Relacja

BERLINALE 2012: Irlandzcy bojownicy i filipińscy terroryści

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2012%3A+Irlandzcy+bojownicy+i+filipi%C5%84scy+terrory%C5%9Bci-82298
Wczoraj nasza wysłanniczka na festiwalu w Berlinie obejrzała najnowszy film z Clive'em Owenem w roli agenta brytyjskich służb specjalnych pod tytułem "Shadow Dancer" oraz "Captive" w reżyserii Brillante Mendozy o porwaniach dokonywanych przez filipińskich członków Ruchu Islamskiego. Poniżej znajdziecie ich recenzje. 

***

"Shadow Dancer", reż. James Marsh

Clive Owen kolejny raz został agentem brytyjskich służb specjalnych. W "Elicie zabójców" szklane oko nie przeszkodziło mu uganiać się za Jasonem Stathamem, aby powstrzymać egzekucje byłych brytyjskich żołnierzy. W "Shadow Dancer" gwiazdor nie ma żadnego defektu. Jego praca polega na werbowaniu nowych agentów, którzy należą do IRA.

Korzenie gniewu Irlandzkiej Armii Republikańskiej w filmie Jamesa Marsha sięgają roku 1973. Wtedy to na ulicach Belfastu ginie kilkuletni chłopiec. Jego siostra, Colette, czuje się współwinna zbrodni. Zamiast spełnić prośbę ojca samodzielnie, zrzuciła wszystko na małoletniego braciszka. Po dwudziestu latach Colette (Andrea Riseborough) jest jedną z bojowniczek Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Bierze udział praktycznie we wszystkich akcjach. Jest odpowiedzialna za regularny paraliż metra, uczestniczy w zamachach. Jednocześnie wychowuje kilkuletniego synka. Kiedy służby specjalne ściągają ją z ulicy za próbę podłożenia bomby, poznaje Maca i otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. Wcześniej ogląda kilka zdjęć z zamachów, na których widać zwłoki dzieci. Na deser widzi film z jej synem w roli głównej i - jako że jest kobietą-matką - pęka.

Oczywiście, argumenty angielskich służb specjalnych są nie do przebicia. Colette ryzykuje nie tylko swoją wolnością, ale przede wszystkim dobrem dziecka. Zmuszona do współpracy co środę melduje się w czerwonym płaszczyku w wyznaczonym miejscu i donosi na swoich "braci". W zamian za pomoc agent Mac obiecuje jej ochronę, nową tożsamość po zakończeniu sprawy i spokój, który w rodzinie jest w końcu najważniejszy.

"Shadow Dancer" to tradycyjny, średniej klasy film sensacyjny z dość banalnym politycznym backgroundem. W filmie Marsha (reżysera oscarowego dokumentu "Człowiek na linie") członkowie IRA zajmują się przede wszystkim wykonywaniem wewnętrznych wyroków i straszeniem własnych współpracowników. Colette boi się, że demoniczny Kevin z IRA rozpozna w niej szpiega, ale nie przeszkadza jej to regularnie spotykać się z Makiem. Zawsze w odblaskowym, czerwonym płaszczu, tak żeby jak najbardziej ukryć swoje tajemnicze kontakty. Kiedy dzięki jej donosowi zostaje udaremniony zamach, w którym Colette bierze bezpośredni udział, kobieta w kominiarce na twarzy ucieka przez sąsiednie ogródki. Po jakimś czasie wraca do domu na herbatkę. Tak jak gdyby nigdy nic się nie stało.

 

Najzabawniejszy jest jednak portret angielskich służb specjalnych na początku lat dziewięćdziesiątych. Szefowa Maca, Kate (Gillian Anderson), prowadzi sekretną grę ze swoim podwładnym, w której biorą udział zwerbowani przez nich agenci. Kiedy jeden z nich ginie, Kate z miną obrażonej dziewczynki odchodzi z miejsca zbrodni. Dodatkowo Clive Owen rozpracowujący spisek na wielką skalę (utajnienie kilku raportów) prowadzi śledztwo polegające przede wszystkim na wizycie w bibliotece i wykonaniu kilku telefonów.

W "Shadow Dancer" zaskakuje dopiero epilog filmu, który jest prawdopodobnie jedynym nieprzewidywalnym elementem fabuły. Mimo wszystko "irlandzkie zabawy z bronią", które portretuje Marsh w swoim filmie, przypominają raczej portret zdeterminowanej samotnej matki, która została członkinią IRA ze względu na dziecięcą traumę. Gdyby nie była kobietą, pewno nie miałaby takich kłopotów. Podobnie jak wszystkie inne bohaterki "Shadow Dancer", które po prostu nie umieją trzymać języka za zębami.

***

"Captive", reż. Brillante Mendoza

Tegoroczny konkurs główny na 62. Festiwalu Filmowym w Berlinie od początku miał swoich faworytów. Na pewno jednym z najbardziej oczekiwanych obrazów konkursowych był najnowszy film Brillante Mendozy, filipińskiego reżysera nagrodzonego za reżyserię w Cannes.

"Captive" jest rodzajem dziennika uprowadzenia grupy zakładników przez filipiński oddział partyzancki. Jeńcy zostają porwani pod osłoną nocy. Brutalni żołnierze najpierw ich okradają, następnie siłą transportują na statek. Każda z zatrzymanych osób ma na sobie jedynie odzież i buty. Porywacze wychwalają Allaha i odwołują się do Koranu. Pochodzą z radykalnego ugrupowania islamskiego Abu Sayyafa. Nazywają siebie "Ruchem Islamskim" i walczą o stworzenie niezależnej i niepodległej prowincji na terenie Filipin. Porwanie jest jednym ze sposobów szybkiego zarobienia pieniędzy. Jednocześnie "wojownicy", przetrzymując obcokrajowców, zwracają na siebie uwagę Zachodu. Tym razem atak jest wymierzony w urzędników banku. Niestety, potencjalne ofiary wcześniej opuściły wyspę. Zamiast nich wśród uprowadzonych są turyści i katoliccy pracownicy socjalni.

 

Porwani pochodzący z różnych krajów są zmuszani do nadawania komunikatów o swoim uprowadzeniu, które mają przyśpieszyć przekazanie okupu. Wśród nich znajduje się francuska pracownica społeczna, żarliwa chrześcijanka Thérèse (Isabelle Huppert). Przez kilkaset dni Mendoza praktycznie "śledzi" jeńców. Ciągłe ataki wojskowe, w trakcie których nikt nie dba o życie porwanych, dla terrorystów wydają się codziennością. Spokój odnajdują jedynie w dżungli. Wykupują sobie opiekę miejscowej ludności, stąd wizyty w szpitalach i szkołach. W miarę upływu czasu partyzancki przywódca ogłasza kodeks porwanego. Jeśli jesteś jeńcem Abu Sayyafa, możesz umrzeć, przejść na Islam albo wykupić swój spokój.

Przy "Captive" rzeczywiście można przyjąć, że Mendoza zrobił film będący rodzajem manifestu o podłożu politycznym, w którym liczy się przede wszystkim odpowiedzialność twórcy za otaczającą rzeczywistość. Można również potraktować "Captive" jako klasyczny film "o porwaniu", w którym punkt po punkcie ofiary przechodzą etapy upokorzeń, aby w końcu odnaleźć ukojenie. W obu przypadkach "przeszkadza" forma. Mendoza obserwuje zwierzęta w dżungli, uwalnia wyobraźnię, aby zwizualizować halucynację jeńców i co jakiś czas rozbija pompatyczne deklaracje swoich bohaterów za pomocą pojedynczych obrazów, które doprowadzają relację porwanych i porywających do absurdu. Reżyserowi "Kinatay" oprócz portretowania grupy uprowadzonych obcokrajowców udało się pokazać "perwersję wojny". W przypadku Mendozy (wbrew oczekiwaniom wielu) nie polega ona na ciągłym atakowaniu widza gigantycznymi dawkami przemocy. Chodzi przede wszystkim o odegranie spektaklu, który ma bardzo określony podział ról, kluczowe momenty, schematy, których oczekują nie tylko widzowie, ale przede wszystkim porwani. W tym wszystkim tkwi "biała" kobieta, Thérèse, pieczołowicie wczuwająca się w rolę porwanej, w której nadal pozostały resztki kolonialnych stereotypów podsycane dodatkowo żarliwą wiarą w niezwyciężonego Chrystusa. W końcu w atmosferze zagrożenia życia wszyscy nagle zaczynają liczyć jedynie na Wszechmogącego.


Dogadywanie kwestii okupu to w filmie Mendozy rozmowa przez telefon przy porannej kawie. Podobnie nagrywanie taśm, na których ofiary proszą o pomoc. Wszystko ma swoje miejsce i swój czas. Podobnie jak każdy jeniec ma określoną cenę, która trzeba zapłacić, żeby wrócić do swojej "zachodniej" rzeczywistości.
Udostępnij: