Michał Oleszczyk

Mów mi Rockefeller

Reaction Shot
/fwm/article/M%C3%B3w+mi+Rockefeller-135495
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Marveloza-113001

Marveloza

BEZ KOMENTARZAPodziel się

Geekowska nisza stała się sercem mainstreamu.

Darek Arest przenosi się w czasie. "Efekty specjalne" lat minionych zostają daleko w tyle, a w nowym cyklu felietonów sprawdzi, czym dziś oddychają kino, komiksy, gry i reszta rodziny. 

***

Największą supermocą bohaterów filmowego Marvela jest zręczne unikanie obciachu i podgrzewanie koniunktury na kolejne, cięte z metra, widowiska.

Typ spotyka typa w parku i zaczynają rozmawiać. Stary, to ma być początek filmu o superbohaterach? Czy oni widzieli "Blade'a"? – zapytuje mnie nie bez racji kolega Walkiewicz. To już odległe czasy, więc przypomnijmy, że "Blade" zaczyna się sceną porodu kobiety pokąsanej przez wampira, by przejść płynnie do rozwałki w nocnym klubie, w którym na tańczące i spółkujące towarzystwo z podwieszonych pod sufitem pryszniców tryska krew. Przypomnijmy też, dlaczego początek filmu jest ważny: ustala tonacje, wprowadza bohatera, zarysowuje świat. To hak, który ma widza wciągnąć w wir zdarzeń. 

Wysoka jakość współczesnych widowisk marvelowskich oznacza za każdym razem dokładnie to samo.
Darek Arest
Tyle w roku 1998. W 2014 komiksowa superprodukcja może zacząć się od pogawędki w parku i streszczenia poprzednich odcinków. Hak niepotrzebny, gdy w użyciu jest długa na trzydzieści widowisk włócznia. "Blade" – pierwszy kasowy sukces filmowego Marvela – zapoczątkował prawdziwą powódź; rok w rok dostajemy kilka wysokobudżetowych filmów opartych na licencjach komiksowego wydawnictwa; na 2016 zapowiedziano ich pięć. Zdaje się, że rozplanowano wszystko już na 50 lat do przodu, a sterowana odgórnie lawina informacyjna stara się nas przekonać, że w Ameryce w zasadzie nie kręci się już niczego innego. Serwisy newsowe karmią nas strategicznymi informacjami: jakie majtki będzie nosił bohater filmu, który jeszcze nie ma scenariusza; jaka postać nie wystąpi w filmie, który być może nie powstanie i kto prawdopodobnie zagra u boku kogoś, kto raczej zagra w czymś innym?

Jeśli wierzyć Seanowi Howe, całe dziesięciolecia tworzenia kolorowych komiksów z herosami służyły tylko temu, by doprowadzić do czasów, w których właśnie sobie beztrosko żyjemy.  Spisana przez niego "Niezwykła historia Marvel Comics" przedstawia losy wydawnictwa jako nieustającą szarpaninę artystów o kasę (prawa do postaci!) i niekończące się zabiegi zarządzającego tym cyrkiem Stana Lee, by zaszczepić herosów Hollywood. Po latach porażek przyszedł sukces ponad miarę. Trwa nieustająca produkcja wysokobudżetowych adaptacji na wysokim poziomie warsztatowym i artystycznym, robionych przez ludzi, którzy rozumieją i kochają komiksy. A wszystko dzieje się na tej samej planecie, na której jeszcze niedawno wydawnictwo pikowało ku przepaści, a Hollywood częstowało nas raz na jakiś czas perłą w rodzaju "Batmana i Robina". Geekowska nisza stała się sercem mainstreamu. Nawet w swoim oryginalnym medium i nawet w Polsce – dostępna w kioskach Wielka Kolekcja Komiksów Marvela sprzedaje się na tyle dobrze, że niedawno przedłużono jej planowany żywot, a Egmont – lokalny gigant naszego komiksowego ryneczku – po latach wraca do wydawania nowych tytułów z X-men i Avengers. Patrzę na ten dobrobyt nie tyle z satysfakcją, co z kretyńską, zazdrosną złośliwością. Hej wy – myślę sobie, patrząc na tłumy, które do kin i księgarń idą jak po swoje – gdzieście byli, gdy upadał TM-Semic, a Roger Corman realizował adaptację "Fantastic Four" tak czerstwą, że montażyści musieli pracować z zamkniętymi oczyma, by nie pomrzeć ze wstydu?

Jest ilość, jest jakość, a człowiek i tak znajdzie sobie powód do narzekań. Filmem, w którym typ spotyka typa jest "Zimowy żołnierz" – rzecz dobra, nawet wybitna, jeśli uwzględnić ograniczenia konwencji i grubo ciosanego bohatera. To film pod wieloma względami lepszy od "Blade'a" i godny podziwu, ale nie potrafię przestać patrzeć na niego jak na wykonywaną po raz pięćdziesiąty sztuczkę cyrkowego akrobaty. Wysoka jakość współczesnych widowisk marvelowskich oznacza bowiem za każdym razem dokładnie to samo: taką zabawę komiksowymi wątkami, by film dało się traktować jako opowieść o "Ważnych Sprawach", ale też za wszelką cenę uniknąć ryzyka obciachu. Metafora globalnej polityki i bajeczka o zbójcach. Patos i ironia. Nowoczesna forma i duch oryginału. Coś dla oddanych fanów i coś dla "człowieka z ulicy". Brzmi dobrze; już samo pogodzenie tych wytycznych jest samo w sobie wielką sztuką, zgodną z duchem komiksu. Tak jak zgodna z nim jest koncepcja "uniwersum" – spójnego świata, w którym współistnieją bohaterowie poszczególnych opowieści, spotykający się na użytek bombastycznych crossoverów. Poza oczywistymi walorami handlowymi ma to jeszcze jedną zaletę – nawet najsłabsza opowieść wybiega w ten sposób poza wąskie ramki kadru, budując wrażenie, że przez małe okienko spoglądamy na fragment większego świata, w którym w razie potrzeby możemy się bezpiecznie schronić. Co rusz spotykamy starych znajomych, w pół słówka łapiemy dowcipy. Oraz witamy się z serialem, a żegnamy z kinem. Sama opowieść przestaje być ważna – ma jedynie zabawić nas w oczekiwaniu na kolejny odcinek.

"Blade" to pod wieloma względami film słabszy od "Żołnierza..." i innych świeżych adaptacji, ale z dzisiejszej perspektywy szacunek budzi właśnie jego "kinowość" – ostateczność przygody, samodzielność, brak odwołań do świata pozafilmowego, oryginalność gatunkowa (to horror – czemu Marvel nie robi horrorów?). A także zdecydowany początek i koniec filmu (z odbywającą się między tymi punktami przemianą bohatera). Jakkolwiek fatalne było dawniej kino superbohaterskie, zawsze miało nastrój wydarzenia, oczekiwania na niespodziankę, i tak – zawsze  początek był bardziej imponujący niż pogawędka w parku. Wybaczcie nielotną frazę, ale kino jest podróżą, a jego żywiołem jest zmiana. Marvelowskie komiksy (które kocham miłością fatalną) najczęściej są bliższe duchowo wenezuelskiej telenoweli. W nich wszyscy mogą być szczęśliwi, ale nie w tym samym czasie; stać się może tylko to, co da się odkręcić; zmarli regularnie zmartwychwstają, a każdy początek to tylko ciąg dalszy. Najpotężniejszą mocą, jaką może posiadać bohater Marvela, jest przechodzenie suchą stopą przez bagniste scenariusze, utrzymywanie status quo i zręczne unikanie obciachu. Taki jest bohater naszych czasów. Z niecierpliwością i bez strachu czekamy na kolejnych. Z wielką mocą przychodzi niewielka odpowiedzialność.  
99