Festiwal Pięć Smaków: Jak dobrym filmem są "Bestie na krawędzi"?

Filmweb
https://www.filmweb.pl/news/Festiwal+Pi%C4%99%C4%87+Smak%C3%B3w%3A+Jak+dobrym+filmem+s%C4%85+%22Bestie+na+kraw%C4%99dzi%22-140413
Festiwal Pięć Smaków: Jak dobrym filmem są "Bestie na krawędzi"?
Od 25 listopada trwa 14. Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków. Tegoroczna edycja odbywa się online. Wszyscy zainteresowani azjatyckim kinem mogą obejrzeć filmy zawarte w bogatym programie imprezy na stronie https://www.piecsmakow.pl/

W ramach sekcji "Parasite" prezentowany jest koreański obraz "Bestie na krawędzi". Zapraszamy do przeczytania naszej recenzji.

Jest w "Bestiach na krawędzi" taka oto scena. Dwie kobiety rozmawiają ze sobą. Jedna z nich opowiada anegdotę o pewnym gatunku rekina, którego samica nosi w swoim brzuchu nawet 50 młodych. W czasie ciąży potomkowie pożerają się i na świat przychodzi tylko jedno młode - to, które okazało się najtwardsze, najsprytniejsze, obdarzone największym szczęściem. Przypowieść ta świetnie opisuje również fabułę "Bestii na krawędzi". Choć w tym przypadku instynkt zabijania wzbudzi torba wypchana pieniędzmi.

Felerny gadżet jest pierwszą rzeczą pokazaną widzom przez reżysera Yong-hoon Kima. Oto ktoś niesie torbę, potem chowa ją w szafce. Następnie znajduje ją pracownik sauny i przenosi na zaplecze. Wciąż wszystko wygląda niewinnie i nic nie zapowiada chaosu. Tym bardziej, że już wkrótce twórcy filmu zajmą się innymi historiami, które z torbą pozornie nie mają nic wspólnego.

Rozpisana na kilka rozdziałów opowieść początkowo wydaje się narracyjnym grochem z kapustą. Tu pojawi się jakiś ciapowaty policjant, który jednak jakimś cudem zawsze jest we właściwym miejscu o właściwej porze. Tam plątać się będzie pracownik celny mający problemy z lokalnym gangsterem, któremu wisi sporo pieniędzy. Jest też bita przez męża żona, w której zakochuje się imigrant z Chin. Co te wszystkie historie mają ze sobą wspólnego? Przez długi czas pytanie to pozostawać będzie bez odpowiedzi.

"Bestie na krawędzi" wymagają od widzów cierpliwości i zaufania do reżysera, że ten wie, co i jak chce nam opowiedzieć. Na szczęście Yong-hoon Kim nie zawodzi. Z czasem poszczególne elementy zaczynają wpadać na właściwe miejsca, a sama akcja rozkręca się. Od pewnego momentu znajdziemy się na znajomych wodach, otrzymując humor, absurd i makabrę w równych proporcjach. Nagle okazuje się, że mamy do czynienia z typową koreańską rozrywką fabularną. Fani podobnego kina z całą pewnością będą usatysfakcjonowani.


Całą recenzję Marcina Pietrzyka znajdziecie TUTAJ.
Udostępnij: