Relacja

BERLINALE 2012: Pattinson na paryskich salonach i pożegnanie z Berlinem

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2012%3A+Pattinson+na+paryskich+salonach+i+po%C5%BCegnanie+z+Berlinem-82501
Tegoroczny konkurs główny to jedno wielkie rozczarowanie. W tamtym roku na Berlinale od pewnego momentu było praktycznie wiadomo, że "Rozstanie" Asghara Farhadiego powinno otrzymać Złotego Niedźwiedzia. W tym roku nikt nie potrafi wskazać faworyta, czy nawet kilku faworytów. Wszyscy zastanawiają się, jaką decyzję podejmie jury konkursu głównego pod przewodnictwem Mike'a Leigha. Czy zdanie pana przewodniczącego będzie najważniejsze, czy może zostanie przegłosowany przez innych.


"Coming Home"

Na pokazach prasowych pośród jury najczęściej brakowało Jake'a Gyllenhaala i Charlotte Gainsbourg. Francois Ozon również bywał rzadko. Być może oglądali filmy wieczorami, kiedy przed Berlinale Palast ożywał czerwony dywan. Albo po prostu korzystali z prywatnych kopii w swoich cieplutkich, eleganckich hotelach...

Przez kolejnych osiem dni festiwalu publiczności towarzyszyło specjalne wydanie "Screen At The Berlin Film Festival". Oprócz recenzji, plotek, również polskich (bardzo dużo dziennikarzy zwróciło uwagę na nowy "dziękczynny" tatuaż Przemka Wojcieszka przedstawiający napis Berlinale), na samym końcu codziennego numeru znajdowała się tabelka wszystkich filmów konkursowych ocenianych przez siedmiu krytyków (plus ekipa Screen International).

 
"Barbara"

Screen Jury na Berlinale, w którego skład wchodzili m.in. Nick James – "Sight and Sound", Derek Malcolm – "London Evening Standard", Tim Robey – "The Daily Telegraph" czy Jan Schulz-Ojala – "Der Tagesspiegel" tak naprawdę doceniło jedynie sześć filmów. Najwyższe noty otrzymały: "Barbara" Christiana Petzolda i "Caesar Must Die" braci Tavianich. Zaraz za nimi portugalski "Tabu" Miguela Gomesa. Trzy pozostałe filmy: francuski "Coming Home", niemiecki "Home For The Weekend" i szwajcarsko-francuski "Sister" oceniono średnio.

Mimo wielu głosów wspominających o radykalnej polityczności berlińskiego festiwalu ktoś, kto przyjeżdża szukać tu (w konkursie głównym) filmowych manifestów, radykalnych wypowiedzi artystycznych, społecznych czy tożsamościowych, będzie zawiedziony. Cała ta "polityczna" otoczka polega po prostu na selekcji filmów, które albo odnoszą się do wydarzeń historycznych, albo wizualizują konflikt zbrojny czy rewolucję. Wybór tematu jest warunkiem wystarczającym, więc nie ma co oczekiwać, że temat ów zostanie w jakikolwiek sposób przepracowany. Ożywienie francuskiego dworu ze szczyptą niedopowiedzianego homoseksualizmu, eksperyment więzienny na klasycznym tekście literackim czy telewizyjna historyjka lekarska z agentem Stasi w tle pachną protestem. Tak jakby puste słowo "rewolucja" w tekście scenariusza było kodem bezpieczeństwa i warunkiem laurów.


"Captive"

W takim razie "wbrew wszystkim" na pewno warto byłoby zobaczyć kiedyś na polskich ekranach:

"Captive", reż. Brillante Mendoza (przy okazji także wcześniejsze "Kinatay")
"White Deer Plain", reż. Wang Quanan

i ewentualnie:

"Sister", reż. Ursula Meier.

Tak, podobało mi się!

Na koniec mamy dla Was recenzję najnowszego filmu z udziałem Roberta Pattinsona. Sprawdźcie, czy bożyszcze rozhisteryzowanych nastolatek podołał roli celebryty na paryskich salonach.

"Bel Ami", reż. Declan Donnellan, Nick Ormerod

Jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń końca tegorocznego berlińskiego festiwalu był przyjazd Roberta Pattinsona, który w Berlinie promuje swój najnowszy film "Bel Ami". Niemieckie gazety donosiły, że samolot Pattinsona spóźnił się aż trzy godziny. Kiedy idol wylądował na Tegel, był wycieńczony. Serie zdjęć z jego smutną miną kontra fotografie fanek czekających godzinami przed czerwonym dywanem to główny materiał prasowy większości wczorajszych plotkarskich gazet.

Pattinson w "Bel Ami" gra żołnierza francuskiej armii, który wraca z Algierii. Jest 1890 rok, Georges Duroy przyjeżdża do Paryża w poszukiwaniu pracy i jakiegokolwiek zarobku. Przez przypadek w jednym z nocnych lokali spotyka dawnego znajomego z Algierii, Forestiera, który zapewnia go, że stolica Francji to miejsce wielu możliwości i łatwych pieniędzy.

 

Duroy powolutku wślizguje się tylnymi drzwiami do świata paryskiej socjety. Bardzo szybko zostaje zatrudniony w gazecie. Ma za zadanie pisać o swoich wojennych wspomnieniach. Jednocześnie bryluje w towarzystwie, uwodzi bogate "pańcie" z dobrych domów i krok po kroku buduje swoją pozycję.

W filmie Donnellana i Ormerda (na podstawie powieści Guya de Maupassanta) najważniejszym wątkiem jest historia "biedaka", który jest tak straumatyzowany swoją sytuacją życiową, że nie ma innego wyjścia, jak tylko dojść po trupach do celu. Sceny z Pattinsonem, w których bohater filmu siedzi w ciemnicy obskurnego mieszkanka i myśli o krążących wokół karaluchach, to nocny koszmar, który ma usprawiedliwić występki byłego wojaka. Dodatkowym atutem Duroya jest jego wygląd. Kobiety lgną do niego jak muchy do lepu. Stąd praktycznie od początku filmu wiadomo, że uwiedzenie wszystkich "pań" jest jedynie kwestią czasu.

"Bel Ami" to spektakularnie nudny, kostiumowy romans z banalnym społecznie przesłaniem, w którym aktorzy wyglądają jak artyści z kiepskiego kabaretu. Christina Ricci, Uma Thurman i Kristin Scott Thomas odgrywają toporne rólki uwiedzionych kobietek, które dla młodego kochanka są w stanie zrobić wszystko. I choć gdzieś w tle pojawiają się naiwne wątki emancypacyjne (Madeleine-Thurman lubi czytać i ma wielu kochanków...), to koniec końców Duroy tryumfuje, wykrzykując "bogaczkom" w twarz, że tak naprawdę o życiu nie wiedzą nic. W końcu żadna z nich nie sypia z karaluchami.


Osobną "jakością" w "Bel Ami" jest rola Pattinsona, który dwoi się i troi, żeby na jego alabastrowej twarzyczce zagościł pełen wachlarz emocji a la: chciałbym być uczciwy, ale boję się biedy. Obłapiający wszystkie panie po kolei Robert przypomina raczej niewyrośniętego uczniaka szukającego sukienki mamusi niż elektryzującego kochanka. Wedle gustu rzecz jasna.
Udostępnij: