Felieton

Ostatnia taśma

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Ostatnia+ta%C5%9Bma-85641
Żyję wystarczająco długo, by nazwać się dzieckiem ery VHS, a zarazem wystarczająco krótko, by definiować swe miejsce w pokoleniowej sztafecie właśnie poprzez odwołanie do nośnika danych audiowizualnych, jaki dominował za moich szczenięcych lat. Kilka tygodni temu własnoręcznie wyniosłem na śmietnik około pięciuset kaset wideo, które niegdyś zdobiły, a od jakiegoś czasu już tylko zagracały moje mieszkanie. Ich kolekcjonowanie trwało ponad dziesięć lat; czystka zajęła około trzech godzin upartego kursowania w tę i we w tę. Gdy rzecz się dokonała, ulga szła ręka w rękę z nieznośną pustką świeckiej żałoby za utraconym na zawsze swojskim bałaganem.


Kaseta wideo jest poręcznym symbolem technologicznych uwarunkowań mojego pokolenia: analogowa, zawieszona między nieporęcznością magnetofonów szpulowych a cyfrowym światem leciutkich iPodów, była dla nas symbolem nowoczesności, Zachodu i kiełkującego świata interaktywnego jednocześnie. Zagościła w naszych domach mniej więcej wówczas, kiedy na wolnej Polsce osiadał pył muru berlińskiego (którego upadek nam, siedmiolatkom, jawił się zresztą jako wyjątkowo długi odcinek jakiegoś politycznego serialu TV, nieznośnie opóźniający dobranockę). Kaseta jako pierwsza pozwalała wyrwać się nam spod jarzma ramówki telewizyjnej i umożliwiała planowanie ramówki własnej, której zasięg był minimalny, ale za to przyjemność stuprocentowa. Pamiętam swój pierwszy magnetowid, otrzymany na gwiazdkę ’91. W kilka miesięcy po rozpakowaniu prezentu miałem już minikolekcję samodzielnie nagranych kaset, które potrafiły zmienić dowolne popołudnie w ciągnące się godzinami posiedzenie z ulubionymi odcinkami cyklu "Walt Disney przedstawia".

    

Eksplozja wypożyczalni wideo i całego związanego z nimi rynku – tak legalnego, jak i szemranego – była pierwszą rewolucją informacyjną, jakiej doświadczyłem. Osiedlowy "Video Fan" składał się z małego pokoiku, na którego ścianach – pod kunsztownie ułożonymi listewkami koszmarnej boazerii – kusiło kilkaset okładek, wyszarpanych z oryginalnych opakowań i opatrzonych numerami porządkowymi, które należało podać przy wypożyczaniu taśm. Pomijając legendę jedynego w całym przybytku filmu porno (numer 122; tytułu nie pomnę), pomieszczenie miało charakter iście sakralny: z pstrokatymi okładkami w funkcji witraży poświęconych kolejnym świętym. Tak jak Antoni mógł być "od rzeczy znalezionych", tak film mógł być "od dnia ponurego" albo "od erotycznych snów domagających się spełnienia". Wystarczyło wymienić numerek i modlić się (a jakże), żeby tytuł był akurat dostępny i nie wymagał zapisania się na długą listę oczekujących, trzymaną przez właścicielkę w grubym, schludnym brulionie z motylkiem na butelkowozielonej okładce.

Wideokaseta jest dziś tylko i wyłącznie artefaktem dawnego czasu. Wszystkie jej parametry są przedcyfrowe i dlatego siłą rzeczy muszą się wydać anachroniczne. Wielometrowe zwoje taśmy magnetycznej, sprężynki, bolce i plastikowe szkiełka – wszystko to kusiło swym skomplikowaniem, a jednocześnie zachowywało dotykalny związek z wymiarem abstrakcyjnym, jakim jest czas. Patrząc na płytę DVD bądź na pendrive’a naładowanego filmami, nie wiemy, ile mieszczą minut nagranej rozrywki. W przypadku kaset ta kwestia była uregulowana z równą pryncypialnością, co rozmiary noszonych przez nas ubrań od S-ki do XXL-ki. Od tego, czy zakupiło się czystą 180-tkę, 195-tkę, 240-kę bądź (rzadko) 300-tkę zależało, ile filmów uda się na niej upchnąć, a im dłuższa kaseta, tym grubsze widać w niej było zwoje gładkiej magnetycznej wstążki.

 

W przeciwieństwie do anarchicznej z ducha wolności internetowej chmury danych, pozwalającej się skroplić w dowolnym momencie w kałużę pożądanej przez nas akurat treści, kaseta wideo pozostaje symbolem częściowego przynajmniej uzależnienia od programu telewizyjnego. Religijną lekturę tego ostatniego uprawiałem w każdy poniedziałkowy poranek, zakreślając interesujące mnie pozycje i przeliczając czasy emisji na liczbę potrzebnych kaset. Najgorsze były wakacyjne wyjazdy, wiążące się z utratą bezpośredniej kontroli nad nagrywaniem cennych pozycji. Do dziś pamiętam lato 1997, kiedy to moja anielsko cierpliwa przyjaciółka z sąsiedztwa dyktowała mi przez telefon tytuły nadawanych w nowym tygodniu filmów, a następnie nagrywała co trzeba na moje polecenia wydawane z doraźnej centrali, jaką stała się na jedno popołudnie budka telefoniczna w centrum Awinionu.

Kasety były zdane na łaskę i niełaskę magnetowidów, których mechanizmy przesuwu potrafiły znienacka połknąć taśmę i wygnieść ją bez litości w labiryncie szpul, głowic i kółek zębatych. Szelest "wciąganej" przez odtwarzacz taśmy wywoływał u mnie błyskawiczne ciarki i zimny pot na plecach – pobrzmiewał w nim stek cichych (niewinnych jeszcze) bluzgów, jakie za chwilę miałem wymamrotać, rozkręcając magnetowid i prostując magnetyczne sploty w nadziei, że uda się je na nowo nawinąć na szpule i jedyną szramą po małej katastrofie będzie przelotna fala elektro-zakłóceń, pojawiająca się w trakcie odtwarzania uszkodzonego fragmentu.

 

Jak na małoletniego mądralę przystało, kilka razy rozmontowałem kasetę wideo, by dotrzeć do jej części pierwszych i przekonać się, jak długa jest nawinięta na symetryczne szpule ciemnobrązowa taśma. Dwie kasety rozwaliłem młotkiem, przebijając się przez plastikowe okienka z niespodziewanym trudem, a trzecią wsadziłem w dziadkowe imadło, tak że gdy pękła, obydwa zwoje wypadły na podłogę i splątały się się w poduchy grubego spaghetti, bardzo kłopotliwego do uprzątnięcia.

Do niedawna w mojej lokalnej wypożyczalni DVD można było znaleźć niewielkie stoisko z VHS-ami wyprzedawanymi po złotówce: małe cmentarzysko wytartych okładek z rozdrapanymi naklejkami, przy którym chciało mi się odruchowo zapalić znicz. Zaczyna się czas nostalgii za nieużywanymi formatami: dopiero co oglądaliśmy "Super 8" Abramsa, a już na festiwalu Sundance odbyła się premiera wybitnego horroru found-footage pod tytułem… "V/H/S" właśnie. Na tym samym festiwalu obejrzałem fascynujący "Pokój 237" Rodneya Aschera – rozpisaną na dwie godziny obsesyjną analizę "Lśnienia" Kubricka, której fotosem promocyjnym jest obraz kasety wideo wślizgującej się do kieszeni magnetowidu. Ascher oddał hołd domorosłym egzegetom adaptacji Kinga, którzy spędzili długie godziny na cofaniu, przyspieszaniu i zatrzymywaniu taśmy, tak że w końcu stała się ona dla nich źródłem pojętego całkiem serio objawienia. Jest dla mnie faktem jednocześnie krzepiącym i niepokojącym, że potrafię się z każdym z tych dziwaków zidentyfikować bez reszty.