Oceniamy "Mortal Kombat 11: Aftermath"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Oceniamy+%22Mortal+Kombat+11%3A+Aftermath%22-138056
Oceniamy "Mortal Kombat 11: Aftermath"
Dobra wiadomość: RoboCop i Cary-Hiroyuki Tagawa występują w jednej grze, nostalgia level: 9000. Zła wiadomość: porcja krwistego mięska jest raczej dziecięca. Zobaczcie, co Michał Walkiewicz ma do powiedzenia o "Aftermath", pełnoprawnym dodatku do "Mortal Kombat 11


Dobitka 

"Twoja dusza należy do mnie!" – kto nie słyszał obietnicy wiekuistego cierpienia, ten nigdy nie żył. A przynajmniej nie w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to Shang Tsung – czarnoksiężnik, mędrzec, karateka i ostatni boss w "Mortal Kombat" – zagościł na wielkim ekranie. Wcielający się w niego aktor, Cary-Hiroyuki Tagawa, powraca w "Mortal Kombat 11: Aftermath", zapewniając z wilczym uśmiechem, że pomoże zaprowadzić porządek we wszechświecie. Nie wiem jak Wy, ale ja mu wierzę. 


Jedno jest pewne – ktoś za miotełkę musi chwycić. Bogini czasu, Kronika, narobiła takiego bałaganu, że głowa mała: bohaterowie lat minionych starli się w boju ze swoimi przyszłymi jaźniami, dawne rywalizacje zamieniły się w niespodziewane sojusze, a z drobinek przeszłości usypała się zupełnie inna teraźniejszość. "Aftermath", fabularny dodatek do gry, służy, jak sama nazwa wskazuje, za rozbudowany epilog. Rozpoczyna się w momencie, gdy Liu Kang, świeżo, ekhm, upieczony Bóg Ognia produkuje się przy gigantycznej klepsydrze – dosłownie i metaforycznie "przepisuje historię". Nie trzeba jednak długo czekać, by z portalu nieopodal wyłonił się Shang Tsung, a cyfrowo postarzony Tagawa ukradł pierwszą z wielu scen. Niespodziewany gość przestrzega herosa przed zgubnymi skutkami zabaw czasoprzestrzenią i oferuje swoją pomoc. I choć przebiegły czarnoksiężnik pozostaje sercem kadłubkowej fabuły, to wraz z nim powracają starzy znajomi – bóg wiatru Fujin, czteroręka Sheeva, lateksowa królowa Sindel oraz indiański mistyk Nightwolf. Ciekawą próbę wpisania dodatkowych postaci w narracyjną strukturę pogrąża niestety scenariopisarskie lenistwo. Po dwóch godzinach ostrej młócki lądujemy w punkcie wyjścia – "Mortal Kombat 11" to wciąż pomnik wykuty na cześć popkulturowego dziedzictwa serii, a reszta to tylko bazgroły na cokole. 


Inaczej sprawa ma się z nowymi fajterami. Sheeva zebrała już bęcki za niefortunny redesign, lecz w walce sprawdza się doskonale. To maszyna do pressingu, potężnych combosów oraz mistrzyni w rzucie workiem ziemniaków. Fujina nie widzieliśmy w składzie od dobrych kilkunastu lat i dość powiedzieć, że nie tracił czasu – facet ma niezrównane juggle startery, jego specjalnością jest arytmia pojedynku i kontrola przestrzeni oraz dzikie, nieprzewidywalne ataki z dystansu. Wreszcie, RoboCop – gość z przyległego królestwa, który dołącza do drużyny Terminatora, Spawna i Jokera. Pod względem stylu walki oraz potencjału bojowego blaszany stróż prawa wypada w tym gronie najsłabiej. Ale raz, że oblicza i głosu użycza mu sam Peter Weller. A dwa, że dzięki filmowym cytatom banan nie schodzi z twarzy: oto beznamiętny Alex Murphy, zastygły w pozie rewolwerowca, odstrzeliwuje napastnikowi przyrodzenie. Wspomnień czar.    


Jax wymiata na saksofonie, Kano podgrzewa kiełbaski z grilla, Sub-Zero raczy dzieciaki lodami z budki, a Cassie Cage pruje selfiakiami jak cekaemu. Razem z kilkoma stage fatalities oraz nowymi -starymi arenami powracają również Friendships – efektowne świadectwa uznania, szacunku oraz przyjaźni po zakończonej walce. To elegancki sposób zakończenia pojedynku i zarazem niezła figura pars pro toto całego "Aftermath" – dodatku, w którym odhaczono zaledwie kilka punktów z listy skarg i zażaleń mortalowej społeczności. Miłośnicy zmagań w sieci oraz weterani serii ucieszą się na wieść o zmianach w systemie (w zgodzie z dewizą "dwa kroki w przód, jeden w tył"), fani uniwersum dostaną kilka powodów, by lamentować na forach (cały wątek Sindel ery Netherrealm to wciąż scenariopisarskie kuriozum), zaś całą resztę gorąco zachęcam do cichej introspekcji. Wasze duszą mogą należeć do Shang Tsunga, ale o pieniądze wciąż warto stoczyć psychomachię. 

Recenzję "Mortal Kombat 11" autorstwa Michała Walkiewicza przeczytacie klikając tutaj.
Udostępnij: