Artykuł

"Drużyna A" na małym i dużym ekranie

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/%22Dru%C5%BCyna+A%22+na+ma%C5%82ym+i+du%C5%BCym+ekranie-61718
RE – "A" KTYWACJA

Serial "Drużyna A" pokazywał komfortowe bohaterstwo – niezinstytucjonalizowane, dobrowolne, oparte na "słusznej sprawie". Zapoznawaliśmy się z rzeczywistością, w jakiej chcielibyśmy żyć: ekscytującą, praworządną, bezpieczną.

Wszyscy pamiętamy mrok, który zasnuł nam oczy, gdy pod koniec czwartego sezonu "Drużyny A" dłonie ściganych przez sąd wojskowy bohaterów zostały ostatecznie skute kajdankami. Źródłem tej, jakże intensywnej, reakcji psychofizycznej była świadomość, że oto przed Hannibalem, Buźką, Murdockiem i B.A. jest już tylko jedna droga – ta przed pluton egzekucyjny. Wzniosłości tamtego uczucia w niczym nie zmienia fakt, że zdania powyższe mocno manipulują faktycznym wspomnieniem. Podobnie jak większość widzów serialu, który łączył we wczesnych latach dziewięćdziesiątych wszystkich chłopców (i niektóre co fajniejsze dziewczyny) codziennie o szesnastej przed odbiornikami telewizyjnymi ustawionymi na kanał Polonia 1 w całym kraju, nie miałem zielonego pojęcia o "sezonach", "finałach sezonów" i czymś takim jak "cliffhanger". Kłopoty, w jakie wpadli bohaterowie ukochanego zespołu paramilitarnego, były realne, tak samo, jak realne były kłopoty schwytanych (mniej więcej w tym samym czasie rzeczywistym) mutantów z grupy X-Men, którzy w publikowanej przez TM-Semic polskiej edycji amerykańskiej serii komiksowej za sprawą "zdrady" Jean Grey znaleźli się w mocy Hellfire Club.

Naruszenie stałego schematu fabularnego – pewną świadomość konwencji mają nawet najmłodsi widzowie – było czymś na kształt złamania zasad rządzących rzeczywistością. Prosty układ, który dotąd znaliśmy i ceniliśmy (tylko mniej dojrzali z nas woleli Wojownicze żółwie ninja), ewoluował w coś poważniejszego i zasadniczo groźnego. Dotąd wszystko szło jak po maśle. W każdym odcinku ktoś miał kłopoty z nieuczciwymi ludźmi i decydował się na wynajęcie Drużyny A. By tak się stało, musiał przejść dziwny test, po którym Hannibal ujawniał się i przyjmował zlecenie. Następnie bohaterowie przystępowali do działania, by odegrawszy określoną liczbę "scen obowiązkowych" (niezgoda B.A. na lot jakimkolwiek samolotem i wynikająca stąd konieczność uśpienia go, konflikty między nim a Murdockiem, awanse Buźki do klientki itd.), wpaść w ręce wroga, po czym uciec, przechytrzyć przeciwnika i – ewentualnie – w spektakularny sposób ujść nadciągającym służbom pościgowym (które wkraczały raz na jakiś czas).

Ten powracający przez kilkadziesiąt odcinków schemat mógł zmęczyć amerykańską widownię, ale nie małolatów otwierających się na dobra popkultury zachodniej. Tym samym, wymuszony przez producentów chwyt scenopisarski, rozbudowujący tak dramatyczną historię, jaką było pojmanie Drużyny A, na czteroodcinkową fabułę, wstrząsnął moją (i zapewne nie tylko moją) egzystencją w tym czasie. Do dziś nie przebiły tego ucisku w klatce piersiowej finały najznakomitszych odcinków "Prison Break", "Zagubionych"… Ani razu nie martwiłem się tak o Muldera i Scully podczas śledzenia przez ponad dekadę przygód "Z Archiwum X"

Można powiedzieć, że wpływ na to miała wyłącznie naiwność odbioru, i zamknąć kwestię. Sądzę jednak, iż przeżycia towarzyszące obserwowaniu procesu Drużyny A były tak intensywne, gdyż zmiana konwencji spowodowała lęk o trwałość ulubionego porządku rzeczy. "Drużyna A" w swym zamyśle jako typowy serial epizodyczny zapewniała komfort stałej formuły i dawała wiarygodny obraz przygody, którą chcieliśmy przeżywać raz za razem: bohatersko, z wdziękiem, skutecznie. Samochód Złych, wywracający się na dach podczas finalnego pościgu dawał poczucie zadomowienia w przygodowym schemacie. W prymitywnej fabule kryły się jednak mechanizmy, które budowały poczucie siły i wzorce podstawowych relacji ze światem.

Status Drużyny A miał szczególny charakter. Służyli dobru, ale stali poza prawem. Serial pokazywał komfortowe bohaterstwo – niezinstytucjonalizowane, dobrowolne, oparte na "słusznej sprawie". Fakt, że bohaterowie walczyli z łobuzami uciskającymi słabszych, pozwalał podziwiać ich determinację, która przekraczała zakres biznesowej transakcji między pracodawcą a wojskowymi najemnikami. Zapoznawaliśmy się z rzeczywistością, w jakiej chcielibyśmy żyć: ekscytującą i – mimo funkcjonowania bohaterów poza prawem – praworządną oraz bezpieczną. Drużyna A zapewniała poczucie wspólnoty poza wspólnotą. To odróżniało ten serial choćby od emitowanego w chwilę później na tej samej stacji "MacGyvera" z Richardem Deanem Andersonem w roli głównej – samotny bohater wytwarza zupełnie inne mechanizmy obronne, zdany całkowicie na siebie, zasadniczo heroiczny, ale o ileż mniej zabawny. Mała grupa towarzyszy broni to mniej romantyczna, ale radośniejsza i solidniejsza podstawa egzystencji. W odróżnieniu też od społeczeństwa – dużej, enigmatycznej zbiorowości, tworzącej abstrakcyjne zasady nie dotykające konkretnych przypadków – reaguje w sposób adekwatny do sytuacji i nie dopuszcza błędnego osądu.

"Test klienta" w Drużynie A wskazywał na konieczność osobistego kontaktu, zbudowania więzi przed przyjęciem na siebie jakiegokolwiek zobowiązania. Ten etos sprawiał, że serial, łagodzący – zdaniem wielu krytyków – kontury rzeczywistości, idealizujący m. in. wietnamski rozdział w historii  Stanów Zjednoczonych, sugerował komfort funkcjonowania poza strukturami władzy, poza jakąkolwiek presją przepisów. Drużyna A była silna przekonaniem o słuszności własnej sprawy – to nadaje jej z dzisiejszej perspektywy charakter niemalże mityczny, podobny do grupy ruszającej po Złote Runo. Hannibal byłby zatem swego rodzaju Jazonem, który jeszcze przed wyprawą Argonautów zawsze gotów jest pomóc staruszce (nawet jeśli Buźka woli, by sprytna bogini występowała w swych własnych ponętnych kształtach), tym samym potwierdzając swoją rolę przewodnika wyprawy, która miała zapewnić sprawiedliwą i mądrą władzę w uciśnionym królestwie.

Być może zatem powtarzalność, która w opinii komentatorów przyczyniła się do zniechęcenia widowni w czwartym roku produkcji, była też bezpiecznym mimo wszystko azylem (cztery sezony bardzo dobrej i dobrej oglądalności to wszak niemało). Ostatni – piąty – sezon pokazywał drużynę wykonującą misje bardziej szpiegowskie niż skupione na pomocy uciśnionym. Dyskomfortowa współpraca z nowym bohaterem, Frankym Santaną, skazana była na szybki kres również dlatego, że widzowie nie kupili nowej formuły. To znaczący fakt. Pokazuje bowiem, że strategie przetrwania nie usprawiedliwiają wszelkich kompromisów, a przetrwanie drużyny zależy przede wszystkim od dochowania wierności jej etosowi. W tym serialu najpełniej i najdobitniej określała go czołówka. Drużyna A musiała funkcjonować poza obrębem społeczeństwa przede wszystkim dlatego, że tam czai się dobra zabawa i szansa na samodzielne decydowanie o swoim losie.  Tym wszystkim, którzy na system są skazani, tego rodzaju osadzenie bohaterów oferuje wzorzec mądrości (ludowej, ale mimo wszystko mądrości) wynikającej z zewnętrznej względem społecznego porządku perspektywy.

Jeśli zestawić "Drużynę A" z "Prison Break", widać, w jaki sposób popkultura na różne sposoby przepracowuje formuły uczestnictwa jednostki w społeczeństwie. Potrzeba, aby status prawny przynajmniej jednej z postaci więziennego serialu był nieuregulowany, wynikała ze wzrostu emocji w sytuacji totalnego zagrożenia – ze strony Firmy, ze strony policji i (wreszcie) ze strony przypadkowych okoliczności. Różnica polega na tym, że w przypadku Drużyny A pragnienie "powrotu na łono" społeczeństwa miało czysto deklaratywny charakter i nawet w finale serialu rozważane było jedynie jako potencjalny scenariusz. Dla zmęczonych pościgiem Scofielda i Burrowsa oraz mniej lub bardziej przypadkowych członków ich drużyny "święty spokój" poza przygodą (i poza drużyną) jest odwrotnie proporcjonalny do potrzeb widza, który chce, by pozostawali poza społecznym nawiasem jak najdłużej (stąd słabszy drugi, bardzo średni trzeci i absolutnie zbędny czwarty sezon z idiotycznym wręcz półtoragodzinnym epilogiem).


Do wzorca formułowania grupy, która ma charakter schronienia, nawiązuje trylogia "X-Men" powstała w ostatnich latach na podstawie wspomnianej już serii komiksowej. Akcent położony na "inność" mutantów zmusza ich do zgrupowania się w odrębne społeczności, pozwala na silną identyfikację na zasadzie opozycji do tych, "którzy nas nienawidzą". Filmy Bryana Singera i Bretta Ratnera uwikłane były mocno w rozważania o tolerancji i wykorzystywały epicką formułę, by w atrakcyjnym opakowaniu mówić o przemianach w zachodnim społeczeństwie. Serial stworzony przez Franka Lupo i Stephena J. Cannella nie miał aż takich ambicji, odwoływał się jednak do najprostszych, ale tym samym najsolidniejszych mechanizmów identyfikacji, budując na przestrzeni wielu perypetii ulubionych bohaterów spokojny azyl i gwarantując równie atrakcyjne jutro. Lęk, jaki przed fanami serialu wzbudza wchodząca na ekrany adaptacja filmowa w reżyserii Joe Carnahana, to, jak sądzę (bo tak jest i w moim przypadku), lęk przed ciosem zadanym ideałowi, który podziwiało się przed laty. Lęk to uzasadniony, ale wina, w przypadku jego ziszczenia, nie leżałaby po stronie reżysera, producentów czy – nawet – złego aktorstwa. Czegokolwiek by z siebie Liam Neeson nie wykrzesał, jakkolwiek uroczy nie byłby Bradley Cooper – nie będą oni naszym Hannibalem, naszym Buźką; będą (z konieczności) jedynie klonami tamtych postaci w innym czasie i miejscu niezdolnymi już być może odegrać roli, którą ich pierwowzory sprzed lat odgrywały, kształtując moją – i pewnie nie tylko moją – osobowość.

A może będzie wręcz przeciwnie? Może nie dla pokolenia stanu wojennego, ale dla współczesnych – młodszych i starszych nastolatków, którzy o oryginalnej Drużynie A nigdy nie słyszeli – ci herosi wyróżnią się czymś na tle zwyczajowej sieczki kina akcji i wybuchów w dolby-surround? Może jest to szansa na ożywienie mitu Drużyny A? Argumentem, którego można by użyć zawczasu, by poprzeć taką hipotezę, jest niewątpliwie udany come back Kapitana Kirka i jego załogi w filmie J.J. Abramsa, jako starych bohaterów zdolnych radzić sobie w nowych czasach. Mity mają w końcu moc uniwersalną (prawdziwe ikony popkultury też) i tym samym powinny oczarowywać poza konkretną czasoprzestrzenią Polski doby przemian. Myślę, że wszyscy chłopcy wczesnych lat dziewięćdziesiątych i co fajniejsze dziewczyny z tamtych lat wyrażają tę samą nadzieję.              
   

Marcin Jauksz - literaturoznawca i filmoznawca, obronił rozprawę doktorską "Krytyka dziewiętnastowiecznego rozumu. Źródła i konteksty Pałuby Karola Irzykowskiego", prelegent poznańskich klubów filmowych, publikował m.in. w "Lampie", "Podtekstach" i "Polonistyce".