Duch pustyni

Raven to istny odpowiednik militarnego prekariusza, który, chcąc nie chcąc, robi na umowę zlecenie tam, gdzie go poślą, choćby z nieba lał się żar. Tyle dobrego, że pracodawca zapewnia sprzęt ...
Raven to istny odpowiednik militarnego prekariusza, który, chcąc nie chcąc, robi na umowę zlecenie tam, gdzie go poślą, choćby z nieba lał się żar. Tyle dobrego, że pracodawca zapewnia sprzęt potrzebny do wykonania powierzonej mu pracy, przynajmniej ten podstawowy, bo jak chcemy mieć do dyspozycji coś lepszego, trzeba kupić za swoje. Dość jednak złośliwości, gdyż tak naprawdę Raven to ceniony fachura, który za niską stawkę nawet z łóżka nie wstaje, a na emeryturze i tak mu nie zależy, bo życie w tej branży ma krótki termin przydatności. Facet jest bowiem snajperem do wynajęcia, ale kto miał do czynienia z poprzednią odsłoną gry lub po prostu przeczytał tytuł tej omawianej, ten już generalnie wszystko wie. Czyli będzie strzelane.



I to na paru całkiem rozległych planszach, bo każde dostępne zlecenie, które wybiera się z menu bliźniaczo podobnego do tego znanego z serii "Hitman", rozgrywa się gdzie indziej, choć zapomnijcie o zamorskich podróżach. Poszczególne miejsce łączy bowiem cieniutka jak przędza nić fabuły, która jako tako usprawiedliwia nasze poczynania i niejako rozgrzesza Ravena z kapitalistycznej żądzy pieniądza. Jest on bowiem niczym jednoosobowa armia na misji stabilizacyjnej w regionie nieustannie zapalnym, czyli gdzieś na wysokości Syrii i Libanu.



Śmierć dyktatora fikcyjnego państwa inicjuje polityczne przepychanki na szczycie, które niosą ze sobą groźbę rychłej wojny (i zwyżkę cen ropy), na co potężni mocodawcy naszego snajpera pozwolić nie mogą. Ale, jako że nie da się działać jawnie, zostaje tam wysłany Raven. Nie jest to jednak, jak podkreśliłem wyżej, zwyczajny żołnierz, tylko człowiek zdolny zdjąć cel z kilometra dzięki i talentowi, i zdobyczom techniki. Snajper ten nosi bowiem maskę, do której upchnięto tyle elektroniki, że gość przypomina Batmana. Poza tym do arsenału, prócz nieodłącznego karabinu i lunety, dochodzi pistolet z tłumikiem, automat bez, drony mogące hakować kamery, sterowane zdalnie wieżyczki snajperskie oraz stalowe dłonie. Cały ten ekwipunek przyda się nam niemal na każdym kroku, choć gra nie zawsze pozwala dowolnie eliminować cele, przez co podzieliłbym ją roboczo na dwie części: chodzoną i leżaną. Ta pierwsza to klasyczny FPS, tyle że skradany, bo jeśli narobimy rabanu, zaraz zleci się wraży tłum. Druga to sekwencje snajperskie, kiedy dany teren oglądamy jedynie przez oko lunety i dumamy, jak zdjąć cel i samemu nie zostać zdjętym.



Planowanie strategiczne okaże się nieodzowne, żeby wystrzelać wszystkich, których wystrzelać trzeba. Stąd samo studiowanie obszaru zajmuje często więcej czasu, niż późniejsze naciskanie na spust. Ma to swoje plusy, bo jednak fajnie jest móc układać plan działania, kombinować, kogo należy zdjąć, kogo można oszczędzić, które beczki wysadzić i jak wypłoszyć cel, lecz z drugiej strony kto nie lubi takiego główkowania, ten nie ma szans wejść do lokacji na rympał. Poza tym ciągle powtarza się ten sam schemat, odbierający radochę bycia tytułowym duchem: wystarczy tylko sprzątnąć wroga, a reszta bezbłędnie lokalizuje naszą pozycję, choćbyśmy zaszyli się pośród gór i kniei. Marna SI jest chyba główną bolączką tego tytułu, co wychodzi także przy starciach frontalnych, bo przeciwnicy biegają przeważnie jak kurczaki z odciętymi łbami. O dziwo, bo przecież gra nosi tytuł "Sniper Ghost Warrior Contracts 2", chyba więcej radochy czerpałem z bezszelestnego podchodzenia do wroga niż z wizyt na strzelnicach, ale nie chcę przez to powiedzieć, że karabin i luneta się nie sprawdzają. Bynajmniej. Każda akcja poprzedzona jest tutaj analizą odległości, nakreśleniem trajektorii pocisku i tak dalej, a kiedy już oddamy doskonale wyliczony strzał, zobaczymy rozpryskującą się w zwolnionym tempie głowę. Swoją drogą, twórcy gry deczko przesadzili z efektowymi eksplozjami czerwieni, bo wyglądają one dość groteskowo.

Prócz sztucznej inteligencji, a raczej jej braku, straszliwie przeszkadzały mi również błędy techniczne. Nie mogę ich wytłumaczyć absencją łatek, bo po premierze nic się nie zmieniło. Na moim Xboxie Series X gra naprawdę często gubiła klatki, nie byłem nawet pewien, czy wyciąga stałe 30fps, ale nie chcę gadać po próżnicy, bo nie mierzyłem. Im dalej, tym było lepiej, choć może tylko przyzwyczaiłem się do zwolnionego tempa. Ponadto zdarzały mi się zawieszki częstsze niż norma przewiduje, czasem po dwie-trzy przy jednej sesji. Dlatego moja siódemka to siódemka z minusem, może nawet szóstka z plusem, bo mimo niezłej roboty designerskiej i porządnego rozplanowania plansz za dużo tu niedociągnięć, aby móc się tą grą nacieszyć.
1 10
Moja ocena:
7
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).
Udostępnij: