76. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie można uznać za otwarty. Na otwarcie imprezy, która potrwa do 22 lutego, pokazano "No Good Men" w reżyserii Shahrbanoo Sadat. Film, którego akcja rozgrywa się w Afganistanie w 2021 roku, na krótko przed powrotem do władzy przez talibów, łączy opowieść o realiach życia w tym kraju z konwencją komedii romantycznej. A czy takie połączenie się udało – pisze Adam Kruk w recenzji filmu.
Getty Images © Arturo Holmes Gdzie ci mężczyźni? (recenzja filmu "No Good Men", reż. Shahrbanoo Sadat)
Co charakteryzować powinno typowy film z Berlinale? Wiadomo: polityczny temat, społeczne zaangażowanie, polityka autorska, mile widziana jest też kobieca ekipa – w ogóle im większa inkluzywność projektu, tym lepiej. "
No Good Men", który w tym roku otworzył festiwal, ma to wszystko, a jednak nie czuć w nim koniunkturalnych motywacji. Wydaje się szczery i zrobiony "od serca", sytuując się obok najgorętszych medialnych doniesień. Obok, ale nie z dala, bo choć nie mówi o Gazie, Ukrainie czy Iranie, skupia się na Afganistanie, który niegdyś nie schodził z pierwszych stron serwisów informacyjnych. Dziś jednak, pięć lat po powrocie do władzy talibów, przestał, jak się wydaje się, kogokolwiek interesować. A przecież – mimo że 45-milionowy kraj zamknięty jest na trzy spusty – wciąż żyją tam ludzie i przypomnienie o ich losie wydaje mi się gestem ważnym. Jeśli dodać, że to obraz bez hollywoodzkich gwiazd, nazwisk wielkich europejskich twórców czy wpompowanych w produkcję dużych pieniędzy – to jawi się gestem ze strony festiwalu wręcz szlachetnym. Nawet jeśli wybór ten nie będzie oznaczał dla Berlinale wizerunkowego przełomu.
Trzeci film Afganki
Shahrbanoo Sadat (dwa pierwsze pokazało Cannes w sekcji Directors’ Fortnight) jest jednocześnie jej pierwszym zrealizowanym po ewakuacji z kraju podczas brutalnej zmiany rządów. Akcję osadziła w ojczyźnie tuż przed przewrotem, znajdujemy się więc w Kabulu na początku 2021 roku, chwilę przed tym, gdy
Joe Biden ogłosi decyzję o wycofaniu amerykańskich oddziałów – zobaczymy go zresztą na ekranie, mówiącego, że nadszedł czas, "by nasi chłopcy wrócili do domu" (nie wspomina o wcześniejszym dogadaniu się z talibami). Na razie jeszcze kraj rządzony jest przez polityków prozachodnich i wyraźnie próbuje się modernizować – także obyczajowo. Społeczeństwo wprawdzie dalej jest bardzo tradycyjne, ale globalizacja sprawia, że i tu łączą się różnorakie porządki kulturowe, powodując niekiedy zabawne sytuacje. Bo "
No Good Men" stara się – na ile to możliwe – być komedią, w dodatku romantyczną.
Do tego potrzeba bohaterów współczesnych i sytuacji bardziej błahych niż definitywnych – inaczej wyjdzie melodramat. Bardzo nowoczesna jest zatem, grana przez samą reżyserkę, Naru. Po separacji z mężem samotnie wychowuje syna, by związać koniec z końcem (ale też po prostu dlatego, że jest w tym dobra) zarabia w telewizji, obsługując kamerę. Jak nietrudno się domyślić, często spotyka się z lekceważeniem ze strony (w przewadze męskich) współpracowników i przełożonych. Gdy udaje jej się dostać przydział do nagrania wywiadu z dowódcą rosnących w siłę talibańskich wojowników, ten przerywa rozmowę ze względu na to, że źle założyła chustę. Jej znaczenie kobiety z regionu znają aż za dobrze (patrz: skatowanie Mahsy Amini, które rok później wywoła protesty w Iranie), stąd w filmie widzimy nieustanne jej poprawianie.
Całą recenzję autorstwa Adama Kruka przeczytacie TUTAJ.