GAMESCOM 2015: Graliśmy w "Homefront: The Revolution"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/GAMESCOM+2015%3A+Grali%C5%9Bmy+w+%22Homefront%3A+The+Revolution%22-112826
Po ogłoszeniu konkretnych elementów rozgrywki „Homefront: The Revolution” okazało się, że jest na co czekać i to przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszym jest studio stojące za grą, drugim – zadziwiająco mięsista rozgrywka w toczonej przez północnokoreańskiego raka Ameryce.


O co chodzi ze studiem? Otóż ekipa pod nic nieznaczącą nazwą Deep Silver Dambuster Games to tak naprawdę Crytek UK, a wcześniej Free Radical Design, czyli ludzie, którzy stoją zarówno za drugim i trzecim „Crysisem”, jak i za kultowym FPS-em „Timesplitters”. Po wielu awanturach wewnątrzbranżowych, prawa do marki „Homefront” zostały sprzedane wydawcy Koch Media, który zagarnął pracowników, którzy odeszli z Crytek UK, i przywrócił na stanowisko głównego projektanta Hasita Zalę, twórcę „Timesplitters”. Jak widać, już same nazwiska twórców gry dają nadzieję, że otwarty świat „Homefront: The Revolution” będzie wart zwiedzania. Na szczęście mogliśmy sprawdzić też grę w praktyce. Jest lepiej, niż można się było spodziewać.


Homefront: The Revolution” nie jest w ścisłym sensie kontynuacją wydarzeń z pierwszej części. Jak twierdzą ludzie z Dambuster Games, historię napisano od nowa. Konflikt, w wyniku którego Stany Zjednoczone zostały podbite przez Koreę Północną, sięga lat 50. I podobno z takiego punktu wyszli scenarzyści z Dambuster Games. Ponieważ akcja gry rozgrywa się w 2029 roku, musiano stworzyć siedemdziesiąt lat alternatywnej historii. Historia przedstawiona w nowym „Homefront” będzie się składać nie tylko z aktualnych wydarzeń w Nowej Filadelfii, ale też wspomnień o przeszłości obu krajów i zarzewia konfliktu.

Podczas krótkiej prezentacji przed rozgrywką poznaliśmy trochę szczegółów struktury gry. „Homefront” ma być wojennym sandboksem, w którym skupiamy się na walce partyzanckiej. Siły Korei Północnej są znacznie silniejsze niż amerykańskie bojówki, więc często otwarta konfrontacja nie wchodzi w grę. Z przymrużeniem oka potraktowałem te gorące zapewnienia o przymusie prowadzenia potyczek w stylu partyzantów. Szybko jednak okazało się, że po pierwsze – twórcy nie nawijali nam makaronu na uszy, po drugie – lepiej nie ginąć, bo obecnie ekrany ładowania są strasznie długie. Najlepszym przykładem na otwarte możliwości jest znana z ogólnej prezentacji krótka misja odbijania przekaźnika. W pewnym momencie – na filmie – nasz bohater, by wysadzić wrogi transporter opancerzony, steruje samochodzikiem z ładunkiem wybuchowym. Nie jest to jednak jedyny sposób (choć zalecali go twórcy). Równie dobrze możemy potraktować wrogów kilkoma koktajlami Mołotowa i pędzić, ile sił w nogach do przekaźnika. To średnio efektywne, zwłaszcza gdy namierzą nas mordercze drony. O wiele prościej, choć nie jest to oczywiste wyjście, jest okrążyć budynek, przy którym stacjonują wrogowie, i spokojnie, po cichu wejść do pokoju z przekaźnikiem przez okno. Gdy tylko go uruchomimy, na miejsce przybywają posiłki i to one rozprawią się z kłopotliwym oddziałem wrogów.


Takich sytuacji jest znacznie więcej, choć ze względu na krótki czas ogrywania (30 minut i ani sekundy więcej) nie mogliśmy potestować różnych możliwości „Homefront”. Gra jednak już teraz prezentuje się, przynajmniej od strony rozgrywki, znakomicie. W trakcie naszej tułaczki po Nowej Filadelfii odblokowujemy zarówno nowe regiony (a tym samym misje poboczne), jak i np. skrzynki z bronią czy specjalne plany, dzięki którym zmodyfikujemy nasz arsenał. Ten na razie składał się z nieśmiertelnej szóstki: pistoletu, karabinu maszynowego, strzelby, kuszy, snajperki i wyrzutni rakiet. Co ciekawe, nawet jeśli mamy wiatr w kieszeniach i nie stać nas na rakietnicę, możemy zainstalować modyfikację strzelby, by zmienić ją w wyrzutnię płonących pocisków. Kto uwielbia zapach napalmu o poranku, na pewno będzie zadowolony. To samo dotyczy snajperki. Jest dość droga, ale jeśli tylko mamy „dobrego cela”, można zmienić optykę na karabinie maszynowym i ze zwykłego celownika zrobić lunetę z czterokrotnym powiększeniem. Potem wystarczy tylko sprawne strzelanie krótkimi seriami i już możemy pozbywać się wrogich snajperów.

Na temat fabuły niestety nie wiadomo zbyt wiele. Fragment gry, który ogrywałem, skupiał się głównie na jednym z trzech typów obszarów, tzw. red zone, czyli czerwonej strefie. Jest ona najtrudniejszym typem terenu, ponieważ to tam kryją się niedobitki rewolucjonistów i tam wojska Korei wysyłają najcięższy sprzęt. Drugim typem ma być strefa żółta, w której na każdym rogu jest kamera, z głośników sączy się propaganda, a ulicami jeżdżą transportery opancerzone. Na koniec zostają strefy zielone, czyli dystrykty powszechnej szczęśliwości. Jedzenia ani przyjemności tam nie brakuje – jak to ujął jeden z twórców; zadowoleni mieszkańcy stref zielonych obżerają się stekami i kawiorem. A jak się komuś ta powszechna radość nie podoba, zawsze może wylądować w slumsach. Albo zachorować na ciężkie zatrucie ołowiem...



Homefront: The Revolution” planowana jest na rok 2016. Już teraz jednak widać, że prace są w dość zaawansowanym stadium. Rozgrywka jest płynna, dynamiczna i przemyślana. Częściej bierzemy nogi za pas, niż stajemy tete-a-tete z wrogiem. Opłaca się zastawiać pułapki na konwoje, załatwiać przeciwników z daleka, a czasem po prostu unikać walki i zakradać się do celu danej misji. Oby ten trend pozytywnych wrażeń utrzymał się aż do premiery. Wtedy możemy liczyć na prawdziwy hit.