Czytelnia FILMu: Opowieść o Piotrku

FILM /
https://www.filmweb.pl/news/Czytelnia+FILMu%3A+Opowie%C5%9B%C4%87+o+Piotrku-45393
1 sierpnia w kioskach całego kraju pojawił się nowy numer miesięcznika "FILM".Jeżeli jeszcze nie zakupiliście go do swojej kolekcji, być może poniższy artykuł was do tego zachęci. Zapraszamy również do odwiedzenia czytelni FILMu na Filmwebie. Znajdziecie tam więcej artykułów z tego znakomitego miesięcznika. Czytelnię znajdziecie TUTAJ. Miłej lektury.

Pożegnanie
Piotr Łazarkiewicz [1954 – 2008]


OPOWIEŚĆ  O  PIOTRKU

Wszyscy mówili – wciąż mówią – o Piotrze "Piotrek". Tak młodzieńczo, niemal młodzieżowo funkcjonował. W wyglądzie, ubraniu, gustach muzycznych, dynamiczności i chłonności świata, ciekawości innych, życzliwości. Różnił się od swoich często zgorzkniałych, obrosłych tłuszczem życia i kompromisów rówieśników…

Piotrek kochał kino od dziecka, od pierwszej wyprawy na seans filmowy w małym, śląskim miasteczku (byli to "Krzyżacy" Forda, po obejrzeniu których spędził bezsenną noc) wiedział, że ten wykreowany świat jest najbliższym mu światem. Bardzo wcześnie, już w szkole podstawowej, wybrał sobie zawód reżysera. Całe jego przerwane brutalnie życie było mierzeniem się z tym wyborem i dorastaniem do niego. Bo dla Piotrka reżyser to nie był sposób zarabiania na życie, to nie był nawet tylko sposób wypowiadania się, to była metoda życia, komunikowania się ze światem, z innymi, również z najbliższymi. To był los i odpowiedzialność. Odpowiedzialność (tu często cytował Krzysztofa Kieślowskiego – swego nauczyciela) za każde ustawienie i włączenie kamery, za każde słowo, za los tych, o których opowiada i z którymi pracuje. Miłość Piotrka do kina (ale i do muzyki, i do teatru) wyrażała się w jakiejś niesamowitej zachłanności i w rzadkim u twórcy talencie do zachwytu dziełami innych.

Zachwycała go wolność

Całe życie, od dzieciństwa, młodości, Piotrek mnóstwo oglądał. Był wszędzie: na festiwalach, na premierach filmowych i teatralnych, na koncertach i przedstawieniach. Oglądał filmy w kinie i na dvd (które, jak każdy prawdziwy kinoman, również namiętnie pokochał). Oglądał niezmontowane jeszcze filmy innych, udzielał rad, rozdawał szczere i entuzjastyczne komplementy. Piotrek potrafił dostrzec piękno w filmach niedoskonałych, nie do końca udanych, jakoś ułomnych, prowincjonalnych. Nie dlatego, żeby nie cenił rzemiosła; przeciwnie – po parę razy oglądał filmy na przykład Ridleya Scotta: podglądał, analizował i ćwiczył najróżniejsze figury stylistyczne i figury języka filmowego. Zachwycała go wolność, jaką dawały mu jako reżyserowi rozwijające się wynalazki techniczne… Ale najważniejszym kryterium w ocenie filmu była dla Niego szczerość i uczciwość przekazu.

Jego zachwyt i siła przeżywania nie kierowały się ustalonymi gustami, recenzjami, nagrodami festiwalowymi. Jego odbiór był czysty: przepuszczał oglądany film przez własny probierz uczciwości i projektował w czyjeś dzieło Swoją własną wiarę i wrażliwość, starając się zawsze pamiętać o wyjątkowości i osobowości tamtego twórcy. Miał pokorny szacunek wobec sztuki, ale jeszcze bardziej wobec ludzi: był zawsze gotów wsłuchać się w ich głos. Dlatego był tak dobrym partnerem i przewodnikiem dla młodych aktorów i filmowców. Ale również dla nas, rodziny, najbliższych, którzy uprawiają ten sam zawód: dla swej żony Magdy, dla mnie, dla mej córki Kasi. Nigdy nie wyczułam zawiści, zazdrości, konkurencyjnych kompleksów z Jego strony. Naprawdę cieszył się, że Mu się coś podoba.

Byliśmy wobec siebie szczerzy. To luksus mieć do kogoś, do kolegi, tak wielkie zaufanie, że można otworzyć się na jego krytykę. Sama byłam czasem wobec Niego, analizując jego filmy na różnych etapach, szczera aż do bólu. Wydawało mi się, że mogę sobie na to pozwolić. Bo bardzo lubiłam Piotrka i byłam pewna, że On o tym wie. Lubiłam Go od zawsze, od kiedy pierwszy raz Go zobaczyłam na spotkaniu w szkole katowickiej, kiedy Go – pijanego i szczęśliwego – odwoziłam do młodej narzeczonej, mojej siostry Magdy, po kawalerskiej nocy. Kiedy wraz z Nim czekałam na narodziny Antka, aż do ostatniego spotkania po projekcji jego ostatniego filmu "0-1-0", dwa dni przed Jego nagłym odejściem. Kiedy On mnie z kolei odwoził do domu, a ja powiedziałam mu, że słyszałam, iż uda się zachować dla widzów i środowiska kino "Iluzjon" – dawną "Stolicę" (Piotrek kochał też małe kina i cierpiał nad ich masakrą), a On tak bardzo się ucieszył…

Jego sposób na dojrzewanie

Więc lubiłam Piotrka i życzyłam mu jak najlepiej. Dlatego ubolewałam nad tym, że jego pierwsze fabularne filmy ("Kocham kino" 1987, "W środku Europy" 1990, a nawet "Pora na czarownice", 1993) nie wydawały mi się na miarę jego ludzkiego i artystycznego potencjału. Owszem, było tam mnóstwo dobrych rzeczy, treści, pomysłów… Ale wydawało mi się, że nie czuję Jego głosu, że tak strasznie dużo chce w każdy film włożyć, wyrazić, że wątki piętrzą się, a bogactwo zmienia w nadmiar. Generalnie uważałam, że Piotrek robi za dużo, biega za dużo, chce za dużo… Namawiałam Go czasem, żeby zatrzymał się, skupił, odpoczął.

Dopiero później zrozumiałam, że to był Jego sposób na dojrzewanie, na rozwój. Bo Piotr jako artysta nieustannie się rozwijał. Te najróżniejsze zadania (a reżyserował w teatrze, najczęściej w prowincjonalnych miastach, które Go fascynowały, teatrze telewizji, ale i filmy, dokumenty, słuchowiska radiowe, przedstawienia studenckie, koncerty) ładowały Go jak akumulator. Fascynowały Go spotkania z ludźmi z najróżniejszych środowisk, wszędzie w Polsce miał przyjaciół. Przestał niemal odczuwać potrzebę dalekich wyjazdów: tu wokół działo się tak wiele. To wszystko zaczęło owocować. Miejscem, gdzie Piotrek znalazł możliwość prawdziwego twórczego spełnienia, było w latach 90. Studio Teatralne Dwójki. Znalazł też swoją dramaturgię. Kiedy oglądałam Jego spektakl, "Duże i małe" (1998) Botho Straussa, zobaczyłam prawdziwego reżysera i prawdziwego Piotra: wyrazistość, oryginalność środków, niebywałą subtelność i dyscyplinę, świetne prowadzenie aktorów… Ta młoda niemiecka dramaturgia pozwoliła Mu znaleźć język i tematy, które nie istniały wówczas w polskim kinie i teatrze. Brutalność i powierzchowność związków międzyludzkich, piętrzące się nieporozumienia i niezrozumienie, behawiorystyczny zapis rozpaczy. To były tematy Piotrowi najbliższe, których przedtem nie umiał jeszcze wyrazić. Teraz już mógł. I odetchnął pełną piersią.

Od tego momentu było coraz lepiej. Niebywały "Ogień w głowie" (2001) i "Pasożyty" (2001) Mayenburga, "Martwa królewna" (2003) Kolady, potem już własne scenariusze, "Trelemorele" (2006) Różewicza, współpraca z Krzysztofem Bizio ("Fotoplastikon", 2005, produkowany w ramach i budżetowych ograniczeniach Teatru TV, a tak naprawdę lepszy i bogatszy od większości polskich filmów) i wreszcie – po wielu latach – prawdziwy (choć robiony za maleńki budżet), mocny, oryginalny, przepięknie opowiedziany film "0-1- 0", którego premiera odbędzie się na festiwalu Romana Gutka we Wrocławiu. Uważam te ostatnie rzeczy Piotra za wybitne.

Złożyło się na to nie tylko znalezienie Swojego języka, tematów, medium, ale i stworzenie prawdziwej twórczej rodziny. Oni dopełniali się i inspirowali tak wspaniale, że niemożliwe stało się możliwe. I w tych pracach Piotrka, robionych tak ogromnym nakładem wysiłku przy minimalnych środkach, poza bogactwem wyrazu była też niekłamana radość i poczucie wolności. Piotrek odżywał, kiedy był wolny. Kochał Swą pracę i nauczył się ją uprawiać z radością i lekkością. Ta lekkość udzielała się wszystkim, całej jego rodzinie.

Ta zupełnie najbliższa rodzina to – poza zawsze obecną żoną Magdą i jego stałym kompozytorem, synem Antkiem – operator Wojtek Todorow, scenografka Kasia Sobańska, wspierający Go wiernie producenci z Wrocławia (Marcin Kurek i Sylwek Banaszkiewicz) i inni jeszcze. No i przede wszystkim grupa młodych aktorów, którzy przebyli z Piotrem kawał drogi: Maria Seweryn, Maria Peszek, Darek Toczek, Rafał Mohr, Rafał Maćkowiak, Wojtek Brzeziński, ale też młodzi duchem: Wiesław Komasa czy Teresa Budzisz-Krzyżanowska… Wszyscy oni zrobili wspólnie z Piotrem niektóre spośród swych najlepszych rzeczy…

Żal tylko, że tyle pracy, talentu, entuzjazmu tak pogardliwie zostało potraktowane przez naszych nadawców… Takich rzeczy, jak najlepsze dzieła Piotra, telewizja publiczna już nie produkuje, Teatr TV jako miejsce twórczych poszukiwań praktycznie zniknął, a zrealizowane wielkim nakładem sił i środków utwory pokazuje się w okolicach północy…

Jeden z nielicznych

Łagodność Piotra. Jego życzliwość… Rozmawiałam o tym również z innymi i potwierdza się – niezależnie od normalnego w takich wypadkach szacunku wspomnieniowego – prawie nikt nie pamięta kłótni z Piotrem, jakiegoś głębokiego konfliktu. Ja w każdym razie po tych ponad 30 latach znajomości nie mogę sobie przypomnieć żadnego.

To nie znaczy bynajmniej, że Piotr nie był człowiekiem głębokich, wyrazistych przekonań i dużej odwagi cywilnej. Jeśli ktoś skrzywdził jego najbliższych, a jeszcze bardziej, kiedy ktoś krzywdził Sztukę, ograniczał wolność twórczą, promował nienawiść i nietolerancję – Piotr potrafił ostro wystąpić w obronie tych wartości i zawsze też (jeden z nielicznych w naszym środowisku, gdzie wszyscy zbyt zależymy od kaprysów Cesarza, żeby móc się buntować) występował, nie bacząc na konsekwencje.

Walczył też o przejrzystość, moralność i uczciwość mediów publicznych, przeciw ich zawłaszczaniu przez polityków i ideologów, przeciw cynicznej komercjalizacji, arogancji urzędników, przeciw niejasnym prawom i pogardliwej praktyce w zarządzaniu kulturą i finansowaniu kinematografii, o swobodę twórczą i szacunek dla swych młodszych kolegów, o wolność wypowiedzi i ekspresji w przestrzeni publicznej...

Płacił za to. I jeśli między jego przedostatnim a ostatnim filmem upłynęło 14 lat, to również dlatego, że swoje interesy i bezpieczeństwo stawiał na drugim planie…

AGNIESZKA HOLLAND
6 lipca 2008 roku
Udostępnij: