Już graliśmy w "DmC: Devil May Cry"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Ju%C5%BC+grali%C5%9Bmy+w+%22DmC%3A+Devil+May+Cry%22-91491
Od momentu pojawienia się pierwszej grafiki koncepcyjnej "DmC: Devil May Cry" wzbudzało ogromne kontrowersje, związane głównie z wyglądem bohatera, Dantego. Jak to wyszło w praktyce? Właśnie sprawdziliśmy i zapewniamy, że kolor włosów protagonisty ma w toku całej gry, co nie powinno nikogo dziwić, marginalne znaczenie.



"DmC: Devil May Cry" dzieje się w niejako alternatywnej wersji tego uniwersum. Oczywiście pojawiają się znane postaci, takie jak Vergil czy Mundus, mamy także pewne paralele w historii – Spardę i jego potomstwo, ale już od pierwszej chwili widać, że twórcy dość mocno odcinają się od starych odsłon i czasem dają temu wyraz w dość bezczelny sposób. 



Nie należy więc robić sobie złudzeń – Dante wygląda zupełnie inaczej. Zmiany zaszły głównie w prezentacji postaci – nasz bohater sprawia wrażenie, jakby obudził się właśnie po ostrej popijawie w klubie BDSM dla gotów. I szczerze mówiąc tak właśnie zaczyna się gra – na ciężkim kacu. Co ciekawe, choć fani starych "Devil May Cry" są oburzeni zamianami, rys psychologiczny naszego protagonisty wcale nie uległ dramatycznym przeobrażeniom – Dante jest pyskaty, nieokrzesany, choć bez tendencji do melancholijnego smęcenia charakterystycznego dla jego dawnego usposobienia. Nowy Dante jest zresztą znacznie bardziej wulgarny, ale też uspójnia świat obrzydliwych i ordynarnych demonów. Słowo na literkę "f" leje się z ekranu gęstym strumieniem, zatem wrażliwsze uszy będą musiały jakoś przeżyć tę deflorację ugładzonego języka, zarówno angielskiego, jak i kinowo – ojczystego.

Rzecz dzieje się w tak zwanym Limbo City, choć w prezentowanym materiale nie zobaczymy zbyt wiele miasta w jego oryginalnej postaci. Gra w całości rozgrywa się bowiem w czymś na kształt subtelniejszej wersji rzeczywistości, czy raczej krawędzi Piekła, którą słusznie nazwano po prostu Limbo. To tu stoczymy wszystkie walki. A jak się one prezentują? Moim zdaniem tyleż płynniej, co i nieco łatwiej niż w starych DmC. Być może to niepokojąca wiadomość dla zagorzałych fanatyków wykręcania "SS" na każdej potyczce, jednak prawa zasięgu są nieubłagane. Z racji tego, że „DmC” nie jest potwornie trudne, ma szanse trafić i pod plebejskie strzechy.

Nie zmienia to jednak jednego faktu – rozgrywka, jak dawniej, jest szybka, dynamiczna i napakowana szalonym mieszaniem combosów. W tej odsłonie mamy dość szerokie spektrum możliwości. Począwszy od klasycznego miecza Rebbelion, dwóch pistoletów Ebony i Ivory, przez takie choćby zabawki, jak Osiris i Arbiter – pierwsza to anielska kosa, a druga to demoniczny topór. Podczas walki możemy przyciągać wrogów, wrzucać w sieczkarnię zrobioną z wirującego Osirisa czy rozbijać Arbitrem co bardziej uzbrojonych oponentów. Wszystko po to, by wykręcić jak najwyższy wynik punktowy; dlatego warto nauczyć się zmieniać w locie broń, kombinować, ile się da, by wskakiwały oceny niewyglądające jak "D", ale raczej "SS". 


Walka od strony pada i mechaniki prezentuje się naprawdę dobrze. Jest płynnie, dynamicznie; to, co chcemy, z reguły się dzieje, a błędy wykonane przez grę (a nie naszą nieporadność) są marginalne. Właściwie jedyny średnio fortunny ruch to jeden z ciosów specjalnych, który odpalamy dwoma wychyleniami analoga w przód, a potem trójkątem. W ferworze walki takie machanie często kończy się czymś zupełnie innym. Można to jednak zrzucić na kwestię praktyki.

Jest jedna tylko rzecz, która ustawicznie przeszkadza w płynięciu wraz z grą, a raczej historią. Kwiatek ten dotyczy cut-scenek i jest dość charakterystyczny dla produkcji Ninja Theory. Postacie posiadają bowiem zatrważającą liczbę artefaktów graficznych, zwłaszcza jeśli chodzi o cieniowanie. Wygląda to brzydko, wręcz paskudnie. Mam nadzieję, że w finalnej wersji deweloperzy coś z tym zrobią, jednak patrząc na to, jak sprawa przedstawiała się w ich poprzednich grach – "Heavenly Sword" i "Enslaved" – na cud chyba nie ma co liczyć.

Oprawę dźwiękową do gry sygnują dwa dość znane zespoły – Noisia i Combichrist. Fanom EBM i lekko industrialnej sieczki nie trzeba nic wyjaśniać, a ogólnie wystarczy powiedzieć, że postpunkowa stylistyka gry zostaje wręcz idealnie uzupełniona przez takie smaczne elektro.

Czy warto czekać na "DmC: Devil May Cry"? Moim zdaniem tak. Niedzielni slasherowcy dostaną do rąk – już w tej chwili to widać – całkiem fajną rzeźnię. Zwolennicy rewizjonizmu w grach też będą zadowoleni, bo to dość sprawne odświeżenie serii, wykonane zresztą nie przez amatorów, a twórców naprawdę niezłych produkcji. A fanatycy starego Dantego? Jeśli nie zdołają zauważyć, że kolor włosów to nie wszystko, przynajmniej będą mieli dobre paliwo do nienawiści.
Udostępnij: