Oto prosta lekcja ze współczesnej korpo-nowomowy: za pomocą ładnych i pustych słów można zamknąć usta każdemu: inkluzywnie go obrazić, różnorodnie złamać i etycznie przechytrzyć. Po "Rodzajach
Jeśli nazwiecie "Bugonię" dystopią, Yórgos Lánthimos powie wam, że się mylicie. To bowiem opowieść o nas – ludziach żyjących tu i teraz, w rzeczywistości, w którym brakuje wszelkiej logiki i sprawiedliwości. W tej szalonej, czarnokomediowej układance wyznawcy teorii spiskowych, denialiści klimatyczni i wszyscy inni wykolejeńcy nie wydają się wcale tak szaleni i oderwani – zważywszy na niespokojny stan dzisiejszego świata. Najnowszy film laureata Złotego Lwa to zarazem wybuchowa farsa, jak i błyskotliwy komentarz społeczny, brawurowa żonglerka gatunkami oraz druzgocący wyraz współczesnych niepokojów. Krótko mówiąc: Lánthimos w formie.
Na pierwszy rzut oka fabuła "Bugonii" może wydawać się zabawna – no bo jak się nie śmiać, widząc porwanie potężnej CEO przez dwóch facetów w maskach Jennifer Aniston, ślepo wierzących, że ich zakładniczka to rasowa kosmitka z gwiazdozbioru Andromedy? Michelle Fuller (Emma Stone), która budzi się łysa i związana w piwnicy, również nie potrafi wziąć zarzutów Teddy’ego (Jesse Plemons) i jego kuzyna Dona (Aidan Delbis) na poważnie. Mężczyźni gorliwie wyznają jednak własną "prawdę", oskarżając złe korporacje, w tym, tę której z dumą przewodzi Michelle, o anihilację naszej planety i upadek ludzkości. I w zasadzie mają rację, ale przecież w twórczości Greka nic nigdy nie jest czarno-białe, a śmiech – nieważne jak szczery – zawsze idzie w parze z kasandrycznym przeczuciem porażki.
Michelle może być żądną władzy krwiopijczynią pokroju Heleny Eagan z "Rozdzielenia", ale jest też zasługującą na empatię ofiarą. Teddy’ego łatwo zaszufladkować jako niebezpiecznego szaleńca, choć kryje się w nim głęboko pokiereszowany życiem nieszczęśnik. Don z kolei ma dobre serce, ale jest zbyt wrażliwy i podatny na wpływy oraz manipulacje ze strony starszego kuzyna. Żaden z nich nie jest krystalicznie dobry ani całkowicie zły, co jedynie podkreśla imponującą wielowarstwowość "Bugonii", za której scenariusz tym razem nie odpowiada Europejczyk, a Amerykanin Will Tracy. Autor pracujący m.in. przy "Menu" i "Sukcesji" tworzy z reżyserem "Lobstera" i "Biednych istot" fantastycznie zgrany duet. Seans "Bugonii" przypomina zabawę w kotka i myszkę: szukając sensu w labiryncie absurdów Lánthimosa i Tracy’ego, natkniemy się jedynie na kolejne ściany ironii i zawiłe zwroty akcji.
Przez cały film psotni twórcy prowadzą z widzami moralne negocjacje, zupełnie jak Michelle pertraktująca szelmowsko z porywaczami. Oto prosta lekcja ze współczesnej korpo-nowomowy: za pomocą ładnych i pustych słów można zamknąć usta każdemu: inkluzywnie go obrazić, różnorodnie złamać i etycznie przechytrzyć. Po "Rodzajach życzliwości" "Bugonia" stanowi zatem kolejny wyraz fascynacji reżysera ideą postprawdy. Im głębiej kopiemy, tym mniej staje się jasne, co jest realne, a co nie. Lánthimos i Tracy nie segregują jednak ludzi na lepszych i gorszych – unikają sensacyjności, moralizowania i wyciągania pochopnych wniosków na temat problemów współczesnego społeczeństwa. Tym samym wszystko to, co Ari Aster usiłował zrobić w "Eddingtonie", ci dwaj realizują po stokroć lepiej w "Bugonii". To paradoksalne, biorąc pod uwagę, że twórca "Midsommar" jest przecież jednym z jej producentów.
W przeciwieństwie do AsteraYórgos Lánthimos nadal potrafi także wykorzystać potencjał swoich aktorów. Nieważne, który już raz zobaczymy u niego Jessego Plemonsa w roli kata, lunatyka czy przemocowca, zawsze bowiem okaże się, że to rola skrojona idealnie pod niego. Emma Stone z kolei, gdy już wydawało się, że pokazała nam wszystko, w szalonym geście aktorskiej brawury goli głowę i dosłownie wychodzi z siebie, prezentując na ekranie dziką ekstrawagancję godną samej Belli Baxter. Zawodowa wierność tych dwojga, ich gotowość do nieustannych transformacji i uczestnictwa w każdym kolejnym, coraz bardziej szalonym projekcie Greka, udowadnia jedynie, że Lánthimos to jeden z niewielu mainstreamowych już autorów, który nie stracił swojego oryginalnego stylu i charyzmy na rzecz hollywoodzkich ambicji. Gdziekolwiek pójdzie – jego obsada zawsze podąży za nim.
"Bugonia", zupełnie jak "Faworyta", jawi się jako wciągająca i trzymająca w napięciu opowieść o zażartej walce o dominację i władzę. Co stanie się, jeśli dwóch ekstremistów z przeciwnych biegunów stanie ze sobą twarzą w twarz? Kto ma rację i, co najważniejsze, kto przyjmie rolę kata, a kto ofiary? Kibicowanie Teddy’emu i Donowi okazuje się trudne, lecz trzymanie kciuków za Michelle – jeszcze trudniejsze. Paranoja bohaterów udziela się i widzom, którzy na co dzień mają zapewne dość ideologicznych sporów, bójek z internetowymi trollami i żmudnego fact-checkingu. "Bugonia" nie ułatwia sprawy – uświadamia jedynie, że każdy kij ma dwa końce, a każdy kolejny konflikt jedynie oddala ludzkość od znalezienia recepty na malującą się w czarnych barwach przyszłość.
Nie bójmy się obcych cywilizacji, bójmy się siebie nawzajem, bo przybyszami z dalekiej planety stajemy się wtedy, gdy inni przestają widzieć w nas ludzi – wydaje się, że właśnie to próbują uświadomić nam twórcy. Choć Grek i Amerykanin stronią od manichejskich podziałów, do jednej rzeczy nie mają złudzeń: świat jest, był i będzie areną walki, a dopóki istnieje cywilizacja, dopóty istnieje też selekcja naturalna. Jednostki uważane przez nią za 'słabsze" nie mają choć cienia szansy na przetrwanie. "Bugonia" jawi się zatem jako swoista reinkarnacja "Rodzajów życzliwości" – tylko w lepszej, jeszcze bardziej brutalnej i porywającej wersji. Na próżno szukać tu życzliwości (w żadnym rodzaju) czy recepty na wolność. Ucieczka od pierwotnych instynktów nie jest możliwa, a los każdego z nas jest już w jakiś sposób przesądzony. Nazwijcie Lánthimosa niemoralnym, politycznie niepoprawnym cynikiem – zapewne uzna to za komplement.