"Homefront: The Revolution" – już graliśmy!

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/%22Homefront%3A+The+Revolution%22+%E2%80%93+ju%C5%BC+grali%C5%9Bmy-117370
"The Revolution" to sequel dość niecodziennego shootera "Homefront". Druga część, podobnie jak poprzedniczka, rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości. W tej wersji światem dyryguje Korea Północna, która trzyma pod butem nawet Stany Zjednoczone. Wiedząc, jak absurdalnie to brzmi, twórcy starali się uprawdopodobnić taką sytuację.


A wpadli na prosty pomysł: otóż odebrali wszystkie technologiczne wynalazki Korei Południowej i przypisali je Korei Północnej (i to wszystko, jeśli chodzi o uwiarygodnianie alternatywnej rzeczywistości). Tym sposobem północnokoreańskie KRLD (a w zasadzie korporacja APEX) od lat dostarcza sprzęt elektroniczny do każdego domu. APEX (aluzji do Apple'a nie da się nie zauważyć) obsługuje niemal wszystkie aspekty naszego życia, w tym – oczywiście – zaopatruje w sprzęt armię USA. Pewnego dnia złowroga Korea postanawia wcisnąć czerwony przycisk i wyłączyć całe amerykańskie wojsko. Kilka lat później w Stanach KPA (Korean People’s Army, czyli Koreańska Armia Ludowa) rządzi twardą ręką, a ulice pełne są patroli i dronów okupanta. Wydaje się, że cała Ameryka jest stracona. Z klęski ocalała jedna mieścina, a konkretnie Nowa Filadelfia. To tu rodzi się ruch oporu. 

 

Pomysł na ekspozycję fabularną jest tyleż spektakularny, co po prostu głupi. Brytyjczycy ze studia Dambuster podkarmiają mokry sen Ameryki, że oto rzucona na kolana, owinięta w gwiazdy i pasy z kolan tychże się podnosi, a zaraz potem spuszcza łomot wrażym wojskom. W dodatku Amerykanie przedstawieni są jako partyzanci, a wiadomo, że w naszej rzeczywistości raczej takich doświadczeń nie mieli. Na szczęście w przeciwieństwie do fabuły (na tyle na ile ją poznaliśmy) rozgrywka w "Homefront: The Revolution" to już sama przyjemność. Na pokazie ogrywałem co prawda wersję gry bardzo podobną do tej, którą widziałem na targach Gamescom, ale tym razem nie było limitu na eksplorację ani na czas pokonywania misji.

Świat w "The Revolution", jak na sandboks przystało, podzielony jest na kwartały, które musimy mozolnie przejmować, by zaznaczyć obecność ruchu oporu w mieście. Przejmowanie kolejnych kawałków Filadelfii to oczywiście misje główne, poboczne, a także cała gama pomniejszych aktywności. Widzimy gdzieś odbiornik radiowy? Raz-dwa możemy posłać nim partyzancką agitkę do obywateli. A może warto przeciąć kable, by spowodować przerwy w dostawie energii do koreańskich zabudowań? Też dobrze. To oczywiście odpowiedniki typowych znajdziek, ale zgrabnie wplecione w zdobywanie danej dzielnicy. Dlaczego? To proste – każda aktywność podnosi współczynnik naszego wpływu na bezwolnych cywili.


Jako partyzanci jesteśmy skazani na ustawiczne podgryzanie przeciwnika. Przyznaję, że ten element zrealizowano bardzo dobrze i – na tyle, na ile pozwoliła wersja gry – sprawdza się on nie tylko w zaprojektowanych z góry misjach. Jako przykład: bohater pędzi akurat po rusztowaniach do kolejnego punktu kontrolnego, by tam kontynuować swój bój o wolną Amerykę, gdy nagle widzi po drugiej stronie ulicy transporter opancerzony i oficera KPA z obstawą. Cała rzecz dzieje się w dzielnicy, która opanowana jest przez KPA, więc najmniejszy hałas powoduje, że wrogowie zlatują się do nas, jakby były święta. Możemy oczywiście zignorować tę mikromisję, ale można też zaryzykować. Protagonista kleci więc naprędce dwie rurobomby, rzuca w transporter, a gdy te wybuchają i niszczą pojazd wraz z wsiadającym doń oficerem, puszcza jeszcze kontrolnie serię z pistoletu maszynowego… po czym wieje, ile sił w nogach. Na miejsce natychmiast bowiem zlatują się drony i przybiegają kolejne oddziały wrogów, a walka w "The Revolution" jest bardzo nierówna. Takich momentów jest mnóstwo, a wszystkie znacząco podnoszą ciśnienie podczas gry.

Szkoda, że czar pryska, gdy wsiadamy na motocykl. Przede wszystkim patrole są niezdarne – trochę za nami postrzelają, ale szybko tracą zainteresowanie. W dodatku przejeżdżani żołnierze wyglądają komicznie – rozkraczeni wskakują na przednie koło, po czym malowniczo zsuwają się na jezdnię. Miejmy nadzieję, że ten feler zostanie poprawiony do premiery.

Całkiem ciekawie wypada możliwość modyfikowania broni w locie. Do naszego uzbrojenia dokupujemy bowiem różne modyfikacje, tak by np. z pistoletu zrobić pistolet maszynowy albo zwiększyć osiągi danego oręża. Możliwości jest sporo i gdy raz wykupimy dane ulepszenie, możemy je podmieniać z innymi w dowolnym momencie. Strzelania zresztą jest tu dużo, choć lepiej pilnować tyłów. Niejednokrotnie zdarzyło się, że musiałem szybko zmieniać miejsce, z którego się broniłem, bo miało ono dwa lub trzy wejścia, co w praktyce oznacza kilka razy więcej wrogów. 


Trzeba przyznać, że ekipa Dambuster świetnie zaprojektowała niuanse walki w mieście. Podany przykład to tylko jedna możliwość, kiedy będziemy musieli wycofywać się na "z góry upatrzone pozycje". Nawet w trybie kooperacji może się zdarzyć, że oddziały KPA przyprą nas w jakimś budynku na tyle mocno, że trzeba będzie salwować się ucieczką.
Pod względem wizualnym "Homefront" prezentuje się nieźle – osobiście podobają mi się ponure ruiny zdewastowanych kwartałów Filadelfii i dzielnice kontrolowane przez KPA skąpane w pomarańczowym świetle latarni. Świetnie wypada też udźwiękowienie; od czasu do czasu co prawda nie załadowuje się dany plik audio i postacie są nieme, ale to niewielka usterka.

Czy "Homefront: The Revolution" dostarczy tyle zabawy co inne sandboksy? Istnieje taka możliwość, o ile nie okaże się, że wszystkie dzielnice będziemy zdobywali tak samo i ugrzęźniemy w mozolnej pracy partyzanta. Miejmy też nadzieję, że historia będzie nieco ciekawsza niż kronika amerykańskiego podboju na własnej ziemi.