Relacja

12. Tofifest: Dzikość serca i droga duchowa

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/12.+Tofifest%3A+Dziko%C5%9B%C4%87+serca+i+droga+duchowa-107979
Jednym z najciekawszy filmów prezentowanych na festiwalu Tofifest w ramach konkursu ON AIR było ukraińskie "Plemię". Szokujący i niebanalny obraz przyjechał do Torunia jako zwycięzca canneńskiego Tygodnia Krytyki. Jego rywalem o nagrodę główną jest m.in. "Droga krzyżowa". Film zdobył Srebrnego Niedźwiedzia za scenariusz na tegorocznym festiwalu w Berlinie. Jak my oceniamy oba te tytuły, dowiecie się z naszej dzisiejszej relacji.

***

Niema dzikość serca (rec. "Plemię")

Oglądając "Plemię", można łatwo dojść do wniosku, że Miroslaw Slaboszpickij jest duchowym bratem Larry'ego Clarka i Lisandro Alonso. Od tego pierwszego wziął temat, a od drugiego – formę. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. "Plemię" to kino niepozorne, które jednak wstrząśnie widzami na tyle odważnymi, by pozostać na sali kinowej do końca.


Odwaga? Ależ tak! Bez niej już pierwsze sekundy "Plemienia" mogą przerazić. Film rozpoczyna plansza informująca, że obraz został zrealizowany w języku migowym i że nie znajdziemy tu lektora, napisów ani nic, co pozwoliłoby zrozumieć rozmowy prowadzone przez bohaterów. A przecież kino uwielbia dialogi. Niektórzy twórcy na ciętych tekstach zbudowali swoją sławę. W przypadku "Plemienia" widz zostaje pozbawiony jednego z podstawowych filmowych elementów. Potrzeba więc sporej odwagi i samozaparcia, by w tym momencie nie wstać z fotela i nie opuścić sali kinowej. Ci, którzy tego nie zrobią, szybko odkryją, że nawet bez zrozumienia poszczególny rozmów prowadzonych przez bohaterów, samą fabułę śledzi się bez większych problemów. "Plemię" przypomina nieme kino, gdzie motywacje, emocje, pragnienia i cele bohaterów odkrywane są poprzez ekspresję i zachowanie aktorów.

Brak słów (zrozumiałych dla przeciętnego widza, bo przecież bohaterowie cały czas ze sobą rozmawiają, żartują, a nawet zażarcie się kłócą) działa jak szkło powiększające. Wyostrza percepcję i maksymalizuje reakcję emocjonalną. Sceny, które nawet w typowej produkcji wywoływałyby nieprzyjemne odczucia, tu stają się okrutnie groteskowe lub tak boleśnie szokujące, że niektórzy mogą odwracać nawet wzrok. "Plemię" pokazuje również, że słowa stanowią łatwe narzędzie do budowania iluzji człowieczeństwa. Ich brak szybko ukazuje okrutną prawdę, że człowiek praktycznie niczym nie różni się od zwierzęcia. Patrząc na stadne zachowania młodych bohaterów, można dojść do wniosku, że bardziej adekwatnym tytułem byłaby "Wataha" lub "Horda". Kiedy bowiem zbierają się, by ustalić kolejność dziobania, by przetestować siłę nowego albo kiedy przychodzi do dzielenia się łupami, w ich zachowaniu nie ma nic, co odróżniałoby ich od wilków, hien czy pawianów.

Wynika to również z tego, że w filmie Slaboszpickija nie ma żadnych pozytywnych wzorców. Tak jak "Dzieciaki" czy "Ken Park" Clarka, tak i "Plemię" pokazuje świat młodych pozbawiony dorosłych. Jeśli już się pojawiają, to jako oślizgłe typy, które wykorzystują dzieciaki (jak kierowcy tirów, którzy kupują sobie seksualne usługi młodocianych głuchoniemych dziewczyn) lub które są wykorzystywane przez młodzież (jak przechodzień z zakupami, który zostanie skatowany i okradziony).

Całą recenzję Marcina Pietrzyka można przeczytać TUTAJ.



Świętość jako śmiertelna choroba przenoszona drogą duchową (rec. filmu "Droga krzyżowa")

Nie wiem, jak w zeświecczonych Niemczech, ale nad Wisłą "Droga krzyżowa" na pewno przyprawiłby sporo osób o migrenę. Zawarta w nim jadowita satyra na Kościół, instytucję rodziny i fanatyczną religijność to przecież woda na diabelski młyn naszej prawicy rozprawiającej o zdegenerowaniu kultury. Oczyma wyobraźni widzę już, jak z ambon i mównic wzywa się do bojkotu świętokradczego paszkwilu. 


Rzecz składa się z czternastu scen, a każda z nich zatytułowana jest tak samo jak kolejne stacje chrystusowej męki. Skojarzenia z pasyjnymi obrazami budzi również filmowa forma. Wewnątrz rozdziałów reżyser Dietrich Brüggemann rezygnuje z cięć montażowych, a kamerę przez większość seansu pozostawia unieruchomioną.  Śladami mesjasza podąża na ekranie 14-letnia Maria. Rodzice dziewczynki – władcza, kłótliwa matka oraz wycofany ojciec – należą do radykalnego odłamu katolicyzmu. Zasady, którymi kierują się w wychowaniu dzieci, brzmią jak wypisy ze słynnego kazania księdza Natanka. Świat postrzega się tu jako pole niekończącej się bitwy między Bogiem i Szatanem. Ten drugi czai się za każdym rogiem: w sali gimnastycznej, bibliotece, a nawet w chórze parafialnym. Czy Maria, która postanowiła poświęcić się w intencji niemego braciszka, zdoła uniknąć pokus i donieść swój krzyż do samego końca?

Subtelność nie należy z pewnością do najmocniejszych cech Brüggemanna. Praktycznie wszystkie postaci są tu narysowane krechą o grubości kościelnej cegły. Matka to rozmodlony potwór. Lokalny proboszcz próbuje zamienić idące do bierzmowania dzieciaki w chrześcijańskich mudżahedinów. Za to mieszkająca wraz z rodziną bohaterów ciotka to już uosobienie dobroci i wyrozumiałości. Z szeregu postaci-plakatów przez dłuższy czas wyłamuje się Maria. Rozdarta między wizją zbawienia i pierwszym młodzieńczym zauroczeniem walczy z zaszczepionym przez rodzicielkę poczuciem winy. Wraz z rozwojem akcji i ona dołączy jednak do korowodu stereotypów.

Całą recenzję Łukasz Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ.

Udostępnij: