Piotr Czerkawski

Cuda

Perły lamusa
/fwm/article/Cuda-135994
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Emerytura-135772

Emerytura

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Jakub Socha przygląda się filmowi "Solid Gold" Jacka Bromskiego i tłumaczy, o co tyle hałasu.

Jakub Socha przygląda się filmowi "Solid Gold" Jacka Bromskiego i tłumaczy, o co tyle hałasu. 

***


Kino Vegi przypomina pakera, który przedawkował sterydy. To Bromskiego – pana z brzuszkiem, który snobuje się na znawcę wina, ale lubi także whisky z colą. (...) W każdym razie, to nie Bromski jest dzisiaj królem box office'u, choć równocześnie dla niektórych ciągle jest, ze względu na pełnione przez siebie funkcje i wpływy, "królem polskiego kina". (...) Wchodzące właśnie do kin "Solid Gold" pokazuje, że umowa między Bromskim a jego publicznością się skomplikowała.

Sekwencja zdarzeń przypominała tę z politycznego thrillera. Gdzieś w okolicach wakacji pojawiła się informacja, że Jacek Kurski, prezes TVP i jeden z producentów "Solid GoldJacka Bromskiego, chce wprowadzić film do kin tuż przed wyborami, co miało jakoby skłonić wyborców do głosowania na partię rządzącą. Chwilę później odezwał się inny producent, informując, że nie na to się umawiał. W ślad za nim poszli aktorzy, którzy zaapelowali o zmianę decyzji i protestowali przed instrumentalnym traktowaniem ich pracy. Kurski odpuścił, z planu zrezygnowano, sytuacja się uspokoiła. Ale tylko na chwilę.

W trakcie festiwalu filmowego w Gdyni rozpoczął się drugi akt – niespodziewanie prezes postanowił wycofać "Solid Gold" z Konkursu Głównego. Środowisko się oburzyło, w środowisku zawrzało. Śledzący spraw dziennikarze zaczęli pisać na fb, że oto mamy pierwszego "półkownika III RP – dzieło poddane cenzurze, zamknięte na klucz przed widzami. Jednak w momencie, gdy na serio zaczęto przymierzać Jacka Bromskiego, szefa Stowarzyszenia Filmowców Polskich, jedną z najbardziej wpływowych postaci polskiego kina, do roli męczennika, decyzję cofnięto. Film wrócił do Konkursu, dyrekcja festiwalu przezornie zorganizowała dodatkowe pokazy, słusznie diagnozując, że teraz to wszyscy będą chcieli film zobaczyć. Film pokazano, recenzje były średnie, "Solid Gold" wyjechał z Gdyni bez żadnych znaczących nagród. I teraz trzeci akt, kulminacja: na poniedziałkowym pokazie filmu w warszawskiej Kinotece oprócz mnie siedziało na sali tak na oko osiem osób, przy czym sześć w wieku emerytalnym. 

Jest coś w tej frekwencji symptomatycznego. I symbolicznego – puste kino, jako dopełnienie scenariusza politycznego thrillera. Intrygująca narracja, ale chyba nie zawsze prawdziwa. Wystarczy podstawić "Politykę" na miejsce "Solid Gold", Patryka Vegę zamiast Jacka Bromskiego, żeby zobaczyć, że może być inaczej. Vega sam się mianował na męczennika; jeszcze zanim władza chciała coś zrobić z jego filmem, ogłosił w mediach, że chcą coś z nim zrobić. Do Gdyni nie pojechał, kopie filmowe ukrył w Azji, zawsze był dwa kroki przed wszystkimi. Gdy film wszedł do dystrybucji, kina pękały w szwach. Oczywiście, chodziło też o sam film. Vega jest reżyserem dużo bardziej intensywnym od Bromskiego: głośniejszym i wulgarniejszym. I jakkolwiek by to brzmiało – młodszym duchem.

Bromski robi kino populistyczne, które sporo mówi o Polsce. Może nie jest to kino najlepsze, ale z pewnością takie, z którego da się wyczytać pewne nastroje, wyobrażenia, zapotrzebowania.
Jakub Socha
Kino Vegi przypomina pakera, który przedawkował sterydy. To Bromskiego – pana z brzuszkiem, który snobuje się na znawcę wina, ale lubi także whisky z colą. Nie zapędzajmy się jednak w ten ciąg odniesień. W każdym razie, to nie Bromski jest dzisiaj królem box office'u, choć równocześnie dla niektórych ciągle jest, ze względu na pełnione przez siebie funkcje i wpływy, "królem polskiego kina". W związku z tym raczej nie jest lubiany. Kiedy dobrych kilka lat temu napisałem do "Kina dłuższy artykuł o jego kinie, ludzie z troską pytali, czy nie jest mi wstyd. A ja tylko napisałem, że Bromski robi kino populistyczne, które sporo mówi o Polsce. Może nie jest to kino najlepsze, ale z pewnością takie, z którego da się wyczytać pewne nastroje, wyobrażenia, zapotrzebowania. Bromski w przeszłości umiał im sprostać. Wchodzące właśnie do kin "Solid Gold" pokazuje, że umowa między Bromskim a jego publicznością się skomplikowała.

W jego poprzednim filmie główny bohater, grany przez Krzysztofa Stroińskiego warszawski zabójca z zasadami, z uwielbieniem oddawał się jeremiadom nad zdziczeniem świata i upadkiem obyczajów. Adresował je zawsze do swojego młodego współpracownika. W "Solid Gold" na dzisiejszą rzeczywistość nadaje Krystyna (Danuta Stenka) – żona Nowickiego (Janusz Gajos), głównego bohatera filmu, wysoko postawionego oficera Centralnego Biura Śledczego. Jej narzekaniom, którym przysłuchuje się mąż, smaczku dodaje to, że ona sama jest gwiazdą polskiego show-biznesu, pojawia się nawet w kronice towarzyskiej publikowanej w "Twoim Stylu". Krystyna ma pomysł, by uciec od wszystkiego – od smogu, od pędu, od ludzi – na wieś. Analogicznie, Tamara Kawecka (Olena Leonenko), żona Tadeusza Kaweckiego (Andrzej Seweryn), głównego przeciwnika Nowickiego, namawia męża, żeby zostawił swój bandycki biznes, przeszedł na emeryturę i zabrał ją gdzieś daleko, choćby na Riwierę Francuską. Panowie nie mówią "nie", są już zmęczeni. Jeden nagle zaczyna rozmyślać nad potomstwem, którego nigdy nie miał, drugi desperacko próbuje dorobić się wnuka.

Tęsknotę za krajem innym niż Polska, marzenie o ucieczce od całego tego syfu chyba najlepiej uosabia w "Solid Gold" niejaki Konarski (Maciej Maleńczuk), współwłaściciel pomorskiej knajpy o z deczka pretensjonalnej nazwie "Sommelier" i winnicy, po której błąka się mały chłopiec, zawsze gotowy, żeby przynieść do stołu kilka kiści dorodnych winogron. Konarski mówi o sobie, że kocha południowe słońce, młode kobiety i życie, ale wieczory spędza w samotności w ciemnej salce nad butelką whisky. Umiera nie w Toskanii, nie z przyczyn naturalnych; zostaje zabity na Pomorzu. Oto kolejny symbol albo metafora. Bohaterowie są zmęczeni, nawet ten, który wydaje się pociągać za wszystkie sznurki, generał od tajniaków o nazwisku Wilkosz (Olgierd Łukaszewicz), ledwo powłóczy nogami i domaga się nieustającej opieki. Jego osobisty ochroniarz posługuje się – jak stwierdza jeden z młodych policjantów – anachronicznym modelem browninga. W konfrontacji z pistoletami maszynowymi, z których korzystają młodzi, jest bez szans. 

"Solid Gold" jest filmem wysilonym, pozbawionym jakiejkolwiek energii, stawki.
Jakub Socha
Co najważniejsze, sam Bromski wydaje się zmęczony. "Solid Gold" jest filmem wysilonym, pozbawionym jakiejkolwiek energii, stawki. Świat, w którym rozgrywa się akcja, to stara śpiewka. PRL-owska nomenklatura, która uwiła sobie wygodne gniazdko zaraz po 89 roku. Ludzie z przeszłością w służbach, którzy otworzyli świetnie prosperujące biznesy. Korupcja na szczytach władzy, sprzedajni policjanci, bojący się o swoje stołki politycy. Bossi w ciemnych limuzynach. Mniejsi gangsterzy rzucani na pożarcie. Wrogie siły, które nadciągają zza wschodniej granicy. Uczciwi ludzie, którzy niewiele mogą. Ten układ Bromski odtwarza w najnowszym filmie jakby na siłę. Nawet afera wokół Amber Gold, do której przecież bezpośrednio odwołuje się film, wydaje się sztucznie doczepiona. 

Zapomnijcie o jakimkolwiek napięciu – "Solid Gold" to film, w którym bohaterowie rozmawiają ze sobą, najczęściej siedząc lub stojąc; przy stole jadalnym albo na ławce w parku. Ciekawe, że głównym motorem działania bohatera granego przez Gajosa, który lubi widzieć w sobie ostatniego sprawiedliwego, jest jego urażona męska duma. Uraził ją gangster, który zbałamucił mu swego czasu żonę. Ich konfrontacja, stylizowana na tę z "Gorączki" Michaela Manna, podczas której panowie otwarcie mówią o swoich społecznych rolach, jest tak naprawdę konfrontacją rogacza i uwodziciela. W tle jest jeszcze gwałt na przybranej córce Nowickiego, którego sprawcą jest syn Kaweckiego. Nowicki próbuje przez pokrzywdzoną dobrać się do starego Kaweckiego, taki z niego ojciec.  

Solarz (Mateusz Kościukiewicz), młody współpracownik Nowickiego, mówi mu mniej więcej tak: "Ok, boomerc", gdy ten tłumaczy podwładnemu, na czym świat stoi i ruga go za używanie przekleństw. Z ironicznym uśmiechem odpyskowuje szefowi, że ten toczy wczorajsze spory, że ciągle pomstuje na stan wojenny, który akurat jemu się podobał z prostego powodu – właśnie wtedy się urodził. Symetrysta? Być może. Widzimy, jak przewraca oczami, gdy jego szef krzyczy, że tylko "w państwie prawa przestrzega się prawa" i majaczy coś o złym zarządzaniu stadniną koni, co oczywiście ma być aluzją do tego, co się dzieje w Stadninie Koni Janów Podlaski – jednego z symboli dzisiejszej władzy. Solorz nie chce brać udziału w jego wojenkach, w jednej z ostatnich scen zawiadamia szefa, że złożył podanie o przeniesienie.

Młodzi napierają, chcą iść do przodu, wyszarpać swoje. Starzy, którzy wybudowali już swoje wille, nie chcą ze zdobyczy zrezygnować, trzymają się mocno. Może i poszliby na emeryturę, ale za bardzo się uwikłali w rzeczywistość, żeby się z niej tak łatwo wypisać. Symptomatyczna jest tu scena, gdy dwójka młodych przyskrzynia starego komendanta za prowadzenie się pod rękę z gangsterami. Facet daje się złapać jak dziecko. Ale i tak zostaje puszczony wolno, bo ma tam gdzieś swoich kolegów. Starzy są może i zmęczeni dzisiejszą rzeczywistością, ale to oni ją ulepili i ciągle lepią. Patrzymy na to wszystko z perspektywy Kai Miller (Marta Nieradkiewicz), młodej policjantki, która nie może wyzwolić się spod panowania starszych panów. To oni, niezależnie po której strony barykady stoją, decydują o jej karierze, ciele, przyszłości. "Solid Gold" przez ponad dwie godziny próbuje przekonać nas, że nie ma rady – takie jest życie. Nie dziwię się tym, którzy nie chcą już tego typu gadek słuchać.  
4