymi runami Sheikah (staza, cryo, magnetyzm i bomby), ich wykorzystanie w przypadku poszczególnych herosów będzie wyglądało odrobinę inaczej. Przykładowo – Link rzuci jedną bombą w przeciwnika, Impa natomiast zrzuci ich cały deszcz. Co ciekawe, więksi przeciwnicy często sygnalizują, którą zdolnością powinniśmy skontrować ich atak. Przydaje się to niesamowicie chociażby w misjach na czas, w których każda sekunda jest na wagę złota, a paski życia przeciwników są długie, jak macki Guardiana. Dodatkowo wpadniemy też na podręczne różdżki z żywiołami, które użyte na przeciwnym żywiole również dadzą szansę na szybkie wyzerowanie żyćka bossa. Z każdą postacią będzie się też wiązało inne podejście do grania. Revali będzie wzbija się w powietrze, Daruk powoli sunie przed siebie, siarczyście kosząc mobki, a wdzięczna Mipha leczy swoimi mocami dogorywających żołnierzy. A gdyby jeszcze było Wam mało, to w pewnych sekwencjach zasiąść można za sterami Divine Beast, orając raz po raz pachołków multi inkarnacji Ganona. I nie myślcie, że przez całą grę czeka Was bezmyślny bieg "na pałę", bo część zadań pobocznych rozgrywa się w trybie "jedno uderzenie – koniec misji". I tu dopiero trzeba się napocić, by nawet najlżejszy cios pałką nie dosięgnął naszego bohatera.



Twórcy podeszli do "Hyrule Warriors: Age of Calamity" z wielką pieczołowitością. Wszystko po to, żebyśmy stykając się z tym tytułem, mieli wrażenie, że wciąż tkwimy w hicie z 2017 r. Co prawda nie uświadczymy tu niszczejącej broni i enigmatycznych wskazówek co do dalszego celu podróży, ale odwiedzane miejscówki i napotykani przeciwnicy idealnie spajają musou z "Breath of the Wild". No, może poza zakończeniem, ale nie ma co zbytnio spoilerować. Warto przekonać się samemu, co też Nintendo namieszało w chronologiach.



Niestety, nie obejdzie się bez łyżki dziegciu. Gra potrafi złapać konkretną zadyszkę i gubić klatkaż podczas intensywniejszych starć. Nawet jeśli walczymy tylko z bossem, a użyje on jakiegoś spektakularnego ataku, Switch potrafi się zadławić do niemalże pokazu slajdów. Rażą też doczytujące się tekstury, jak np. trawa pod stopami biegnącego protagonisty. Na początku nie zwracałam na to uwagi, ale jak już rzuciło mi się to w oczy, to nie mogłam odwidzieć tych drobnych elementów doczytujących się w trakcie wędrówki przez Hyrule.



Najnowsza produkcja Omega Force sprawiła mi niesamowitą przyjemność, odbudowując moją wiarę w to, że musou też mogą tworzyć nową jakość. Szkoda, że jest to zapewne wyjątek od reguły, bo Nintendo najzwyczajniej w świecie nie pozwala sobie na bylejakość i wypuszczenie produktu zrobionego na odwal się. Jeśli poszukujecie dobrego, wciągającego i różnorodnego musou, to sięgajcie śmiało po tę pozycję.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
50% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Udostępnij: