Graliśmy w "Gwinta: Wiedźmińską Grę Karcianą"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Grali%C5%9Bmy+w+%22Gwinta%3A+Wied%C5%BAmi%C5%84sk%C4%85+Gr%C4%99+Karcian%C4%85%22-118294
"Gwint" jako taki nie jest nowością – w ostatniej części "Wiedźmina" stanowił całkiem rozbudowaną minigrę skupiającą się na podróży Geralta przez Novigrad i okolice. Służyła ona temu, by na chwilę oderwać się od poszukiwań Ciri. Po zebraniu wszystkich kart w tym zadaniu można było pokonać nawet największego zakapiora. A, co trzeba podkreślić, kart wcale dużo nie było. Jeśli więc pojawiły się obawy o to, czy "Gwint" spełni oczekiwania jako samodzielna gra, nie były one bezpodstawne.


CD Projekt RED pokazał nam wczesną wersję gry. Nie mogliśmy konstruować własnych talii ani rozegrać żadnej misji w trybie dla jednego gracza, choć "Gwint" będzie miał opcję gry solo. Na razie tryb ten jest w powijakach, ale już wiadomo, że będzie przypominał ten z gier pokroju "Puzzle Quest". Łazimy bowiem po mapie świata, zbieramy karty z różnych lokacji, a od czasu do czasu spotkamy w leśnej głuszy jakiegoś wilka czy biesa, z którym stoczymy śmiertelny bój… rżnąc w Gwinta. Rdzeniem rozgrywki będą jednak potyczki sieciowe.

Jeśli ktoś nie miał styczności z wiedźmińskim Gwintem, to służę kilkoma sławami wyjaśnienia. Ta gra karciana to rozbuchana do epickich rozmiarów i znana wszystkim z dzieciństwa Wojna. Na początku dobieramy 10 kart, a następnie wystawiamy na przemian te o różnych wartościach liczbowych; osoba, która ma na koniec rundy więcej punktów, wygrywa tę część potyczki. Każda partia ma trzy rundy, więc by ostatecznie zgnieść przeciwnika, trzeba mieć na koncie dwa sukcesy.

 

Oczywiście gdybyśmy tak po prostu wystawiali karty z cyferkami, gra byłaby prostacka. W Gwincie, zarówno oryginalnym, jak i tym, nad którym obecnie pracuje CDPR, pole walki mamy podzielone na trzy sektory – piechoty, łuczników i artylerii. W każdym mogą znaleźć się stosowne postacie. Poza tym na pole walki możemy wpływać kartami pogody (które obniżają współczynnik siły wojowników w danym rzędzie) czy pamiętną kartę Pożogi, która momentalnie niszczy najsilniejsze jednostki w grze. Każdy wojownik ma swoją wartość liczbową oraz ewentualne zdolności. Jedni leczą, inni przywołują jednostki z cmentarza (stosu kart odrzuconych) lub biblioteki (stosu kart jeszcze nie użytych), jeszcze inni podwajają siłę kolegów. Powracają także szpiedzy, choć w nieco innej odsłonie – dają nam teraz tylko jedną kartę bądź pozwalają wykonać jakąś inną czynność. 

Na razie prezentuje się to jak "Gwint" znany z "Wiedźmina", prawda? Ale nic bardziej mylnego. Gra, nawet na wczesnym etapie i niewielkiej liczbie kart, pozwala na całkiem niezłe kombinowanie w obrębie danej talii. Na pokazie mogliśmy pograć czterema, wcześniej zmontowanymi taliami. Nie jestem w stanie powiedzieć, jaki finalnie będzie balans gry i ile stanie przed nami możliwości. CDPR obiecuje jeszcze frakcję Nilfgaardu oraz bardzo dużo innych kart, których nie było nam dane zobaczyć. Teraz dostępne są królestwa północy, potwory, elfy oraz Skellige. Ci pierwsi to przede wszystkim potężne machiny oblężnicze, potwory mocno kombinują z pogodą i są wzmacniane przez efekty, które obniżają innym współczynniki, zaś takie Skellige – chyba moja ulubiona frakcja – prowadzi znane wszystkim graczom "Magic: The Gathering" wykopki, czyli przywracanie postaci z cmentarza.

Na razie nie wiadomo, ile kart chce na start wypuścić CDPR. Przed twórcami stoi też nieliche zadanie balansu. W oryginalnym "Gwincie", aby miotać przeciwnikami, wystarczyło stosować jeden, maksymalnie dwa triki. Czym innym, o czym doskonale wiedzą twórcy, jest jednak gra dla samotników, a czym innym kolekcjonerska karcianka, w którą gra się z żywymi ludźmi. Na razie cyfrowy i rozbudowany "Gwint" pozwala na sporą dozę szachrajstwa, zwłaszcza przy grze Skellige. W pierwszej turze wyrzucamy na stół dużo kart, w tym np. wojownika, który, gdy wystawiony jest z cmentarza, dostaje bonusowy punkt siły. Przeciwnik wygrywa pierwszą rundę i zapewne jest zadowolony z łatwego zwycięstwa. W rundzie drugiej lekką rączką przywołujemy całe zabite wojsko z cmentarza, tym razem z bonusami i robimy akcję, przy której martinowskie Czerwone Gody to przechadzka po parku. Takich taktyk jest znacznie więcej – w talii potworów w ostatniej chwili wypuszczamy lewiatana, który obniża do zera siłę wrogich jednostek w jakimś rzędzie, zaś Foltest i Północ roznoszą wrogie armie pompującymi się wzajemnie jednostkami oblężniczymi. 

 

"Gwint" jako bardziej rozbudowana karcianka zapowiada się całkiem smacznie, zwłaszcza że nad obrazkami ilustrującymi postacie pracuje cała, bardzo dobra ekipa artystów. Twórcy pokazali też tzw. karty premium, czyli takie, które są animowane. Nie jest to pomysł w karciankach nowy, ale na pewno podniesie wartość estetyczną gry. A skoro pojawiło się słowo "premium", warto dodać, że na razie CDPR nie chwali się ewentualnym modelem sprzedaży. "Gwint" lanowany jest jako gra "free to play", a zatem na pewno pojawią się mikrotransakcje. Pytanie pozostaje: w jaki sposób CDPR zamierza ugryźć ten model biznesowy, bo obecnie świat karcianek zdominowany jest przez blizzardowski "Hearthstone". Twórcy "Wiedźmina" mają na świecie bardzo dobrą opinię wśród graczy i miło byłoby popatrzeć, jak mocno podgryzą Blizzard, który – nie ma co ukrywać – zmonopolizował karciankowy świat.

O ile CDPR przysiądzie nad porządnym balansem, potencjalnym rozwojem w postaci nowych kart i zdolności, może być nieźle. Jeśli do tego zaproponują rozsądny model sprzedaży w obrębie free to play, kto wie, może w końcu doczekamy się gry, która zawalczy z wszechobecnym "Hearthstone". W "Gwinta: Wiedźmińską Grę Karcianą" zaś zagrać będzie można na razie w wersji beta – testy na komputerach osobistych oraz Xbox One planowane są na wrzesień.