Artykuł

Jak nas widzą, tak nas kręcą

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Jak+nas+widz%C4%85%2C+tak+nas+kr%C4%99c%C4%85-72485
Polacy cierpią zawsze za coś, najczęściej za ideę, wierzą, że ich męka jest daniną płaconą przyszłości, w której Polska będzie już wolna, a tyran pokonany. Polscy filmowcy o tym nie zapominają. A co do powiedzenia na ten temat mają obcokrajowcy?

Dostojewski był pisarzem bezkompromisowym. Mówił na przykład, że gdyby trzeba było dla harmonii świata skrzywdzić choćby jednego człowieka, to wtedy byłaby ona nie do przyjęcia. Ten gorliwy obrońca poniżonych nie potrafił jednak ujmować się za wszystkimi. Robił wyjątek dla Polaków. W jego powieściach widać tę niechęć bardzo wyraźnie. I choć ludzie z kraju nad Wisłą nigdy nie występują u niego na pierwszym planie, zawsze ustawiani są w niekorzystnym świetle i pokazywani jako osoby niegodne, dwulicowe, małe. Skąd wzięła się ta nieżyczliwość, próbował wytłumaczyć Jerzy Stempowski w tekście "Polacy w powieściach Dostojewskiego". "Polacy – pisał Stempowski – reprezentują dla niego najbardziej niebezpieczną, bo schodzącą aż na samo dno katorgi próbę racjonalnego czy mistycznego wytłumaczenia męki potępionych, która w całej twórczości Dostojewskiego ma nosić zasadniczo charakter niczym nie wytłumaczony, apelujący do nas swym wiekuistym, niemożliwym do stłumienia protestem."  Temu autor "Zbrodni i kary" nie mógł przyklasnąć.

Na wojnie

Na szczęście Peter Weir ma inny stosunek do Polaków niż autor "Biesów". W "Niepokonanych" mamy polskich bohaterów – prawdziwych bohaterów z pierwszego planu – którzy, mimo że siedzą w łagrze, nigdy o sobie nie pozwolą powiedzieć: poniżeni. Trzymają się razem, zawsze stać ich na gest, wyciągnięcie pomocnej dłoni, dzielą się zupą. Bez problemu udaje im się nie osunąć w zezwierzęcenie. Jeśli już cierpią, to dumnie; jeśli jeden z nich się załamuje, to drugi zaraz podnosi go na duchu. Komu, jak nie im może w ogóle się udać uciec z łagru, przejść całą Syberię i dotrzeć aż do Tybetu. 

 
"Niepokonani"

Przewodnikiem uciekinierów jest młody polski oficer, Janusz, który mówi, że lepiej umrzeć wolnym podczas ucieczki, niż żyć w więzieniu. Tekst godny superbohatera, i rzeczywiście Janusz jest superbohaterem. Umie odnaleźć się w lesie, bez kompasu potrafi odszukać północ, zna się na polowaniu. Bez strachu patrzy w oczy zgrai wilków, jest niezrównanym piechurem, kochającym mężem, którego do dalszej drogi napędza myśl, że tylko on może przebaczyć swojej żonie, która zdradziła go podczas stalinowskiego przesłuchania, co więcej, musi przebaczyć jej prosto w oczy, a nie na przykład listownie. Pozostali Polacy, którzy uciekają z Januszem: Tomasz i Kazik to też morowe chłopaki. Gdy już dojdą do celu, Weir załącza szybką kronikę filmową, z której widz znowu może nauczyć się czegoś o Polsce, w kilka minut zrozumieć, jak wielką rolę w rozmontowaniu komunizmu odegrali Polacy. Naprawdę dawno kraj nad Wisłą nie miał tak ładnej promocji.

Zazwyczaj jest odwrotnie, szczególnie w filmach obozowo-wojennych. W nich Polacy raczej są źli – to drobne cwaniaczki, tchórze, które nie mają wielkiego problemu, by donosić na ukrywających się Żydów. Z drugiej strony, jeśli są jakieś kryjówki, to znaczy, że ktoś je musi udostępniać. Tym kimś są oczywiście też Polacy, tylko że ci dobrzy, uczynni. Jakoś mniej się rzucają w oczy, są jakby mniej obecni. Daleko idących wniosków nie ma co z tego wyciągać – to po prostu jest tak, że niektóre elementy dramaturgiczne są lepiej uwypuklone, a niektóre – gorzej. Tym, których szczególnie martwi niekorzystny obraz Polaka w zagranicznym kinie, trzeba przypomnieć oczywiste wyjątki: pamiętny "O jeden most za daleko", w którym sam Gene Hackman wciela się w Polaka, a ściślej w dowódcę dzielnych, polskich komandosów – majora Sosabowskiego; kultową "Ucieczkę do zwycięstwa", w której Kazimierz Deyna gra siebie i niesiebie, to znaczy wciela się w postać piłkarza, tylko że wojennego, nazywającego się jednak niepolsko, bo Paul Wolchek, występującego w meczu III Rzesza kontra Reszta Świata, reprezentującego Polskę.

   

Z najciekawszym, najbardziej wnikliwym obrazem Polaka, a właściwie Polki, mamy do czynienia w filmie Alana Pakuli "Wybór Zofii". U Pakuli polskość nie objawia się tylko poprzez połamańce językowe, nie jest ona jedynie powodem do śmiechów dla tych, którzy nie radzą sobie z naszymi niektórymi spółgłoskami. Tu polskość jest czymś dużo trudniejszym, wiąże się ona z konkretnym miejscem i z konkretnym bagażem doświadczeń. Sophie Zawistowski, którą gra Meryl Streep, z pozoru wydaje się kimś, kim moglibyśmy się chwalić na turystycznych folderach. Ładna, wyzwolona, spontaniczna, kocha literaturę, gra na fortepianie, zna języki, potrafi słuchać. Złota dziewczyna, tylko że tę złotą dziewczynę coś zjada od środka. Tym czymś jest pamięć, ropiejąca rana – symbol Polski.

Pakula z czasem odkrywa mroczne karty z biografii bohaterki – chociażby kartę ojca, uniwersyteckiego profesora, człowieka wykształconego, tyle że wściekłego antysemity, zwolennika gett ławkowych, który mimo wspólnoty ideowej, którą dzielił z hitlerowcami, i tak został przez nich zabity. Sophie wstydzi się swojego ojca, ale nie on jest powodem jej największego upokorzenia. Choć przez wojnę i obóz koncentracyjny bohaterka przeszła cało, nie można powiedzieć, że wygrała z historią i ze swoją naturą. Zachowywała się tak jak większość – chciała po prostu przeżyć, nawet kosztem swoich dzieci. Udało jej się, ale w powojenną rzeczywistość weszła z traumą, która kompletnie ją sparaliżowała, wszystko w niej zabiła. Jakże inaczej ma się sprawa z Januszem z filmu Weira. Gdy wkracza dumnie z podniesioną głową do domu z przeszłości, wie, że niczego nie może sobie zarzucić. I może właśnie to przekonanie każe wątpić w tę postać.

Na emigracji

Polakiem, z którym historia obeszła się jeszcze łagodniej niż z Januszem, jest niejaki Andrea Markowski, bohater "Lawendowego wzgórza" młodzieniec, którego w 1936 roku fala wyrzuciła na brzeg Kornwalii, prosto pod próg domu sióstr Widdington. Andrea uciekł z Polski, zanim zrobiło się naprawdę gorąco. Nie ma ze sobą nic oprócz ogromnego talentu skrzypcowego, z którym teraz chce podbić świat, a zwłaszcza Amerykę, bo to do niej właśnie zmierza. Nie on jeden – Polaków w amerykańskim kinie można spotkać całkiem sporo. Najczęściej są oni elementami amerykańskiego tła. Tu idealnym przykładem jest matka z synkiem, właściciele zaplutego mieszkanka, w którym próbuje schować się na jakiś czas bohater "Ściganego". Szybka wymiana zdań między Polakami, którzy naradzają się w ojczystym języku nad uczciwością potencjalnego najemcy, przeszła do historii.


"Gran Torino"

Inny ślad Polski to oczywiście nazwiska. Takich bohaterów, których z krajem nad Wisłą łączyło praktycznie tylko nazwisko, jest chyba najwięcej: kierowca Kowalski ze "Znikającego punktu", weteran wojenny Kowalski z "Gran Torino", lekarz John Cukrowicz z "Nagle, zeszłego lata" i kolejny Kowalski, tym razem Stanley, z "Tramwaju zwanego pożądaniem". Do tego grona można zaliczyć jeszcze Stanleya White'a z "Roku smoka" Cimino – ten uparty policjant może i nie ma swojsko brzmiącego nazwiska, ale sam otwarcie się przyznaje do polskich korzeni, więc niech mu będzie. Kończąc tę wyliczankę, trzeba jeszcze wspomnieć o granym przez Dennisa Franza w serialu "Nowojorscy gliniarze" Andym Sipowiczu – tak długo jak on (12 sezonów) żaden Polak nie gościł w Ameryce na ekranie.


"Nowojorscy gliniarze"

Filmem, w którym naprawdę zajęto się Polakami mieszkającymi w Stanach, był dopiero nakręcony w 1998 roku "Ślub po polsku" Theresy Connelly (drugie nazwisko, którym posługuje się reżyserka: Panek). Connelly opowiada w nim o pewnej polskiej rodzinie, która mieszka w Hamtramack. Pierwsze skrzypce gra w niej Jadzia (Lena Olin), matka pięciorga dzieci (czterech synów i córki), z zawodu sprzątaczka. Jej mąż, Bolek (Gabriel Byrne) jest bezkonfliktowym, uzależnionym od nikotyny piekarzem. Całość rozgrywa się wokół niechcianej ciąży jedynej córki (córka ma na imię Hala i gra ją Claire Danes), która wyraźnie męczy się w rodzinnym życiu. W internecie można znaleźć informację, że mieszkający w Stanach Polacy znaleźli w filmie prawdziwy obraz swojego życia. Cóż jest tą prawdą? Nic specjalnego: wycieńczająca praca od rana do nocy, obowiązkowa kiełbasa na śniadanie, obowiązkowe kłótnie przy stole, mocne przywiązanie do Kościoła katolickiego i nieumiejętność wyrwania się poza swoją enklawę.

Już lepiej społeczność polska prezentuje się w serialu "Prawo ulicy". Lepiej, bo wiarygodniej. W sezonie drugim akcja koncentruje się wokół działalności Franka Sobotki, związkowca z doków, który działając w szarej strefie, nierzadko poza granicami prawa, próbuje zawrócić kijem Wisłę i uchronić swoją społeczność przed nieuchronnym – masowymi zwolnieniami. Pomaga mu jego kuzyn Nick. Obydwaj kończą tragicznie – symboliczny jest obraz Nicka, który zza żelaznej siatki patrzy na to, co się dzieje w dokach, patrzy na amerykański sen, który dla niego już się skończył, a może nigdy się nie zaczął. Polacy, mimo że mówimy o ludziach, którzy przeżyli w Stanach większość swojego życia, w serialu Simona są jeszcze jedną grupą upokorzonych i podeptanych, "odtrąconych od uczty życia".

 
"Polak potrzebny od zaraz"

Inny typ emigranta (nie tylko dlatego, że wybiera Wielką Brytanię zamiast Stanów) reprezentuje już Karol z filmu Kena Loach "Polak potrzebny od zaraz", dumny i młody Polak, który mówi: "jestem człowiekiem, nie niewolnikiem". Karol zna język, nie boi się świata, praca za granicą jest dla niego tylko przystankiem; chce zarobić trochę funtów i wrócić do kraju, gdzie planuje rozkręcić własny biznes. Nie widać w nim desperacji, ale to ciągle wyjątek. U Loacha jednak większość stanowią ci Polacy, których zagranica przeraża, Polacy, dla których praca na wyspach jest rzeczywiście pod względem finansowym ciekawą alternatywą, ale pod względem życiową – pułapką. Ten rodzaj emigracyjnej pułapki dobrze pokazał Shane Meadows w "Somers Town". Mariusz, robotnik pracujący przy budowie lotniska, może i zarabia lepiej niż w kraju, ale jego życie po wyjeździe się spłaszczyło, wypełnia je tylko praca i picie po godzinach. Syn, którego ojciec zabrał do nowego kraju, wykorzeniony, pozostawiony sam sobie, błąka się bez celu. Tylko że należy on, tak jak Karol, do innego pokolenia – nie ma na przykład żadnego problemu w nawiązywaniu kontaktów z Anglikami. Można przypuszczać, że skończy inaczej niż ojciec. Czy zajdzie on jednak tak daleko, jak Jan Paweł II – najsłynniejszy, najczęstszy bohater zagranicznych filmów o Polakach?