Relacja

WENECJA 2011: Teksańscy zabójcy na Lido

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2011%3A+Teksa%C5%84scy+zab%C3%B3jcy+na+Lido-77668
Jak pokazuje przykład "Texas Killing Fields", talentu do kręcenia dramatów sensacyjnych nie dostaje się wraz z genami. Ami Canaan Mann nie jest z pewnością Michaelem Mannem w spódnicy.

Scenariusz drugiego filmu córki autora "Gorączki" zainspirowały prawdziwe wydarzenia. Tytułowe pola śmierci to znajdujące się w stanie Teksas bezludzie, które przez ostatnie czterdzieści lat służyło jako przechowalnia zwłok dla seryjnych morderców. Śledztwo w sprawie najnowszej "lokatorki" pól – młodej prostytutki – prowadzą dwaj detektywi. Zgodnie z prawidłami gatunku, panowie różnią się od siebie pod prawie każdym względem. Brian (Jeffrey Dean Morgan) jest przykładnym mężem ojcem, który dostał przeniesienie z nowojorskiej policji po tym, jak jedno z jego dochodzeń zakończyło się fiaskiem. Jake (znany z "Avatara" Sam Worthington) to miejscowy zabijaka, świeżo rozwiedziony z koleżanką po fachu (Jessica Chastain). W trakcie przesłuchań wypatruje tylko okazji, by pokazać podejrzanym, kto ma władzę.

Choć "Texas Killing Fields" wyprodukował Mann Senior, w filmie nie czuć "zmęczonego", podszytego melancholią klimatu, jaki znamy chociażby z "Łowcy" czy "Miami Vice". Z kolei psychologiczne portrety bohaterów są niemal zupełnie bezmięsne. Ani Brian, ani Jake nie zadadzą sobie pytania o to, jak daleko mogliby się posunąć,a by dopaść zabójcę. Moralne dylematy i zawodowe obsesje, które byłyby w stanie wznieść kryminał ponad przeciętność, zostały przycięte do poziomu  serialu kryminalnego w stylu "CSI". W filmie nie brakuje za to lania po pyskach i wulgarnych odzywek. Bartosz Żurawiecki pisał kiedyś przy okazji "Hurt Locker", że jego autorka, Kathryn Bigelow, zapuszczając się brutalny świat brzydszej płci, próbuje być bardziej męska od mężczyzn. Coś podobnego widzę u Mannówny. Stężenie testosteronu musi utrzymać się na wysokim poziomie, aby tylko nikt nie pomyślał, że kobieta nie nadaje się do kręcenia thrillerów policyjnych.

"Texas Killing Fields" ogląda się mimo wszystko bezboleśnie, jeżeli tylko zapomnimy o prestiżowej nominacji do Złotego Lwa (gdzie Rzym, gdzie Krym?) oraz rodzinnych koligacjach reżyserki. Strzelaniny zostały nakręcone z biglem, zaś aktorzy dobrze czują się w powierzonych rolach. Jak zwykle z przyjemnością patrzyłem na Chloe Moretz oraz Stephena Grahama, który tutaj wygląda jak brat-bliźniak pewnego znanego polskiego dziennikarza kulturalnego. Szkoda, że tak rzadko pojawia się na ekranie. 




***

Film  Ami Canaan Mann był ostatnim pokazanym tytułem z konkursu głównego w Wenecji. Jak każe obyczaj, czas na podsumowanie imprezy.  Trzy filmy, której najbardziej podobały mi się w tym roku to:

1. "Szpieg" -  kino sensacyjne wyjęte jakby z innej epoki: nieśpieszne, pozbawione fajerwerków, z powolnie budowanym napięciem. Erupcje przemocy są tu rzadkie i krótkotrwałe, ale jednocześnie niezwykle intensywne. Z kolei zaczerpnięta z powieści klasyka gatunku, Johna le Carré, fabuła dostarcza nam szczegółów szpiegowskiej profesji, jakich nie znajdziemy w filmach o Jamesie Bondzie czy Jasonie Bournie. Zamiast strzelać z pistoletu i rozbijać się Astonem Martinem, bohater przesłuchuje po milion razy nagrania z podsłuchów, ślęczy całymi godzinami nad aktami sprawy i na ich podstawie wyciąga wnioski (zazwyczaj słuszne).  Akcja, która w innych filmach jest sednem, tutaj stanowi tylko dodatek.



2. "Rzeź" - najzabawniejszy film w karierze Romana Polańskiego. Akcja obrazu rozgrywa się w czasie rzeczywistym w czterech ścianach mieszkania jednej z par.  Poszczególne sceny trwają nawet po kilkanaście minut, a wypełnia je  wyłącznie dialog. Polański nie nakręcił jednak teatru telewizji – prowadzona przez Pawła Edelmana kamera nie lubi pozostawać w bezruchu, zaś kolejne rekwizyty (m.in. bukiet pięknych żółtych tulipanów i telefon) zostają bezbłędnie wykorzystane w budowaniu napięcia. Zobaczcie tylko, jak dzwonek należącej do jednego z bohaterów komórki potrafi na moment zawiesić akcję albo sprowokować gwałtowne zachowania wśród pozostałych interlokutorów. Złoty Lew należy się reżyserowi choćby za to, jak odczarował ekranowe wizerunki swoich gwiazd: Jodie Foster, Christopha Waltza, Kate Winslet i Johna C. Reilly'ego.



3. "Killer Joe" - Pierwsze, co przychodzi na myśl po seansie filmu, to "Śmiertelnie proste" braci Coen. I tu, i tu mamy prowincjuszy, którzy wpadają pomysł zbrodni doskonałej. I tu, tu sprawy zaczynają się komplikować, co kończy się krwawą rozróbą. Wreszcie w obu filmach silnie zaakcentowany jest absurd intrygi. Do tego pokręconego, pozbawionego moralności świata, gdzie jedynymi rozrywkami są ostry seks i ogłupiające programy telewizyjne, jak ulał pasuje (o dziwo!) Matthew McConaughey.   Aktor, który karierę zrobił głównie dzięki komediom romantycznym niewysokich lotów, u Friedkina zagrał życiową rolę.


Pozwolę sobie nie pisać o filmach, które w mojej opinii zawiodły. Po pierwsze, niegrzecznie jest nazywać czyjeś dzieło najgorszym lub najsłabszym. Po drugie, zakładam, że po ponownym seansie w Polsce mogę zmienić zdanie na temat tego czy innego tytułu i potem będę się musiał wstydzić za swoje niesprawiedliwe krytykanctwo.

Wszystkim, którzy regularnie śledzili moje relacje, gratuluję wytrwałości. Do zobaczenia (bądź przeczytania) w poniedziałek w Warszawie. Grazie, arrivederci. 
Udostępnij: