Relacja

T-MOBILE NOWE HORYZONTY 2014: Trudne wybory

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/T-MOBILE+NOWE+HORYZONTY+2014%3A+Trudne+wybory-106413
To już nowohoryzontowa tradycja, że na otwarcie festiwalu Romana Gutka możemy obejrzeć jeszcze świeże filmy z canneńskiego konkursu. Tym razem przed widzami stanęło nie lada wyzwanie: którą z trzech pokazywanych pierwszego dnia produkcji wybrać? Nagrodzony Złotą Palmą ponadtrzygodzinny "Zimowy sen" Turka Nuriegi Bilge Ceylana, "Sils Maria" Oliviera Assayasa z Juliette Binoche i Kristen Stewart w obsadzie czy argentyńskie "Dzikie historie"?

Trudne wybory to kolejny standard, do jakiego zdołali już nas przyzwyczaić organizatorzy tej imprezy. Nawet jeśli we czwartek pogoda we Wrocławiu nie dopisała, to kino było na najwyższym poziomie.


A to tylko początek zaplanowanej przez Romana Gutka dziesięciodniowej deprywacji sensorycznej. Uczestnicy imprezy przez niemal dwa tygodnie będą snuć się korytarzami Kina Nowe Horyzonty pozbawieni snu, pożywienia i światła dziennego. Ale przynajmniej naoglądają się za wszystkie czasy. Między ryzykownym dreszczykiem Konkursu Głównego (nigdy nie wiadomo, co się trafi!), bogatą w ważne nazwiska i głośne tytuły Panoramą, nieoczywistymi cyklami tematycznymi (Nowe Kino Grecji, Druga Nowa Fala), retrospektywami (m.in. Ken Russell) a wieńczącym każdy dzień seansem Nocnego Szaleństwa (tegoroczny temat:VHS) każdy rasowy kinoman znajdzie coś dla siebie.

Przeczytajcie nasze recenzje trzech filmów otwarcia.

Samotność w Anatolii

Bohaterowie Nuriego Bilgego Ceylana przemówili. Wcześniej nie było to regułą – kierował nimi raczej imperatyw działania, a Turek podglądał – w "Uzaku", "Klimatach" czy "Pewnego razu w Anatolii" – ich nieme zmagania z samotnością (często zresztą z samotnością we dwoje). W "The Winter Sleep" tymczasem słowa płyną jak z przyciśniętego palcami szlaucha. To nie tylko obietnica, że wbrew tytułowi, nie zapadniemy w trakcie seansu w sen zimowy (film trwa trzy godziny i szesnaście minut). To również zapowiedź zmiany konwencji: nowemu filmowi Ceylana niż do poematu bliżej do rozpisanego na akty oraz interludia dramatu. W zagranicznej prasie najczęściej powraca nazwisko Czechowa – przewodzi on jednak korowodowi innych wybitnych dramatopisarzy. 


Bohaterów jest kilkoro. Wszyscy mieszkają w hotelu i jego okolicach, w górzystych pasmach Kapadocji, na terenach znanej nam z poprzednich filmów Anatolii. Słońcem tego świata jest Adyin (Haluk Bilginer) – zarządca i zarazem lokator hotelu, były aktor i początkujący felietonista, cynik i megaloman. To wokół niego krążą inne planety: więdnąca, prowadząca działalność dobroczynną żona Nihal, zgorzkniała siostra Necla, para turystów zatrzymujących się w przybytku i biedni najemcy, konflikt, z którymi puszcza fabularną machinę w ruch. "Jesteś prawdziwie nieznośnym człowiekiem. Samolubnym, pysznym, cynicznym. Mówisz o cnotach, o moralności, o zasadach. Używasz jednak tych słów, aby krzywdzić ludzi" – powie Adyinowi jego żona. I właśnie na tym pytaniu – o rozdźwięk między zaklinającym rzeczywistość językiem bohatera a odsłaniającymi jego prawdziwe barwy czynami – buduje swój film Ceylan.  


Coraz gęstsze monologi wyciągają z mroków przeszłości rozdrapane rany, zadawnione spory, niezałatwione interesy. Ceylan doprowadza owe słowne pojedynki do mistrzostwa językowej stylizacji i tempa, ale momentami przesadza: za czechowowską strzelbę robią tutaj teorie z pogranicza etyki i filozofii, które najpierw są nam wykładane przez bohaterów, a później wiszą nad nimi jak czarne chmury, i oczywiście kwestią czasu jest, aż zobaczymy ich realizację w praktyce. Monstrualny metraż też wydaje się niepotrzebny – Ceylan lubi się powtarzać, przeciągać dysputy nie tylko do granic naszej wytrzymałości, ale i prawdopodobieństwa. Jego kino wciąż oddycha zamaszystymi panoramami, wciąż jest w nim przestrzeń i oddech, niekiedy jednak sprawia wrażenie, jakby mogło w ogóle funkcjonować bez obrazu. 

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ.

Chmury nad gwiazdami

Dramat w trzech aktach. Akt pierwszy: rozchwytywana po obydwu stronach wielkiej wody aktorka (w tej roli Juliette Binoche, nazwana dla niepoznaki Marią Enders) jedzie do tytułowej wioski w Alpach, by wziąć udział w ceremonii wręczenia honorowej nagrody legendarnemu reżyserowi, Wilhelmowi Melchiorowi (będącemu tu niewyraźnym cieniem Reinera Wernera Fassbindera). Melchior nakręcił film "Majola Snake", który dwadzieścia lat wcześniej umieścił Marię w aktorskim gwiazdozbiorze. Pech chce, że tuż przed imprezą artysta wyprawia się na tamten świat. Kurtyna.



Akt drugi. Bohaterka ma niewiele czasu na żałobę. Zanim zdąży się porządnie wypłakać, młody niemiecki reżyser składa jej propozycję występu w sequelu "Majola Snake". Rzeczony film opowiadał historię nastoletniej dziewczyny, uwodzącej swoją pracodawczynię, wziętą bizneswoman i w konsekwencji doprowadza ją na skraj depresji. Maria, niegdyś wcielająca się w rolę młódki, w kontynuacji ma zagrać rolę jej "ofiary". Kobieta przez chwilę się waha, ale w końcu próżność i sentyment robią swoje. Kurtyna.



Akt trzeci: swoje kwestie bohaterka ćwiczy wraz z asystentką, Valentine (Kristen Stewart), zaś ich kwitnąca na łąkach i w hotelach pokojowych relacja szybko przenika się z filmową prozą. Emanująca dziewczęcym erotyzmem Val zaczyna fascynować Marię, życie zamienia się w kino, a między pasmami górskimi majestatycznie przepływa mgła. Czujecie ten zapach? To nie alpejskie powietrze. To naftalina.

Całą recenzję Michała Walkiewicza przeczytacie TUTAJ.


Co nas drażni, co nas frustruje

Sześć oddzielnych historii. Każda z tragicznym, nierzadko krwawym finałem. Atrakcji nie brakuje: podtruwanie, podduszanie, wysadzanie w powietrze, dźganie nożem, "zabawy" z potłuczonym szkłem, i tak dalej, w ten deseń. Podobno zemsta jest słodka. Czy aby na pewno?

Wnętrze samolotu. Dwoje pasażerów, modelka i krytyk muzyczny, wdaje się w pozornie niezobowiązującą konwersację. W pewnym momencie pada pytanie o gusta muzyczne. Modelka wymienia nazwisko: Gabriel Pasternak. Okazuje się, że krytyk nie ma najlepszego zdania o twórczości rzeczonego artysty, czego dał wyraz w niepochlebnej recenzji kilka lat wcześniej. "Czasem trzeba kogoś zniszczyć, by chronić uszy całej populacji" – przekonuje dziewczynę. Pogawędka prowadzi do zaskakującej puenty. Okazuje się bowiem, że nikt nie znalazł się na pokładzie samolotu przypadkowo. Pilot też nie wziął się znikąd – to Gabriel Pasternak we własnej osobie! Jego zemsta za krzywdy z przeszłości ma się właśnie dokonać, a to dopiero uwertura do kolejnych, coraz drastyczniejszych aktów przemocy.


Wraz z upływem akcji zanurzamy się coraz głębiej w oceanie ludzkich namiętności i słabości. Odwiedzamy posępny bar, jesteśmy świadkami zażartej walki między dwoma kierowcami, towarzyszymy bohaterowi w jego zmaganiach ze służbami drogowymi, w końcu – wielki finał – zostajemy zaproszeni na groteskowe wesele. Nowożeńcy, zamiast z pompą celebrować swój wielki dzień, zaczynają wypominać sobie dawne przewinienia. A że obydwoje mają niepokorny charakter i żywiołowe temperamenty, przyjęcie przeradza się szybko w pole bitwy, na którym amunicją są wyzwiska, zaś artylerią – kawałki tortu weselnego.

Całą recenzję Moniki Martyniuk przeczytacie TUTAJ.