Relacja

12. Tofifest: Pole kukurydzy i dżihad narkomana

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/12.+Tofifest%3A+Pole+kukurydzy+i+d%C5%BCihad+narkomana-107948
W kolejnej relacji toruńskiego festiwalu Tofifest oceniamy dwa filmy prezentowane w ramach Konkursu Międzynarodowego ON AIR. Pierwszy jest gruziński rywal "Idy" w walce o statuetkę Oscara w kategorii "Najlepszy film nieanglojęzyczny" "Kukurydziana wyspa". Obraz wygrał tegoroczny festiwal w Karlowych Warach. Drugim jest brytyjski "Snow in Paradise". Jest to reżyserski debiut cenionego montażysty Andrew Hulme'a.

***

Życie i śmierć na Corn Island (rec. filmu "Kukurydziana wyspa")

Najnowszy film George'a Ovashviliego jest hołdem złożonym Matce Naturze. Jest ona tą, która jedną ręką rozdaje swoje obfite bogactwa, a drugą odbiera, co jej się należy. Człowiek jest nic nieznaczącym paprochem, który może się jedynie modlić, by surowe oblicze Matki objawiało się jak najrzadziej. Wobec jej obojętnej surowości ludzkie konflikty wydają się trywialne. Czym w końcu jest Gruzja i Abchazja wobec odwiecznej potęgi rzeki Inguri i jej cyklu życia i śmierci?


"Kukurydziana wyspa" to kino minimalistyczne. Większość filmu stanowią niemal dokumentalne sceny rodzajowe z życia pewnego abchaskiego chłopa, który odkrywszy sporą połać żyznej ziemi na rzece Inguri, postanawia, zgodnie z odwieczną tradycją, zasiać na niej kukurydzę. Oglądamy więc jego pracę nad budową prostej chatki, jak przekopuje ziemię, jak wraz z młodą dziewczyną, prawdopodobnie jego wnuczką, sieje kukurydzę, a potem strzeże plonów. Jest w jego działaniach swoistego rodzaju bezmyślność. Reaguje na okoliczności, dostosowuje swoje zachowanie do tego, co dzieje się na wyspie i wokół niej. Jest niewolnikiem rytmów przyrody i kaprysów losu. Ale jest też w jego zachowaniu głęboka filozoficzna mądrość, której przejawia się w jego relacjach z żołnierzami abchaskimi i gruzińskimi, którzy co chwilę krążą wokół jego wysepki. Ich konflikt jest mu kompletnie obojętny. Jakież ma on znaczenie, kiedy to Natura jest tym, co jemu i jego ludowi daje i odbiera życie? Ludzi łatwiej jest udobruchać lub zwodzić. Z żywiołem jest inaczej.

Myśl przewodnia filmu Ovashviliego nie jest zbyt oryginalna. Niestety, reżyser nie podaje jej również w zbyt ciekawej formie. "Kukurydziana wyspa" jest dość standardowym reprezentantem swojego gatunku. Banalność prowadzonych przez twórcę rozważań połączona z dość oczywistymi chwytami stylistycznymi sprawia, że całość jest dziełem błahym. Co jednak wcale nie znaczy, że pozbawionym wartości. Film może pochwalić się znakomitymi zdjęciami, których autorem jest Elemer Ragalyi. Zachwyca nie tylko sposób pokazania natury (trudno jest źle pokazać równie piękne plenery), lecz przede wszystkim człowieka. Kamera Ragalyiego świetnie portretuje ludzkie twarze. Dzięki niemu wątek poboczny młodej dziewczyny stał się najciekawszym elementem całości.

Całą recenzję Marcina Pietrzyka można przeczytać TUTAJ.


Dżihad narkomana (rec. filmu "Snow in Paradise")

"Snow in Paradise" jest studium charakterologicznym młodego narkomana. Reżyser, Andrew Hulme, zastanawia się, kim jest człowiek uciekający przed światem w objęcia sztucznie indukowanego zapomnienia i jak zmaga się on z codziennością. Jednak ten dość typowy dla kina temat Hulme narzuca na szerszą perspektywę religijnej koncepcji walki Dobra ze Złem i obecności Szatana w ludzkim życiu.

Bohaterem filmu jest młody Dave. Chłopak pochodzi z gangsterskiej rodziny. Jego ojciec zginął dawno temu, wychowywał więc go jego stryj Jimmy - twardy facet z ciężką ręką. Dave oczywiście chce się wybić w rodzinnym biznesie, więc godzi się wykonywać dla Jimmy'ego różne zlecenia. Jednak jego wierność zasadom, jakimi rządzi się ten biznes, ma dość wątłe podstawy. Kiedy więc złamie podstawowe reguły, ktoś będzie musiał zapłacić. Nie padło na Dave'a, lecz na jego najlepszego kumpla Tariqa. Teraz Dave musi stanąć oko w oko z konsekwencjami swoich czynów. Nie będzie to jednak łatwe. Nawet bowiem pogrążony w rozpaczy uciekać będzie przed odpowiedzialnością, szukając winnych wszędzie tylko nie w sobie. Uciekać przed prawdą można jednak tylko do czasu...

Hulme w dość ciekawy sposób pokazuje Dave'a i jego zmagania ze światem i samym sobą. Bohater jego filmu jest dość typowym filmowym ćpunem. To pozer, który chce być chojrakiem, a w rzeczywistości ukrywa przed światem i sobą samym wewnętrzną słabość. Ta skaza sprawia, że łatwo daje się zwodzić, manipulować. Wokół niego szaleje chaos, a on nie zdaje sobie sprawy, że jest to samospełniające się proroctwo, którego puntem wyjścia jest właśnie on. Jednak reżyser pokazuje, że to nie wada osobowości bohatera, lecz efekt natury świata. Dave jest wystawiony na pokusy Zła, a Szatan przybiera różne postaci. Raz jest demonicznym stryjem, który deklaruje, że Boga nie ma, innym razem - oślizgłym Mickeyem, dawnym kumplem ojca, który kusi go kasą i pozornym spokojem. Czasem jest zaś jego dziewczyną (ćpunką i dziwką), która samą swoją obecnością pozwala mu zachować narkomańskie status quo. Reżyser dość sugestywnie potrafi to osaczające bohatera zło pokazać. Doskonale łączy ze sobą obrazy i dźwięki, budując świat wykraczający poza zwyczajne tu i teraz. Widać, że Hulme ma montażowe korzenie, ponieważ to właśnie strona audiowizualna jest największym atutem "Snow in Paradise".

Całą recenzję Marcina Pietrzyka można przeczytać TUTAJ.
Udostępnij: