Bartosz Czartoryski

Rozmawiamy z M. Nightem Shyamalanem

Wywiad
/fwm/article/Rozmawiamy+z+M.+Nightem+Shyamalanem-131493
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Baba+Jaga+ery+metoo-131188

Baba Jaga ery #metoo

HOTSPOTPodziel się

Joanna Najbor pisze dla nas o feministycznym potencjale kobiet o magicznych zdolnościach.

W XXI wieku na prowadzenie wysunęły się wampiry i potwory zombie, detronizując wiedźmę do roli postaci epizodycznej. Z drugiej strony, to właśnie archetyp kobiety o magicznych zdolnościach ma ponadprzeciętny potencjał feministyczny, który w erze #metoo nie może pozostać nieodnotowany.

***

"Mefistolesie, uchroń nas od melodramatyzmu nastoletnich czarownic" mówi ciotka Zelda w jednym z odcinków "The Chilling Adventures of Sabrina". I cóż, w najnowszych historiach o wiedźmach melodramatyzmu jest faktycznie jakby mniej – zostaje wyparty przez okultyzm i budzącą się w bohaterkach chęć emancypacji. 

Chociaż w produkcjach, o których będę tu pisać, prym wiodą raczej diabły, zacznijmy po bożemu – akcentem historycznym. 

Zapewne większość z Was przypomina sobie scenę wieszania wiedźmy w "Montym Pythonie i Świętym Graalu" (a jeśli nie, to radzę odświeżyć – każdy pretekst jest dobry, by wrócić do filmów tej kultowej serii). Tłum wieśniaków o wątpliwej kindersztubie domaga się spalenia na stosie niepozornej blondynki ze sztucznym nosem w kształcie wyrośniętej pietruszki. Dziewczyna i tak okazuje się nie mieć szczęścia: wzbudzający wątpliwości test na czarnoksięstwo wykazał, że waży więcej niż kaczka, co w świecie Pythonów jest nieomylnym sygnałem, że kobieta zhańbiła się czarną magią.

Choć scena zostaje automatycznie wpisana w absurd świata przedstawionego brytyjskich komików, to Gilliamowi i spółce udało się w niej zawrzeć jedną podstawową prawdę: latami (ba, wiekami) nie trzeba się było specjalnie starać, aby zostać skazanym za flirt z czarną magią. Topos wysyłanej na potępienie wiedźmy jest zresztą wciąż bardzo popularny i chętnie przez kino wykorzystywany – bo, zastanówmy się szczerze, polowanie na czarownice w zasadzie nigdy do końca nie ustało, wygodnie zadomowiając się także w języku (patrz – Donald Trump). Kultura domagała się kobiecej postaci, na którą można zrzucić winę za choroby i/lub trudne do ujarzmienia popędy; odebranie płci "słabszej" podmiotowości, którego najdobitniejszym świadectwem były choćby procesy w Salem, świadczyło o wewnętrznej zgniliźnie społeczeństwa patriarchalnego. W XXI wieku czarownica w końcu uzyskała prawo głosu i stopniowo zaczęła się za to wieloletnie wykluczenie mścić. 

Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że klasyczne wyobrażenie wiedźmy już się na swój sposób wysłużyło
Joanna Najbor
Jednocześnie nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że klasyczne wyobrażenie wiedźmy już się na swój sposób wysłużyło. Haczykowate nosy, ropiejące brodawki; różdżki i pełne bulgoczących wywarów kotły, składające się na klasyczne, czarodziejskie repozytorium, są na swój przewrotny sposób obrzydliwie plastyczne, ale zarezerwowane przede wszystkim dla konwencji typowo baśniowych, i to tych niespecjalnie oryginalnych (ciekawostka, będąca jednocześnie dygresją: czy wiedzieliście, że w średniowieczu latanie na miotle oznaczało po prostu bycie na haju? Odlatując, czarownice tak naprawdę tripowały po zażyciu odpowiednich substancji halucynogennych, których – jako zielarki – miały przecież pod dostatkiem). 

Przesyt motywem odnotowało kino: w XXI wieku na prowadzenie wysunęły się wampiry i potwory zombie, detronizując wiedźmę do roli postaci epizodycznej. Z drugiej strony, to właśnie archetyp kobiety o magicznych zdolnościach ma ponadprzeciętny potencjał feministyczny, który w erze #metoo nie może pozostać nieodnotowany. Typowe cechy przypisywane czarownicom, czyli m.in. niezależność, siła i świadoma seksualność, zdają się teraz pożądane społecznie może równie mocno co 20 lat temu. I nie bez powodu przywołuję tu właśnie lata 90., które dla czarownic były szczególnie łaskawe. "Czarodziejki", "Sabrina – nastoletnia czarownica", "Szkoła czarownic""Totalna Magia" to tylko kilka produkcji, pokazujących przyjaźniejsze oblicze młodocianych amatorek czarnoksięstwa. Obok klasycznej teen dramy, okraszonej solidną dawką humoru i miłosnych zaklęć, w filmach tych zwraca na siebie uwagę kobieca solidarność, mająca zbawienny wpływ na rozwój czarodziejskich mocy.

Podczas gdy rzeczywistość za oknem stawiała pojęcia "kobieta" i "potęga" bardzo daleko od siebie, telewizja proponowała alternatywną wersję świata, w którym normalne dziewczyny (!) o normalnych problemach (!) mogły decydować nie tylko o swoim losie, ale też z sukcesem wpływać na rzeczywistość. Podobne zwroty ku magii są zawsze wynikiem czegoś;  często to społeczny niepokój, wywoływany niepewną sytuacją geopolityczną świata, w którym dotychczas niepodważalne wartości (teraz to chociażby demokracja) zaczynają rozczarowywać; jakiś czas temu pisał o tym The Guardian. Paradoksalnie, ta eskapistyczna immersja w paranormalnej rzeczywistości daje poczucie bezpieczeństwa, a złudne, jak wiemy, jest lepsze niż żadne. Motyw wiedźmy okazuje się zatem atrakcyjny podwójnie i nie dziw, że stopniowo znów wraca do łask twórców. No bo spójrzmy: prawie w tym samym czasie Guadagnino wskrzesił wiedźmy "Suspirii", Netflix wypuścił "Chilling adventures of Sabrina", a HBO – "Księgę czarownic". Internet obiegł news, że Robert Zemeckis pracuje nad remakiem kultowych "Wiedźm" (1990); z kolei w przyszłym roku ekrany ma zawojować nowa wersja "Buffy, postrachu wampirów". To będzie tłoczny sabat. 

"Księga czarownic"
Obejrzałam powyższe tytuły z dużą nadzieją. Nie ukrywam, że skrycie liczyłam na to, że kobieco-czarnoksięskie uniwersum objawi mi się jako przestrzeń upadku stereotypów, w którym spotykają się reprezentowane hasztagiem #metoo manifesty; miałam nadzieję, że każdy wybrany przeze mnie przykład przysłuży się tezie, iż nowe produkcje co prawda nieraz wymachują oldschoolową różdżką, ale mimo wszystko idą z duchem czasu. Tak to zresztą wygląda na pierwszy rzut oka. Jednak im głębiej o tym myślę, tym bardziej przemiany te wydają mi się pozorne, a potencjał obdarzonych ponadnaturalnymi mocami kobiet wykorzystany bardzo asekuracyjnie, w zgodzie z ogólnoświatowymi trendami, które po prostu domagają się silnych kobiecych charakterów. 

Guadagnino w "Suspirii" niby opowiada się po stronie swoich bohaterek, lecz za dużo w tym fascynującej, na swój sposób zwodniczej fetyszyzacji.
Joanna Najbor
Guadagnino w "Suspirii" niby opowiada się po stronie swoich bohaterek, lecz za dużo w tym fascynującej, na swój sposób zwodniczej fetyszyzacji, która budzi wątpliwość względem uczciwości jego zamiarów; Sabrina jest wygadaną i ponadprzeciętnie aktywną, ale wciąż tylko marionetką w rękach wychowawczyni i ciotek, które znowu są marionetkami w rękach Szatana przez bardzo duże "S"; natomiast z Diane, protagonistki "Księgi czarownic", czarodziejską iskrę potrafi wykrzesać dopiero wampir, dla którego dziewczyna traci głowę. Choć cały pierwszy plan każdej z tych produkcji imponuje awanturniczym charakterem, a scenarzyści chcą przydać bohaterkom jak najwięcej przymiotów rozmaitego rodzaju, by jak najgodniej reprezentowały #siłękobiety (twórcom magia rymuje się z intelektem, talentami: Diane jest profesorką w Oxfordzie, Sabrina zwiewa z czarnego chrztu, bo woli zakładać feministyczną organizację, a Suzie z "Suspirii" to przecież najzdolniejsza z tancerek), to ich działania mają ograniczony wpływ na rzeczywistość. Jest z nimi trochę jak z Hermioną Granger, wokół której w ostatnich miesiącach wybuchła żarliwa dyskusja, jako postaci na swój sposób niedocenionej przez Rowling, postaci pozostającej w cieniu tytułowego bohatera (a przecież wszyscy wiemy, że bez niej Harry i Ron zginęliby już w walce o kamień filozoficzny). Teoretycznie podobną strategię fabularną można by zwalić, jak sądzę, na brak doświadczenia bohaterek – w końcu każda z adeptek dopiero zaczyna swoją przygodę z czarną magią i stoi w przededniu odkrycia niezwykłych zdolności, a na rewolucję być może jeszcze przyjdzie czas. Kamera z uwagą rejestruje ich przemianę, coming of (mortal) age i stopniowe oswajanie z mocą, która przecież kryła się w nich zawsze. Aż się prosi, by skwitować to komentarzem Elaine z "Czarownicy miłości": "Ludzie pytają mnie, dlaczego jestem wiedźmą. Odpowiadam im, że dla magicznych mocy, ale to nie do końca prawda. Wszystko sprowadza się do wykorzystania woli, by osiągnąć cel". A zatem żadna magia – ot, stare dobre "chcieć to móc".

Spójrzmy z bliska na Sabrinę z "Chilling Adventures" (w tej roli Kiernan Shipka). Prócz czarnego kota Salema odziedzicza po komiksowym pierwowzorze blond włosy, spryt i bezczelność (jest też, diabłem a prawdą, dużo bardziej irytująca). Sporo w niej Hermiony – wierna swoim zasadom i przyjaciołom z uporem nie godzi się na skostniałe, patriarchalne hierarchie, które obowiązują a to w liceum, a to w kościele szatana. Jako aktywistka z powołania zakłada klub o znamiennej nazwie "Kobiety chroniące kobiety", w którym skrzywdzone fizycznie nastolatki mają znaleźć pocieszenie i wyegzekwować rekompensatę krzywd. Działalność grupy wykracza poza walkę o równouprawnienie: z nastoletnią naiwnością dziewczyny chcą zwalczać wszystkie nieprawości, np. zakaz czytania "nieodpowiednich książek", co jest już strzelaniem do bramki z zupełnie innego wymiaru. A gdy Sabrina stwierdza: "im więcej dziewczyn dołączy do grupy, tym trudniej będzie nas uciszyć", jej słowa brzmią nie tyle jak zaklęcie, co raczej przepowiednia, lub nawet diagnoza. 

Nie wiedząc jeszcze – choć zakładam naiwnie, że o tę wiedzę powinni być bogaci scenarzyści – iż taka forma promocji feminizmu jest szkodliwa, a tworzenie enklaw i podsycanie różnic jest drogą donikąd, o co apelowała już dawno temu m.in. Judith Butler albo bel hooks, "The chilling adventures" Roberto Aguirre-Sacasy, będąc z wierzchu stylowym serialem dla starszej młodzieży z bezpieczną dawką mroku, próbuje przemycić tego typu ładnie sformułowane sentencje i stworzyć młodą bohaterkę na miarę ery #metoo, z którą nastolatki mogłyby zbijać piątkę, jednocześnie podziwiając jej niecodzienne przygody. Ale niestety, po każdej z tych agitacyjnych maksym wyskakuje znak STOP, bowiem serial się na nich zatrzymuje. Bojownicze frazesy ("dlaczego szatan ma zakazywać, co kobiety robią lub nie robią ze swoim ciałem?" itp.) nie mają większego wpływu na kreację świata przedstawionego: dobro tutaj po prostu na dłuższą metę nie działa, o czym dotkliwie przekonuje się z końcem sezonu sama Sabrina. Jej kręgosłup moralny zostanie złamany, co jest dość gorzkim morałem; w mikrokosmosie Greendale czarownica nie może być jednocześnie i dobra, i wpływowa. Podkreśla to tylko fakt, że ostentacyjna niezależność bohaterki jest tu wyłącznie pozorna, podczas gdy dno królestwa urządzone jest wg archaicznych hierarchii – i temu układowi nie sprzeciwi się nikt, nawet najperfidniejsza diablica Lilith, której największym marzeniem jest przecież zostanie żoną (sic!). Na przykładzie Sabriny wyraźnie widać, jak głębokie pęknięcie istnieje między kobiecą siłą, wiernością sobie i wyzwoleniem, nawet w świecie magii.

"Suspiria"
Trochę inaczej ma się sprawa u Guadagnino, o którego "Suspirii" chciałabym choćby zdawkowo wspomnieć; a właściwie wspomnieć o Helenie Markos (Tildzie Swinton!), czyli najbardziej stylowej diablicy od czasów Anjeliki Huston"Wiedźmach", a przy tym dyrektorce ekskluzywnej szkoły tańca, która tak naprawdę okazuje się siedliskiem czarownic. W oryginale z 1977 roku wiedźmy oficjalnie znajdywały się pod śmiertelnym ostrzałem męskiego spojrzenia; w 2018 teoretycznie jest lepiej, jednak w przestronnych wnętrzach wciąż przecież rozlega się trzask łamanych w ekstatycznym tańcu kości kobiecych, co może faktycznie jest hołdem dla giallo, ale hołdem balansującym na cienkiej granicy. Baśń i (body) horror idą tu w podskokach za rączkę; choć "w podskokach" to mało, bo tu raczej o spazm i konwulsje chodzi, i o dzikie wicie się w niemalże orgastycznym uniesieniu. Ale jednego reżyserowi nie udało się skontrolować: sądzę, że właśnie ten nieujarzmiony ruch jest symbolem swoistej siły i to nie tyle czarodziejskiej, co kobiecej ogółem. Freudowska pasywność zostaje nagle przez wiedźmy cudownie zaktywizowana i dosłownie paraliżująca nieprzygotowane na wyzwolenie uczennice. Bycie wiedźmą jest tu bardzo przewrotnym błogosławieństwem; Matka Westchnień w pierwowzorze Thomasa De Quincey'ego to przecież nikt inny jak personifikacja bólu. Nie mogę jednak wyjść ze stanu poznawczego dyskomfortu i przestać wyobrażać sobie sytuacji odwrotnej –  "Suspirii" wyreżyserowanej przez kobietę (wzorem Sofii Coppoli odświeżającej "Na pokuszenie" z 1997); wydaje mi się, że obeszłoby się wtedy bez owego perwersyjnego, uwierającego voyeuryzmu. Kobiece westchnienia w "Suspirii" przestają być tu westchnieniami ulgi; brzmią raczej jak kolejny, perfidnie przyćmiony zwodniczym arthousem spór o dominację. Cóż, czarownicom wciąż pozostaje kilka stereotypów do odczarowania.
31