Ósma klasa
Kneecap. Hip-hopowa rewolucja
Witaj w domku dla lalek
Najlepsze filmy obejrzane w 2026 roku
Lista klasyczna 58 tytułów
Najlepsze filmy obejrzane w tym roku ocenione powyżej 8/10. Pierwszy film z listy to ostatnio obejrzany.
Momentami mega awkward film, ale nie w ten wykrzywiający sposób tylko w taki bardziej uroczy, szczególnie jeśli chodzi o próby wychodzenia poza swój comfort zone. Bo Burnham bardzo dobrze czuje ten nastoletni vibe wchodzenia w okres dojrzewania, przedstawiając bohaterkę, która ma problemy w nawiązywaniu relacji i niską samoocenę, przez co nie może się odnaleźć wśród rówieśników ani pokazać prawdziwej siebie. Z resztą doskonale jest przedstawione to jak nastolatkowie różnią się na tym etapie pod względem dojrzałości emocjonalnej - dosłownie jest to piekło młodych introwertyków. Tak samo komunikacja na linii córka-ojciec jest komunikacyjnie poplątana, ale piękna. Wreszcie ktoś pokazuje też jak ważną rolę pełnią social media w życiu nastolatków, w końcu nie ograniczając tego do jakiejś szybkiej, zmontowanej sklejki czy przedramatyzowanej katastrofy, ale do zwyczajnego elementu naszej rzeczywistości - miejsca szukania rozwiązań własnych problemów, konsumowania treści i wyrażania siebie.

Music, Fashion, Film

Muszę sobie przesłuchać jeszcze ten album, bo to właściwie był pierwszy raz, gdy słyszę go w całości poza kilkoma bangerami promującymi płytę, które słyszałem wcześniej. Inne perspektywy albumowych teledysków i myśli przewodnie towarzyszące poszczególnym trackom to świetne uzupełnienie listening experience. Wizualnie widziałem tu mnóstwo świetnie wykonanej roboty, zresztą same teledyski, w oderwaniu od tego dokumentu są zachwycające. Zamknięcie piosenką "No One Lasts Forever" z udziałem Cronenberga to wisienka na torcie.
"We have bigger issues to tackle in our society than fawning over a language spoken by less people in Northern Ireland than Polish." Jedna, wielka rebelia toczona za pomocą muzyki o zachowanie swojego języka i tożsamości narodowej. Sex, drugs & jebanie brytoli, a także mocno bujająca muzyka to główne siły napędzające ten pokręcony, dynamiczny biopic. Historia tworzenia się grupy hip-hopowych rebeliantów jest realizowana jak najbardziej udanie, dzięki barwnym bohaterom, specyficznemu humorowi oraz kilku nieźle zrealizowanym pokręconym, narkotycznym jazdom. Największą wartością tego jest jednak element ukierunkowania buntu, walka o swój ojczysty język irlandzki, żeby pozostawał ciągle żywy oraz odciskał swoje piętno w codziennym życiu i kulturze.
Perypetie funkcjonowania outsiderki w junior high, opowiadające o odrzuceniu, shamingu i braku zrozumienia problemów nastolatki, które nawarstwiają się, krążąc w błędnym kole dom-szkoła. Solondz bardzo umiejętnie podchodzi do przedstawienia perspektywy 11-latki, która zawsze spychana jest na bok, często będąc traktowaną niesprawiedliwie, co przyczynia się do przejawów buntu, będącego bezsilnym krzykiem o uwagę oraz odrobinę miłości i docenienia. Zdecydowanie jest to kino o gorzkim posmaku, co prawda z elementami komediowymi, ale zdecydowanie nie oszczędzające młodocianej bohaterki, którą doskonale gra Heather Matarazzo.
Wewnętrzny monolog glównej bohaterki pełen rozterek, poczucia winy i żarzącego się uczucia, które wymyka się zdrowemu rozsądkowi, rosnąc nieprzewidywalnie, pomiędzy kolejnymi odjazdami pociągów. Oczekiwanie na następne spotkanie, jednocześnie wyciskając maksimum z każdego z nich, co jednocześnie pogłębia moralne dylematy Laury względem uczciwości małżeńskiej, ale również rosnącego, czystego uczucia, unikającego publicznej ekspozycji, które nie może mieć szczęśliwego zakończenia. Trudny i wypełniony emocjami melodramat ze wspaniałą Celią Johnson i Trevorem Howardem.
Chaplin doskonale ogrywa prostą historię o poczciwym, samotnym poszukiwaczu, genialnie korzystając z komediowych momentów, ale również z odpowiednim wyczuciem buduje głębię swojej postaci ukazując wiele trudnych doświadczeń życiowych przez które przechodzi, co sprawia, że jest to kino potrafiące tak dobrze bawić jak i poruszać. Odgrywanie gagów jest tutaj topowe, szczególnie te w duecie z Mackiem Swainem - balansowanie w chacie nad krawędzią, pogoń na kurczakiem w głodowej halucynacji czy kultowe danie z gotowanego buta.
Pomijając aspekt historyczny to naprawdę udany film o próbie udowodnienia innym swojej wartości, walcząc o wyższy status społeczny i miłość ukochanej. Jest to prosta, ale dobrze opowiedziana historia. Za to w warstwie realizacyjnej tej film jest świetny, przede wszystkim dzięki wykorzystaniu physical comedy, zapewniającej brawurowe momenty, w których Keaton odnajduje się świetnie. Ponadto wszelkie sceny z pościgiem lokomotyw są wykonane na wysokim poziomie, że można wyciągać stąd inspiracje na cały wiek do przodu.
Kolejny Barker wkracza do kina grozy i to w jakim stylu. Jestem ostrożny z dawaniem najwyższych ocen, ale tu po prostu wszystko działa, począwszy od wytworzonego klimatu, muzyki, montażu, po atmosferę, nieprzewidywalność i główne role. Podoba mi się kreowany obraz głównego bohatera - nieśmiałego, tchórzliwego chłopaka, który prędzej ucieknie się do jakiegoś voodoo shitu niż wyzna uczucie swojej crush - to jest bardzo interesująca rola, gdzieś pomiędzy strachem przed odrzuceniem a egoistycznym wykorzystaniem drugiej osoby. Jedno nieostrożne życzenie zamienia się z wymarzonego scenariusza w krwawą obsesję, rujnując wszystko wokół. Wybitnie prowadzi a jest ta historia, która potrafi wywołać tak wiele skrajnych emocji, niejednokrotnie zaskakując oraz doskonale łącząc elementy czarnej komedii i gore. Inde Navarrette jest absolutnie cudowna - budzi grozę i niepokój przez swoje creepy zachowania i mimikę twarzy. Jest to przełomowa rola, na którą czeka się całą karierę.
Trochę jakbym oglądał połączenie "Knives Out" z "Shaun the Sheep". Film o owczych detektywach to coś, co potrzebowałem obejrzeć w niedzielne popołudnie. Świetnie połączona jest tutaj komedia z tajemniczą śmiercią właściciela i całą detektywistyczną robotą. Forma jest dosyć lekka, ale nawet ten mocno familijny, clumsy klimat jest bardzo fajnie zrealizowany. Bazowanie na uniwersalnych motywach tj. strata, wykluczenie z grupy, przełamywanie własnych ograniczeń odpowiednio wzbudza emocje, a dobrze zbalansowany humor trafi do różnych grup wiekowych. Aktorsko i głosowo również jest świetnie.
Chyba niewielu filmom tak dobrze wychodzi wywołanie współczucia i obrzydzenia w stosunku do drugiego człowieka jak "Happiness" Todda Solondza. Jednocześnie strasznie rozbraja i zadziwia mnie szczerość z jaką są tu przedstawiane głęboko skrywane sekrety i rządze oraz do jakiego stopnia może zostać posunięte (no pun intended) poszukiwanie szczęścia. Dodatkowo nie wiem czy kiedykolwiek śmiałem się w tylu momentach, które były absolutnie niestworzone do tego żeby się śmiać. Świetnie wykreowane postacie - w topie zdecydowanie Philip Seymour Hoffman, Dylan Baker i Camryn Manheim, ale doceniam też Jane Adams i Larę Flynn Boyle.
Dzisiaj słońce niemiłosierne praży, rekordy temperatur w naszym kraju, więc już od pierwszych minut mogę się utożsamić się z głównym bohaterem. No ale zjawia się Ben Kingsley z robotą nie do odrzucenia i kończy się chillerka w hiszpańskiej hacjendzie. Atmosfera robi się nerwowa, łysol wydaje się być głuchy na wszelkie próby odmowy, wprowadzając mniej lub bardziej subtelne formy terroru, przytłaczając Gala i jego otoczenie. Poza tym kurwesko dobrze wychodzi mu tworzenie wiązanek z wyzwiskami. Glazerowi wybitnie kreuje intimidating postaci w ramach kryminalnego światka, i kiedy kreacja Kingsleya wydaje się nieprzewidywalna i przytłaczająca pojawia się Ian McShane, którego spokój i wyrachowanie są jeszcze bardziej niewygodne do wytrzymania - druga połowa filmu trzyma się dobrze głównie dzięki niemu. Świetne postacie, dobre dialogi i udane zdjęcia.
Jestem fanem oryginalnej serii Kane'a, tworzonej na kanale Kane Pixels, więc po pierwszych informacjach o pełnym metrażu we współpracy z A24 dosyć mocno budowałem sobie hype na tą produkcję. Ciekawiło mnie jak to będzie funkcjonować z pełnoprawnym scenariuszem, bo seria nie miała spójnej, rozbudowanej historii, a głównie opierała się na eksploracji tajemniczego kompleksu oraz budowaniu lore świata. W każdym razie jestem zadowolony z kierunku, w jaki poszedł Kane i scenarzysta Will Soodik, łącząc eerie feeling będący nieodłączną częścią wielu analogowych horrorów z coraz głębszą eksploracją osobistych traum i zupełnie odmiennymi sposobami radzenia sobie z nimi. Renate i Chiwetel wypadli tu genialnie, ale w ogóle mnie to nie dziwi. Koncepcja backroomsów i surrealistyczne scenografie dobrze znane z serii są tutaj wyniesione chyba na jeszcze wyższy poziom, tak kręcenie z ręki i specyficzna, found footage'owa stylistyka tworzą prawdziwie nieprzewidywalną i klaustrofobiczą atmosferę.
Cała otoczka kinofilska jest strasznie relatable - początki fascynacji kinem, życie nim w pełni i potrzeba tworzenia. Z drugiej strony świetnie budowana jest postać młodego, narcystycznego kinomana, zawsze przedkładającego swoje racje i problemy ponad innych, chociaż część z tych ambitnych planów i frustracja z niemożności ich realizacji wydaje się zrozumiała, ale obwinianie o to wszystkich dookoła już nie. Tutaj zderza się ta nieświadoma, nastoletnia bańka oraz ta bańka dorosłości, życiowo doświadczona i znająca trudne realia. Dobrze, że ta roszczeniowość, wynikająca po części że skrywanych problemów, ale również braku refleksji nad sobą jest z czasem coraz bardziej konfrontowana, dając sygnał, że to może być droga do pełnego ostracyzmu. Zaskakująco dobrze zrealizowane i nakręcone kino coming of age.
Peckinpah serwuje bardzo dobre kino sensacyjne, z teoretycznie prostego napadu na bank państwa McCoy z ekipą, tworzące skrupulatnie realizowaną ucieczkę od zleceniodawców i organów ścigania. Przede wszystkim najważniejsze wydarzenia wydają się nadchodzić w swoim czasie, temperatura pościgu jest stopniowo podnoszona, a realizacja scen akcji, łącznie z ostateczną rozgrywką jest wszystkim tym, czego oczekiwałbym po tym gatunku. Przez cały film umiejętnie budowana jest niełatwa relacja Doca i Carol, tworzących skomplikowany, ale wierny sobie duet partnerów w życiu i zbrodni. Świetnym role Steve'a McQueena i Ali MacGraw zdecydowanie podnoszą ocenę filmu.
Obejrzany przed kolejnym rozdziałem "Spekulacji o kinie". Od początku umiejętnie dawkowane jest napięcie, czy to jeśli chodzi o przedstawianie dynamiki czwórki mieszczuchów na męskiej przygodzie czy w interakcjach z miejscowymi, niezbyt przyjaznymi redneckami, świetnie rozładowane duetem gitarowo-bandjowym Drew z nieco opóźnionym dzieciakiem. Od razu też widać kto jest liderem grupy, a kto będzie robił za popychadło, choć nie są to jednowymiarowe postacie, co wychodzi, gdy wydarzenia zaczynają się komplikować. Drugi akt jest zdecydowanie najmocniejszy, brutalnie przerywając męska sielankę spięciem z dwójką prymitywnych rednecków i upokorzeniem, które nadaje kompletnie inny ton całemu filmowi, zapoczątkowując walkę o przetrwanie z drugim człowiekiem i naturą. Dobór aktorów jest tutaj świetny - Burt Reynolds, Ned Beatty, John Voight czy totalnie skurwiały Bill McKinney. Trzeci akt może nieco za bardzo studzi emocje, ale wciąż potrafi utrzymać tą niepewność co do losów bohaterów.
Mroczna, ponura historia ucieczki dwóch psów z laboratorium, w którym dokonuje się eksperymentów na zwierzętach, wyrwania się z rąk demonicznych "białych fartuchów" i szukanie lepszego życia na wolności. Życie poza laboratoryjną klatką okazuje się jednak ciężkie bez znajomości świata zewnętrznego sprawiając, że Snitter i Rowf muszą radzić sobie żyjąc na dziko, w czym pomaga im napotkany lis. Ciągła ucieczka, kilka nieprzemyślanych decyzji i nieprzyjemnych interakcji z ludźmi sprawia, że coraz więcej osób zostaje zaangażowanych w ich ściganie. Świetnie ograne są relacje między dwójką psów, odmienność charakterów i naznaczenie traumami po naukowych eksperymentach, ale również zdolność do poświęceń i niedopuszczania nawet jeśli jeden z nich wydaje się być na skraju. Postać lisa również utożsamia te wartości łącząc je z typowymi, lisimi cechami. Interesująco budowana jest tu perspektywa zwierzęca i ludzka, która przedstawiana jest głównie w formie dialogów towarzyszącym ucieczce trójki.
Widowiskowe sci-fi, któremu potrzeba troszkę czasu do napędzenia całej historii, ale jak już udaje mu się osiągnąć ten punkt to jest to naprawdę poruszające, zabawne i zjawiskowe kino. Dwie osamotnione istoty na misji ocalenia swoich cywilizacji od zbliżającej się zagłady, którzy pomimo różnic i początkowych problemów komunikacyjnych zaczyna łączyć nie tylko poczucie wspólnego celu, ale również szczera przyjaźń zdolna do poświęceń. Cały rollercoaster emocji, fajne dialogi, udanie nakreślona, naukowa podbudowa tematu oraz kreatywnie skonstruowane kadry i użyte efekty specjalne tworzą naprawdę udane doświadczenie filmowe. Na wyróżnienie zasługuje również Sandra Hüller, która ostatnio stała się jedną z moich ulubionych aktorek. Uwielbiam to przełamanie jej poważnej postaci wykonaniem karaoke "Sign of the Times" - zauważam tu mocną inspiracje podobną scena z jej udziałem w filmie "Toni Erdmann".
Drama
2026
Podejście z czystą głową to tego filmu to zdecydowanie najlepsza możliwa rzecz. Początek jest nieco niezręczny, ale to często przewijające się przez całość metrażu odczucie i postać Charliego grana przez Pattinsona niezwykle udanie potrafi wprowadzać uczucie dyskomfortu w niektórych momentach (przemowa na weselu top). Od szczęśliwie zakochanej pary w wirze przygotowań do ślubu ten jeden moment szczerości Emmy wprowadza spore zamieszanie, utratę zaufania bliskiej przyjaciółki oraz coraz więcej kłębiących się wątpliwości w głowie przyszłego męża. Świetna jest ta zmiana dynamiki, odkrywanie niepokojącego momentu z młodości Emmy oraz brnięcie w mroczniejsze, paranoiczne i destrukcyjne momenty, gdzie Charlie zaczyna się gubić i zadawać rany. Świetna tragikomedia ze świetnym scenariuszem, genialnym duetem Zendaya/Pattinson, muzyką, zdjęciami i udanym zakończeniem. Ten kilkusekundowy urywek z siedząca na łóżku Zendayą, trzymającą karabin jest kurwesko hot.
Szalenie doceniam "Grand Theft Hamlet" za kreatywność i wykorzystanie środowiska GTA Online do realizacji sztuki Szekspira. Na pewno nie jest to najłatwiejsze miejsce do odtworzenia złożonych dzieł, w szczególności gdy w każdej chwili jakiś kidos z trzezczącym mikro może w każdej chwili podejść i jebnąć co z bazooki. Najbardziej doceniam chyba poświęcenie projektowi dwójki twórców, pomysłowość i ogarnianie reszty ekipy, co jest chyba jedną z najcięższych rzeczy w takich projektach, bo wiadomo, że każdy ma swoje zycie, ale z drugiej strony wspaniałe są te interakcje in-game i poznawanie nowych osób. Zmieszanie klasycznej rozwałki z egzystencjalnymi rozkminami, postpandemicznej ucieczkowy w świat wirtualny i stworzenie czegoś oryginalnego, dającego na koniec masę funu i spełnienia jest po prostu super uczuciem. [MUBI]
Kolejny film po "Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata", w którym klimat Bukaresztu niesamowicie dobrze się sprawdza. "Toni Erdmann" to doskonale przedstawiony obraz relacji ojca z córką, w którym pogoń za karierą i korporacyjna machina zabierają cząstkę człowieczeństwa. Drobne momenty, interakcje i odklejone pomysły Toniego Erdmanna pokazują, jak ważne jest zachowanie rozsądnego balansu między pracą a życiem poza nią, nie zatracanenia resztek siebie i doceniania bliskich i spędzonych z nimi chwil. Peter Simonischek wprowadza pozytywny chaos, w duecie z Sandrą Hüller stworzyli coś wyjątkowego - niech najlepszym dowodem na to będzie ich wykonanie "Greatest Love of All". Ważne też, że przez te 2h40min prawie nie było momentów, gdzie ten film się dłużył. [MUBI]
Do musicali już dawno się przekonałem, ale nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałem śpiewany w całości. Kompletnie nie mam zarzutów do tej formy opowiadania historii, bo w pozornie prostej opowieści o dwójce młodych kochanków kryje się wiele emocjonalnych momentów - młodzieńczego uczucia, przymusowej rozkłąki, rozterek, powolnego oddalania się od siebie i szukania bezpieczniejszej przystani. Jakoś lżej robi się na serduszku, że Geneviève i Guy (szczególnie on) znajdują swoje szczęście w objęciach innych osób, a końcowa scena na stacji benzynowej perfekcyjnie spina całość. Ubóstwiam kolorystykę tego filmu. [MUBI]
Ten film ma twarz zmęczonej Rose Byrne, przytłoczonej ciężarem opieki nad chorą córką, nieobecnym mężem czy pracą jako terapeutka i problemami pacjentów. Ten film ma męczyć intensywnością, narastającą frustracją i piętrzącymi się wątpliwościami oraz poczuciem samotności i niezrozumienia. To wszystko sprawia, że szukanie drobnych ucieczek czy to przez dłuższe czy krótsze wyjścia z domu albo używki przy całym nieprzychylnym nastawieniu otoczenia wydaje się bardziej zrozumiałe. Często twórczyni korzysta z elementów abstrakcyjnych żeby oddać stan bohaterki - bardzo intrygujący jest motyw dziury w suficie. Nie sądziłem że zobaczę Conana O'Briena w takiej roli, a tym bardziej A$AP-a.
"Sekretarka" jest tym czym "50 twarzy Greya" chciałoby być. Uwielbiam ten odrealniony klimat całości, drobne elementy sprawiające uczucie dyskomfortu w niecodzienne zawiązującej się relacji. Dobrze, że nie chodzi tu tylko o kinky zabawę, ale też o akceptację swoich niedoskonałości, walkę o uwagę drugiej osoby. Całość niezwykle udanie łączy elementy dramatu, romansu, komedii popadajecej w groteskę oraz perwersji. Spader dobrze odnajduje się w tych klimatach (Crash; Sex, Lies and Videotape), ale Maggie Gyllenhaal mnie kompletnie zaskoczyła - niesamowicie dobrze zbudowana, nieprzewidywalna i przyciągającą rola.
Dziewczynko, miałaś jedno zadanie... Mama ostrzegała, córka nie słuchała. Styl photo-roman to coś czego nie byłem świadomy, ale zajebiście to się sprawdza w ramach tej historii. [MUBI]
High-end AGD dream brazylijskiej klasy średniej, w nieco przerażający sposób pokazujący uzależnienie od technologii w codziennych obowiązkach domowych ale też w sferze nauki i rozrywki. Wciąganie dymu z blanta za pomocą odkurzacza i finałowa sekwencja uniesienia na pralce to najbardziej oryginalne i zapadające w pamięć momenty. No i zegarek Casio DataBank zajebisty - chcę taki. [MUBI]
Barwny, zachwycający i odważny manifest własnego ja, nie tylko poprzez celebrację swojej wyjątkowości, możliwości wymaksowania swojej performatywności w ten jeden wieczór, ale przede wszystkim to historia ludzi zepchniętych na margines, odrzuconych ze względu na odmienną orientację, którzy stworzyli kreatywną przestrzeń i wspierającą społeczność, do której każdy może poczuć się zaproszony. Duża w tym zasługa matek i ojców domów, którzy przedstawiają swoje historie, marzenia, nadzieje, co znaczy dla nich ballroom i tworząca się tam kultura, ale również da sie odczuć jak duże znaczenie mają dla zagubionych i odrzuconych osób queer, będący swoistymi mentorami, głowami nowych rodzin. Naprawdę interesujący experience, przepełniony blaskiem i tragediami osobistymi, ale też otwierający na inny świat. [MUBI]
Mocne wprowadzenie do Arakiego. Tak dosadnego przedstawienia dziecięcej traumy, życia z jej skutkami i odkrywania prawdy kawałek po kawałku zdecydowanie się nie spodziewałem. Zestawienie dwóch kontrastujących postaci, których w tym jednym momencie połączyła spotkanie na swojej drodze człowieka, który wykorzystał dwóch nieświadomych chłopców, zostawiając trwały ślad w ich psychice. Już lepiej jakby to było porwanie przez kosmitów. Joseph Gordon-Levitt wspina się na aktorskie wyżyny, ale uwielbiam tutaj cały drugi plan, szczególnie Michelle. [MUBI]
Chaiyya Chaiyya to lowkey banger. Lubię jak inne jest to heist movie od klasycznie pokazywanej sztuki napadów na banki. Przede wszystkim tocząca się rozgrywka między negocjatorem a mózgiem operacji nie jest szczególnie pospieszana, bo każdy chcę coś tu ugrać, ale to wyczekiwanie na kolejny ruch i odkrywanie prawdziwego celu napadu jest bardzo wciągające. Kolejną kwestią jest sposób przedstawiania różnic społecznych i rasowych, umiejętnie budując na tym obraz nowojorskiego tygla kulturowego, na czym opiera się tutaj humor i Spike Lee mocno z tym trafia. Obsada jest tu niezwykle mocna - Denzel Washington imponuje luzem, determinacją i bystrością, poza tym świetni są Clive Owen, Jodie Foster, Willem Dafoe czy Christopher Plummer.
Najlepsza antyreklama wychodzenia z domu. Scorsese zaczyna od drobnych sygnałów, niepasujących elementów w wydawałoby się normalnej randce żeby wrzucić bohatera w wir nocnego SoHo, podkręconych indywiduów, absurdalnych pomyłek, powodujących poczucie osaczenia i frustracji. Chwała wielkiemu Marty'emu zgrabne balansowanie między komedią a koszmarem na jawie, gdzie zdawałoby się, że wszystko sprzysięgło się przeciwko głównemu bohaterowi. Już jest po godzinach, a noc nie chce się skończyć, serwując kolejne porcje dziwactw, które powoli zaczynają udzielać się również Paulowi. Do tego wizjonerskie obsadzenie w jednym filmie mamy Kevina (Catherine O'Hara) i taty Kevina (John Heard) zasługuje na uznanie.
Niezwykle dotykający film, szczególnie przy narastającym zjawisku szkolnych strzelanin w USA, gdzie kolejne tragedie przechodzą do porządku dziennego jako element nowej rzeczywistości post-Columbine. Ofiary stają się kolejnym imieniem i nazwiskiem, przedwcześnie utraconym, ale za każdym z nich stoi cierpiąca rodzina, przepełniona żalem i tęsknotą. Każdy pusty, dziecięcy pokój to inna historia, bolesne wspomnienie przedwcześnie utraconych dzieci, ich osobowości, pasji oraz namacalnej, chwytającej za gardło pustki dającej się odczuć przez nawet najbardziej prosty przedmiot pozostawiony na swoim miejscu. Na listach do przyszłej siebie byłem już totalnie broken. Tak szczerze to trochę dłuższy metraż mógłby jeszcze pomóc w głębszym podejściu do tematu, ale i tak jest to ważny i dobrze zrobiony dokument.
John Wick 4 to kino naładowane akcją, być może nawet przeładowane, ale wciąż to jeden z najbardziej dopracowanych wizualnie, efektownych widowisk, w których przeciwnicy nacierają bez końca, padając od pistoletowej szermierki, dorzucając do tego świetne wykorzystanie otoczenia - akcja na placu Charles-de-Gaulle to jest peak scen akcji. Poza tym płonący shotgun i ujęcie z lotu ptaka oraz starcie z Killą w berlińskim klubie dopełniają moje TOP3 - spasiony Scott Adkins napierdalający spinning back heele to mój ulubiony bohater drugoplanowy z tej części. Mimo metrażu dobrze się to ogląda, bohaterowie są generalnie dobrze napisani, tempo nie zwalnia, a killing count rośnie jak szalony. Zdjęcia, montaż, choreografie walk, oprawa audiowizualna sprawiają, że jest to niesamowicie dobra rozrywka. Sugerowane domknięcie serii wyszło udanie, choć do zapowiadanej piątej części jestem sceptycznie nastawiony.
"Same person. No difference at all... just a different sex." Zaskakujące jest to jak dzieło Sally Potter jest Tilda Swindon coded. "Orlando" to podróż świadomości przez epoki i tożsamości, za każdym razem traktując przemijający czas jako pole odkrywania swojej tożsamości, wychodząc z koncepcją zmiany płci, jednak pomimo tego skupiając się ciągle na drodze dozrozumienia co to znaczy być człowiekiem. Jej subtelność, delikatne zawieszenie, granie ciszą oraz łamanie czwartej ściany działa niesamowite w ramach tej koncepcji. Scenografia i kostiumy są doskonałe. Na koniec needle drop i przecignięte spojrzenie Tildy wwierające się wgłąb widza to absolutna doskonałość. [MUBI]
Ten film najbardziej mnie poruszył i zaskoczył w kwestii ukazywania relacji i wyrażania uczuć, obracając to do nadopiekuńczości kontrolującej matki, wypaczonego postrzegania relacji międzyludzkich oraz seksualnej perwersji. Isabelle Huppert prezentuje aktorską doskonałość, przechodząc przez tak wiele skrajnych emocji, zaczynając od chłodu i obojętności po pożądanie, uległość, kink czy strach, przerażająco autentycznie odnajdując się na każdym etapie odkrywania tej postaci. Romans z Margimelem to jeden z najdziwniejszych, skrzywionych i niekomfortowych obrazów relacji jakie widziałem. [MUBI]
Kolejne rozliczenie brazylijskiego kina z przeszłością. Nie do końca wiedziałem czego się spodziewać, bo bez znajomości kontekstu trochę czasu zajmuje poskładanie i zrozumienie sytuacji Armando, bo jest to dosyć złożona historia, ale przez to lepiej możemy zrozumieć pozycję głównego bohatera i cząstkowe funkcjonowanie ówczesnego, opresyjnego systemu. Nie jest to film szczególnie poganiający bieg wydarzeń, co czasami działa na niekorzyść dzieła Filho, ale overall jest to angażująca historia, pokazująca jak ważnym elementem jest pamięć o wydarzeniach i osobach, które zdecydowały się postawić opór. Uderzające jest również środowisko podobnych sobie bohaterów, ukrywających się pod zmienionymi imionami, próbując prowadzić jednak ciągle mając z tyłu głowy, że mogą zostać namierzeni, co pokazuje jak wiele podobnych sytuacji działo się obok. Drugi plan bardzo mi się podobał w tym filmie, Donna Sebastiana top. Słoneczny, żywy klimat Brazylii lat .70 mocno kontrastuje z ukazanymi wydarzeniami.
Lubię ten moment gdy po nowej, polskiej produkcji mogę powiedzieć, że nasze kino nadal ma się dobrze. "Ministranci" pomimo kilku niedociągnięć to dzieło bardzo szczere, podchodzące trudnych społecznie tematów od strony dziecięcej prostoliniowości i wiary w naprawę zepsutego świata. Nauczanie kościoła w pewnym stopniu daje silne podstawy do czynienia dobra i pomocy bliźnim, ale sama instytucja już dawno stała się zepsutym miejscem monetyzacji wiary, a wierni w większości przychodzą tylko żeby odprawić wyuczony rytuał. Czasami chłopcy zdają się zauważać proste rozwiązania na naprawę swojego otoczenia, opierając się na tym co widzą u siebie i wokół siebie, ale pomimo pewnej naiwności i krótkowzroczności czuć tu szczere chęci, poza tym bardzo dobrze utrzymany jest tu balans między dramatem a komedią. Z dziecięcymi aktorami momentami miałem delikatny problem, może poza Tobiaszem Wajdą, który zdecydowanie dźwiga ten film, napierając do przodu, gdy inni mówią żeby odpuścił.
Jeżeli miałbym określić vibe filmu Saulė Blivaitė to umiejscowiłbym go gdzieś pomiędzy Korinem a Moodyssonem. Litewskiej reżyserce zaskakująco dobrze udało się uchwycić naturalizm i autentyczność postsowieckiej prowincji, szczególnie młodzieży dorastającej w niezbyt sprzyjających warunkach, bez odpowiednich wzorców, ale interesująco pokazane są tu nawiązujące się relacje i pierwsze doświadczenia pseudo-dorosłego życia, gdzie to środowisko przejmuje rolę wychowawcy. Dodatkowo dochodzi tu wątek świata modellingu, który z pewnością daje szansę na lepsze życie, ale jednocześnie jego zasady są równie bezlitosne jak życie na prowincji bez perspektyw. Młodzi aktorzy są w tym wszystkim bardzo wiarygodni. Do tego zdjęcia są prześwietne, pomimo, że czasami zdają się zbyt artsy to jednak pasują do wykreowanego obrazu. [MUBI]
Dawno nie widziałem tak antypatycznego głównego bohatera jak Marty Mauser. Próby osiągnięcia celu za wszelką cenę, arogancja, porywczość, nie liczenie się z niczyim zdaniem i w końcu seria żałosnych aktów desperacji, bycia zdanym na łaskę innych żeby tylko pozostać na drodze po swoje marzenia. A jednak gdzieś tam liczyłem, że mu się uda, pomimo wszystkich krzywych akcji i chujowych zachowań wobec innych - Safdie złapał mnie w tą pułapkę. Narracyjnie to genialny film, pełen kombinatorstwa, elektrycznej akcji i odrealnionych sytuacji, które momentami bywają kurewsko zabawne. Zajebiście jest to nakręcone i zmontowane, a pojedynki w tenisa stołowego to już wk ogóle peak. Chalamet chyba osiągnął nowy poziom, tworząc tak przyciągającą i odpychającą postać. Do tego drugi plan jest mistrzowski - Gwyneth Paltrow to klasa, Odessa A'zion z przełomową rolą, ale takie nieoczywiste wybory jak Tyler, The Creator, Mr. Wonderful czy Abel Ferrara również robią świetną robotę.
Emocjonalnie to bardzo bogaty obraz, rozpoczynający się od uczucia dwójki niedopasowanych do norm społecznych, nie do końca akceptowanego związku po stworzenie rodziny, wspaniałe pokazane relacje rodzice-dzieci, przez które strata syna uderza tak boleśnie. Każdy inaczej radzi sobie z traumą, dlatego rozjeżdżające się drogi Agnes i Williama - ona wciąż w domu, gdzie odszedł Hamnet, próbując zrobić wszystko żeby go uratować, on wciąż poza domem, nie zdążył nawet pożegnać się z synem, więc naturalnym wydaje się być oddalenie się od siebie. Jessie Buckley wspaniale przekazuje wszystkie emocje, w mniejszych rolach wykazują się Emily Watson czy młodzi aktorzy - Olivia Lynes, Bodhi Rae Breathnach czy Jacobi Jupe, a film świetnie domyka Noah Jupe jako Hamlet. Jedynie mam wątpliwości co do Mescala, bo czasami wytrącał mnie z tworzonej w tym filmie atmosfery. Lepiej wypadał na scenie. Technicznie film bez zarzutu - świetne zdjęcia Żala, kostiumy Turzyńskiej i muzyka Richtera.
"Better to be a king for a night, than a schmuck for a lifetime." De Niro od samego początku tworzy wrażenie męczącego natręta, któremu powiesz wszystko żeby tylko dał ci spokój. Nawet jeśli ma talent to jego postawa stoi w opozycji do tego co mówi. Próby zaistnienia Ruperta wydają się być często żałosne, a kolejne odrzucenia przez Jerry'ego czy jego współpracowników utwierdzają w przekonaniu, że wielka kariera to tylko złudzenie, że nie materiału na nową gwiazdę. Scorsese świetnie pokazuje jak działa showbiznes, gdzie przebicie się graniczy z cudem, a tysiące marzycieli żyje przekonaniem o zostaniu kolejnym odkryciem, będąc bardzo często mocno delulu, ale prawdziwe talenty również przepadają w tej bezlitosnej machinie. Lubię ten suspens, gdzie do prawie końca nie wiemy w którą stronę pójdzie ta historia. Z drugiej strony zmęczenie sławą również jest tutaj ciekawie ukazane, z psychofankami typu Mashy (genialna Sandra Bernhard) jak Jerry to budzi się pewna doza współczucia.
Miłość Bogiem, szczęście nałogiem. Varda prowokacyjnie ukazuje pogoń za własnym szczęściem - żona, dzieci, kochający i dbający mąż, ale co jeśli kochasz swój sad, ale za płotem dojrzysz piękną jabłonkę? Czy obie relacje mają szansę koegzystować w zgodzie i czy nie rani to obydwu zainteresowanych Patrzenie z perspektywy "ja" zamiast "my" jest bardzo konformistyczne i wygodne, ale takie postępowanie zostawia wiele miejsca na wątpliwości, mimo, że François wydaje się inwestować w obie relacje tyle samo czasu i energii to ostatecznie ta zastępowalność elementów w sprawnie działającym mechanizmie rodzinnym jest niepokojąca. Varda otwiera interesującą furtkę do dyskusji, przedstawiając topic nieczęsto ukazywany w taki sposób, z innej perspektywy, do tego tak pięknie nakręcony.
Poziom nagromadzenia zajebistych aktorów na metr taśmy filmowej przekracza rozsądne limity. Wiadomo, że rządzi tu duet Patricia Arquette i Christian Slater, tworzący jedną z najbardziej szalonych i zgranych par uciekinierów jakie ostatnio widziałem, ale drugi plan to również jebana poezja. Hooper, Gandolfini, Oldman, Walken, Pitt, L. Jackson - każdy z nich ma swój moment w tej pokręconej, pełnej przemocy historii. Humor, akcja, świetne dialogi, miłość do kina i popkultury to coś co tworzy niesamowicie udane połączenie. Scott, Avary, Tarantino - muszę się pokłonić.
"Czerwony" to chyba mój ulubiony film z trylogii "Trzech kolorów". Kolejna współpraca Kieślowskiego z Irène Jacob przyniosła fenomenalną, subtelną opowieść o spotkaniu dwóch osób na kompletnie innych etapach życia - zgorzkniała starość spotyka idealistyczną młodość, otwierając starego sędziego na dostrzeganie dobra w tym zepsutym świecie. Oglądanie zacieśniającej się więzi i wzajemnego zrozumienia pomiędzy Valentine i Josephem pozwala uwierzyć w przeznaczenie, istnienie na tym świecie pokrewnych dusz, których spotkanie może odmienić los. Jacob chyba pozostanie moją ulubioną francuską aktorką u Kieślowskiego, a Trintignanta muszę po raz kolejny docenić po rolach w "Mojej nocy u Maud" oraz "I Bóg stworzył kobietę". Zakończenie "Czerwonego", wspaniałe domyka trylogię.
W "Niebieskim" Kieślowski skupia się na postaci Julie, która w wypadku samochodowym traci męża i córkę. Po pobycie w szpitalu postanawia odciąć się od wspomnień związanych utraconymi bliskimi, opuścić dom za każdym razem przypominający o ich nieobecności i uciąć wszelkie kontakty międzyludzkie, za którymi mogłoby iść przywiązanie. Pozorne uwolnienie się od emocji jest tylko chwilowe - szybko zwykłe, życiowe sytuacje i przypadkowe, ludzkie interakcje naruszają emocjonalną niedostępność, a przeszłość zaczyna nieznośnie nawracać, przypominając o bolesnej stracie, pokazując jak trudno jest uciec od swojej natury i odkryć siebie na nowo. Juliette Binoche to kolejny przykład tego, jak Kieślowski genialnie potrafił dobierać aktorki do głównych ról. Znowu zdjęcia Idziaka i muzyka Preisnera pogłębiają emocjonalny wymiar tego filmu. [MUBI]
Utrata pamięci zmusza bohatera żeby zacząć wszystko od nowa - bez przeszłości, dokumentów ani jakichkolwiek tropów prowadzących do poprzedniego wcielenia. Zaczęcie od samego dołu wymaga polegania na życzliwości innych, kierując się podstawowym systemem wartości. Mężczyzna zaczyna powoli budować siebie na nowo, przysługując się społeczności, która go przygarnęła, dając odrobinę szczęścia w trudnym środowisku. Relacje i rozmowy wydają się być szczere, nawiązujące naturalną nić porozumienia. Specyficzny humor nadaje całości optymistyczny wydźwięk z nadzieją na lepsze jutro. Uwielbiam też zdjęcia i kolorystykę. Interesująca pierwsza styczność z Kaurismäkim. [MUBI]

Magnaci i czarodzieje

Stachu Jones w jeden księżyc potrafi wyszkolić wieśniaka i przemienić go w superwieśniaka. Każde soczyście wyartykułowane "PIERDOL SIĘ" przez Stacha to czysta poezja. Polskie kino fantasy jeszcze nigdy nie było tak mocne i nie miało tak doskonałych efektów oraz tekstów.
Przytłaczającą pętla przemocy psychicznej i fizycznej, która wydaje się nie mieć końca. Podoba mi się sposób prowadzenia narracji, w pewnym momencie odejście od liniowości i przejście w większą sekwencyjność, tworząc poczucie uwięzienia głównej bohaterki, pokazując jak jej mąż niszczy wszystko to, czym była na początku i jak ciężko jest przeciwstawić się oprawcy w nierównej walce. Niejednokrotnie widzieliśmy u Smarzowskiego to zepsucie różnych grup społecznych, których wątki klasycznie musiały zostać tu skrzętnie przemycone, ale nie zmienia to faktu, że jest to film mocny, niekomfortowy, ale przede wszystkim ważny społecznie. Schurhardt w najlepszej roli w jakiej go widziałem, a o Turkot nigdy nie słyszałem, a jestem w szoku jak tu świetnie zagrała.
Dzieło Kaouther Ben Hanii to bardzo ważny głos w sprawie ludobójstwa dokonywanego przez zbrodnicze państwo Izrael na terenie Palestyny, który umocni tylko przekaz tysięcy podobnych historii i dramatów ludzkich, zwykle z biegiem kolejnych dni, miesięcy, lat stającymi się "jedynie" tragediami rozgrywającymi się gdzieś daleko od nas, na które w zalewie szumu medialnego przestajemy być aż tak bardzo uczuleni. Ludzie próbujący koordynować działania ratunkowe biorą na siebie ciężar odpowiedzialności życia ofiar konfliktu, ale też osób zaangażowanych w działania bezpośrednio w miejscu konfliktu. Złożony łańcuch zależności, przedłużające się procesy przygotowań, wyznaczania i zaakceptowania bezpiecznej trasy powodują tylko narastanie bezsilności i frustracji, zaczynają przytłaczać , niszczyć emocjonalnie i powodować wkurwienie co również mi się udzielało, a trzeba podkreślić, że całość opiera się na prawdziwym zapisie rozmowy w 6-letnim dzieckiem. Realizacja tematu jest bardzo dobra.
Każda scena wyścigu przez swoją dynamikę i intensywność powoduje, że tak łatwo jest wsiąknąć w ten świat. Zdjęcia i montaż pozwalają poczuć każdy zakręt, przyspieszenie, pojedynek na torze, zajebiście podkręcając emocje i podnosząc adrenalinkę. Absolutny peak odpowiednio pokazujący, ale też podkolorowujący piękno całego procesu ścigania się w Formule 1. Nawet jeśli fabuła to w sporej części rzucanie zgranymi kartami to i tak czułem się przez większość czasu zaangażowany w niemal każde zwycięstwo i porażkę zespołu, a ostatni wyścig w Abu Dhabi to zajebiście satysfakcjonujący moment. Brad Pitt i Javier Bardem są rewelacyjni, ale zaskoczyła mnie też Kerry Condon. No i Hans Zimmer ugotował z soundtrackiem. Ostatni raz Formułą 1 ekscytowałem się na takim poziomie może sezon lub dwa po Kubicy w Renault.
PTA zrobił tu coś niesamowitego. Zabawa gatunkiem komedia romantyczna chyba rzadko osiąga taki poziom dziwności, absurdu, niezręczności i niepewności. Sandler perfekcyjnie nie odnajduje się w interakcjach międzyludzkich, ma problemy z wyrażaniem emocji, jest samotny i sfrustrowany, ale w tym wszystkim bywa bardzo relatable. To, co dzieje się wokół niego wygląda jak piekło introwertyka, w którym 7 diabelskich sióstr sprawia, że każdy dzień to nieustanna męka. Tak przytłoczony i osaczony nie czułem się nawet po Uncut Gems, a zdjęcia, montaż i dźwięk dodatkowo to podkręcają. Podoba mi się to przełamanie, gdzie Barry poznaje Lenę i jak dzięki temu uczuciu zaczyna się powoli otwierać.
9 yo birthday present idea - bunch of DVD's (one of them is Gaspar Noé's Irreversible 💀). Generacyjna trauma przechodząca z ojca na córki, zamknięta w rodzinnym domu, przesiąkniętym wieloma trudnymi wspomnieniami i utratą bliskich. Trier pokazuje jak trudne jest odbudowanie relacji po latach nieobecności, jak bardzo osobista tragedia rodzica potrafi znaleźć kontynuację w postępowaniach kolejnego pokolenia, niejako powielając schemat. Pasja do kina to forma ucieczki, pozwalajaca zachować wspomnienia, ale również w wypadku Gustava prawdopodobnie stanowi jedyne rozwiązanie by stawić czoła własnym demonom i odzyskać utracone zaufanie córek. Od dzieła Triera bije niesamowita autentyczność oraz wyczuwalny ciężar skrywanych latami emocji i żalu. Z drugiej strony dostajemy też sporo pozytywnych momentów. Stellan i Renate są bezbłędni i niesamowicie wiarygodni, ale doceniam też Ingę Ibsdotter Lilleaas i Elle Fanning, które odgrywają ważne role w próbie poskładania zniszczonych relacji.
Czułem się dosyć swojsko oglądając ten film, co jest dosyć niepokojące, ale w niektórych rzeczach chyba aż tak mocno nie różnimy się od Rumunów. Radu Jude w nieco ponad 2.5 godziny przedstawia nam dosyć kompleksowy obraz problemów dzisiejszej Rumunii, krytykując obecny system, pozostałości komunistycznych czasów oraz mentalność społeczeństwa z dodatkiem szczypty kultury i filozofii. Dzień z życia Angeli to pokazanie nieustannego pędu, przemęczenia, tyrania dla zagranicznej korporacji bez pewności zapłaty na czas oraz braku stabilizacji. Połączenie z filmem sprzed 40 lat "Angela idzie dalej", gdzie główna bohaterka jeździ taksówką pokazuje jak niewiele się zmieniło przez te wszystkie lata. Wspaniałe jest przerysowane alter ego bohaterki - Bobiță oraz cameo Uwe Bolla.
Za długo odkładałem ten seans, ale wreszcie przyszedł ten czas. Fincher zdecydowanie dowiózł, wciągając widza w składanie kawałek po kawałku sprawy zaginięcia bratanicy bogatego miliardera sprzed 40 lat. Kapitalnie budowany jest tu mroczny, ponury klimat oraz żmudny lecz angażujący proces zbierania informacji, rozszyfrowywania przeszłości i zawiłych relacji rodzinnych. Znalazłoby się w tym watku kilka niedociągnięć, ale to co wspaniale dopełnia film to świetnie napisane postacie. Rooney Mara jest niemalże perfekcyjna w roli Lisbeth - mroczny look, hacker skills, badass attitude, ale pod tym wszystkim skrywa się bezsilność, wyrządzone krzywdy i potrzeba bliskości. Jedna z najlepiej złożonych i prowadzonych silnych kobiecych postaci jakie ostatnio widziałem. A zemsta w jej wykonaniu to zdecydowanie pamiętny moment. Do tego chemia Mary z Craigiem, pomimo pozornego wizualnego niedopasowania jest świetna. No i to zakończenie 💔
Bardzo subtelny obraz, pełen pauz i delikatnego zawieszenia. Anaita Wali Zada wybitnie odnajduje się tej czarno-białej opowieści o niedopasowaniu, samotności i zmaganiem się z traumą wojny i konieczności opuszczenia swojej rodziny, choć te przeżycia nie są tak bezpośrednio eksponowane. Wspaniałe jest też to jak powoli zaczyna się otwierać. Jalali bardzo dobrze trafia z delikatnym, beznamiętnym humorem oraz pozostawia promyk nadziei na znalezienie szczęścia i bratniej duszy - wtedy zjawia się Jeremy Allen White z dolewką oleju.
"Let Me Entertain You" spotyka "Feel". Robbie Williams z małpią aparycją opowiada historię swojej kariery, od marzeń o sławie w szarym Stoke-on-Trent po niekontrolowany wybuch sławy, depresję, popadnięcie w uzależnienie od koksu i alkoholu do ostatecznego wyjścia na prostą, zaakceptowania siebie, stania się lepszym człowiekiem. Świetnie opowiada o relacjach, czy to tych wspaniałych, lepiej poukładanych jak z babcią czy mamą, ale też tej trudniejszej z ojcem, której zakończenie jest poruszające. Wizualna strona filmu robi nie mniejsze wrażenie, od cudownych scen musicalowych (najlepsza jest chyba ta po podpisaniu kontraktu przez Take That w rytmie Rock DJ), koncertowych po uchwycenie stanu emocjonalnego Robbiego. Choreografie i piosenki, które w sporej części znałem są niesamowite. Jedna z najlepiej zrealizowanych biografii jakie ostatnio widziałem - rozliczająca przeszłość, energetyczna, wzruszająca i doskonała muzycznie.
Idealne kino do przystanięcia na chwilę i kontemplacji nad sensem życia, a szczególnie nad tym jak jest kruche i jak szybko przemija. W Train Dreams niesamowite jest to jak została uchwycona zwyczajna codzienna egzystencja człowieka i upływający czas, poważnie naznaczony stratą bliskich. Edgerton jest wspaniały w roli Roberta. Zakończenie porusza. Poza tym zdjęcia... mógłbym tu się jeszcze rozpisać, ale powiem tylko że w niemal każdym ujęciu z lasu czuć dotyk natury, coś bez czego ten film straciłby sporą część swojej prawdziwości. Kino nadal ma się dobrze.
Bunt
1967
Mimo, że Bunt w mojej opinii nie jest tak intensywny i uderzający jak Harakiri to wciąż jest to dzieło na wysokim poziomie. Kolejny raz mamy przeciwstawienie się władzy, która tym razem przymusza do swojej woli, mając za nic sprzeciw poddanych, nawet zasłużonych samurajów. Pułapka stosowania się do absurdalnych, dyskusyjnych żądań, naruszających integralność rodziny sprawia, że w końcu coś musiało pęknąć. Poczucie skrzywdzenia i niesprawiedliwości prowadzi do buntu, walki zapewne skazanej na porażkę, ale jakże satysfakcjonujące jest, gdy Isaburo ogłasza, że po raz pierwszy czuje, że żyje. Piękny obraz miłości z nakazu, która staje się silniejsza niż rozkazy władców. Finał jest znakomity.
Ostatni raz taki pierdolnik w głowie zrobił mi chyba Lynch w Mulholland Drive. Mocna schiza, nie wiadomo co tu jest rzeczywistością, a co dzieje się w głowie bohaterki. Zasadne jest pytanie, które zadaje Mima - kim jestem? Nawet to nie jest oczywiste, bo strasznie dużo otwiera się tu ścieżek interpretacyjnych, odchodzących od tej jakby się wydawało głównej. Jeden z najbardziej pokręconych filmów o cenie sławy i wpadaniu coraz głębiej w spiralę leków - realnych czy wyimaginowanych. Niesamowicie angażuje jako thriller, animacja jest świetna i momentami zaskakująco brutalna.
Genialnie Kobayashi buduje ten film, wychodząc od prostej prośby o tradycyjną, honorową śmierć samuraja, a kończąc na rozbudowanej krytyce systemu samurajskiego i kodeksu samurajskiego, w którym honor dawno stał się co najwyżej dobrze brzmiącym słowem na ukrycie wad systemu i podtrzymanie renomy "potężnych" klanów. Poziom dramaturgii jest genialnie budowany, począwszy od opowieści Hanshiro po ostateczne ujawnienie swoich zamiarów. Każde ujęcie na twarz, wypowiedziane linie przez aktorów potęgują uczucie rosnącego napięcia, emocji, a minimalistyczny dźwięk kilku instrumentów jeszcze to podbija. W ogóle precyzja z jaką prowadzona jest tu narracja, jak dobre jest tu wyczucie momentów, spowolnienia czy zaskoczenia jest niezwykłe. Scena seppuku Motome bambusowym mieczem przez to uderza jeszcze mocniej. Na koniec uderza fakt, że pomimo zdemaskowania zakłamanego systemu słowa spisane na papierze mogą jedynie umocnić samurajski mit.