Relacja

WENECJA 2011: "Szpieg", czyli dwugodzinny orgazm

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2011%3A+%22Szpieg%22%2C+czyli+dwugodzinny+orgazm-77467
Na Lido pokazano wczoraj wybitnego "Szpiega" w reżyserii Tomasa Alfredsona. Znany z horroru "Pozwól mi wejść" szwedzki reżyser przeniósł na ekran powieść klasyka gatunku, Johna le Carré.

W szarym prochowcu i wielgachnych okularach George Smiley przypomina  raczej pracownika urzędu skarbowego niż agenta Jej Królewskiej Mości.  Pozory jednak mylą - choć Smiley więcej czasu spędza za biurkiem niż w  terenie, jest pierwszorzędnym wywiadowcą. Metodycznie tropi wszelkie  spiski i sprzeniewierza względem interesu narodowego. Tym razem będzie  musiał ustalić, kto jest pracującym dla Moskwy kretem w strukturach MI6  (nazywanym w filmie Cyrkiem). Podejrzani są czterej szpiedzy o ksywach:  Druciarz, Krawiec, Żołnierz i Szpieg.
 
W interpretacji Gary'ego Oldmana Smiley to postać z deka tragiczna.  Najlepsze lata życia oddał pracy w służbach specjalnych, za co nawet nie  doczekał się awansu proporcjonalnego do wieku i dorobku zawodowego.  Opuszczony przez żonę bohater wraca z biura do mieszkania, gdzie czekają  na niego tylko kanapa, telewizor i paczka papierosów. W dodatku Smiley  zaczyna powoli odczuwać efekty starzenia się. Wydaje się, że w jego  życiu jest już za późno na zmiany. Pozostało mu tropienie - "węchu" i  zmysłu łowcy jeszcze nie stracił.
 
Do takich produkcji, jak "Szpieg" dobrze pasuje przymiotnik "analogowy".  To kino sensacyjne wyjęte jakby z innej epoki: nieśpieszne, pozbawione  fajerwerków, z powolnie budowanym napięciem. Erupcje przemocy są tu  rzadkie i krótkotrwałe, ale jednocześnie niezwykle intensywne. Z kolei  zaczerpnięta z powieści klasyka gatunku, Johna le Carré, fabuła  dostarcza nam szczegółów szpiegowskiej profesji, jakich nie znajdziemy w  filmach o Jamesie Bondzie czy Jasonie Bournie. Zamiast strzelać z  pistoletu i rozbijać się Astonem Martinem, Smiley przesłuchuje po milion  razy nagrania z podsłuchów, ślęczy całymi godzinami nad aktami sprawy i  na ich podstawie wyciąga wnioski (zazwyczaj słuszne). Akcja, która w  innych filmach jest sednem, tutaj stanowi tylko dodatek.
 
Gdyby filmy mogły pachnieć, anglojęzyczny debiut Tomasa Alfredsona  ("Pozwól mi wejść") zalatywałby pewnie niedogaszonymi petami i źle  dobraną wodą kolońską. "Szpieg" to opowieść o mężczyznach, którzy rządzą  światem albo próbują go ratować. Kobieta może być tutaj wyłącznie  ofiarą samczych machinacji, obiektem seksualnym lub (w najlepszym  wypadku) obiektem uczuć. Z filmu Alfredsona jasno wynika jednak, że  prawdziwy szpieg musi być samotnikiem, gdyż obciążony bagażem  niepotrzebnych emocji staje się słaby. Gdzieś z boku reżyser zadaje  pytania o moralne koszty, jakie ponoszą bohaterowie w walce o ściśle  tajne informacje. W jednej ze scen czarny charakter powiada: Przejście  na stronę Rosjan było wyborem nie tylko etycznym, ale i estetycznym.  Zachód zrobił się brzydki.
 
Jeśli lubicie kino dobrze zrobione, to "Szpieg" będzie dla Was  dwugodzinnym orgazmem. Z eleganckich, "wychłodzonych" kadrów bije  przywiązanie do detalu i rozmiłowanie w stylu lat 70., kiedy to rozgrywa  się akcja filmu. Dodajcie do tego obsadę złożoną z czołówki brytyjskich  aktorów (Oldman ma duże szanse na nominację od Oscara), a otrzymacie  jeden z najlepszych filmów tego roku.

"Szpieg" to mój prywatny faworyt w wyścigu o Złotego Lwa.
Udostępnij: