Karaluchy pod poduchy

Śniliście kiedyś o lataniu z gołym tyłkiem po szkolnym korytarzu? Albo budziliście się zlani potem po kolejnej nocnej gonitwie z marami i monstrami? Cóż, to zaledwie, nomen omen, małe koszmarki, ...
"Little Nightmares II" - recenzja
Śniliście kiedyś o lataniu z gołym tyłkiem po szkolnym korytarzu? Albo budziliście się zlani potem po kolejnej nocnej gonitwie z marami i monstrami? Cóż, to zaledwie, nomen omen, małe koszmarki, a dryfująca gdzieś na oceanie Paszcza kryje znacznie szpetniejsze zmory. I to na jawie.



Six, dziewczynce okutanej żółtym, przeciwdeszczowym płaszczykiem, przed paroma laty udało się zbiec z owego okrętu, będącego nie taką znowu zmyślną przykrywką dla kanibalistycznego procederu. Mówiąc wprost: jadało się tam dzieci. Sama fabuła i pamiętne zakończenie "Little Nightmares" są jednak cokolwiek ambiwalentne, głównie z uwagi na to, że opowiada się tam wyłącznie obrazem. Z ekranu nie pada ani jedno słowo, na lepkich od brudu blatach nie leżą porozwalane karteluszki, z których dowiemy się czegokolwiek o tym świecie czy postaciach. I w tym tkwi siła gry szwedzkiego studia, że do pewnego stopnia jesteśmy aktywnymi uczestnikami procesu narracyjnego. Śledząc z rozmysłem podsuwane tropy, często gdzieś na drugim planie, sami wypełniamy białe plamy scenariusza. Rzecz jasna to i owo jest nam wyraźnie zasugerowane i, nie przesadzajmy, meandry opowieści są tutaj podporządkowane doznaniu typowo zmysłowemu, ale rozwidlone ścieżki interpretacyjne pozwalają snuć domysły i o Paszczy, i o Six.



Problematyczne stały się bowiem nawet i same kwestie charakterologiczne, gdyż z czasem dziewczynka staje się z ofiary drapieżnikiem, lecz, z drugiej strony, czy można wymagać wykształconego kodeksu moralno-etycznego od kilkulatki? Niewykluczone, że zderzenie perspektywy dorosłego gracza z dziecięcym postrzeganiem świata to swoiste sidła zastawione przez ekipę Tarsier Studios. Wydaje się to być prawdopodobne, bo fenomenalny sequel nie tylko nie udziela odpowiedzi za podobne pytania, ale jeszcze mnoży kolejne. Innymi słowy, po dobiciu do brzegu tej kilkugodzinnej przygody pozostaje jedynie zapytać, kiedy kolejny odcinek. Bo może po trzeciej części coś się rozjaśni? Choć to może złe słowo, gdyż świat "Little Nightmares" nie dopuszcza nawet odrobiny słońca. Kogo natchnął finał przygód Six, ten się srodze zawiedzie.



Bo dziewczynka nie uciekła daleko. Siedzi za zamkniętymi drzwiami chaty złego kuzyna Elmera Fudda, odliczając dni niewoli. Na ratunek przyjdziemy jej my, czyli Mono, chłopiec skrywający twarz pod papierową torbą na zakupy. Od tej pory, pomagając sobie, dzieci muszą zwiać pokręconemu myśliwemu przez leśne ostępy, aż trafią do wyludnionego miasta, którego mieszkańcy ciągną do niebieskiego ekranu telewizora jak muchy do miodu. O ile szarobure kambuzy i kajuty Paszczy, choć zaprojektowane starannie, mogły nużyć, tak druga odsłona "Little Nightmares" co i rusz rzuca nas od jednego koszmaru do następnego, starannie to sobie szydząc, to strasząc po aptekarsku odmierzonymi znajomymi lękami ze szkolnej ławy i szpitalnej sali operacyjnej. A i sama ponura mieścina nie służy jedynie jako korytarz prowadzący od jednej lokacji do drugiej. Mono i Six przyjdzie łazić po dachach, ulicach i mieszkaniach, nieustannie przemierzanych przez wysokiego chudzielca mającego chrapkę nie na mięso, lecz na dusze.



Jako że chłopiec i dziewczynka trzymają się razem, wymusiło to lekkie zmiany mechaniki. Doszedł przycisk nawoływania się, który na końcowym etapie gry będzie kluczowy, oraz zagadki do wspólnego rozwikłania, polegające przede wszystkim na umożliwieniu Six przejścia na drugą stronę przepaści, aby potem, przy skoku, mogła podać nam rękę. Czasem odsadzi nas do otworu wentylacyjnego. Mimo że z grubsza rozgrywka pozostała ta sama i bodaj jedynym znaczącym usprawnieniem jest możliwość przywalenia delikwentowi znalezionym młotkiem czy gazrurką, to sequel zdecydowanie przyśpieszył. Sekwencji dynamicznych jest tu zdecydowanie więcej niż poprzednio i wypada nieustannie mieć się na baczności, bo potrafią zaskoczyć. Oczywiście nacisk nadal położony jest na zagadki logiczne, ale wszystkie proporcje wyważono doskonale.



Trudno się do czegokolwiek przyczepić, a i ja nie mam takiego zamiaru, bo byłoby to szukanie dziury w całym. Ba, przy "Little Nightmares II" poprawiono wszystko to, co wymagało poprawy i dorzucono jeszcze więcej, a jeśli to nie jest recepta na sequel idealny, to, cóż, nie znam innej.
1 10
Moja ocena:
9
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
77% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Udostępnij: